Zaczęłam ostatnio myśleć o czymś, co długo mnie gryzło przy pracy z afirmacjami i medytacji w ogóle - czy tło muzyczne faktycznie pomaga wchodzić w stan, czy może przeszkadza? Przez lata używałam różnych nagrań z binaural beats, śpiewem tybetańskim, brzmieniem mis, a teraz coraz częściej siadam w zupełnej ciszy i mam wrażenie, że to zupełnie inna jakość skupienia. Ale zastanawiam się też, czy to kwestia etapu praktyki, czy raczej indywidualności. Bo widzę, że jedni przysięgają na konkretne dźwięki, inni twierdzą, że muzyka to proteza dla tych, co nie potrafią sami uciszyć umysłu. Jestem ciekawa waszych doświadczeń - szczególnie czy zauważyliście jakiś moment, kiedy muzyka przestała "robić robotę" i trzeba było coś zmienić?
Mnie zawsze drażniło to podejście, że muzyka to "proteza". To brzmi jak snobizm doświadczonych praktykujących, którzy zapomnieli jak sami zaczynali. Dźwięk ma w tradycjach ezoterycznych fundamentalną rolę - mantra, dźwięk bębna szamańskiego, śpiew mis - to nie jest ułatwienie, to jest oddzielna ścieżka pracy. Pytanie nie powinno brzmieć "muzyka czy cisza", tylko "jaki rodzaj dźwięku i w jakim celu". Bo to są dwie różne rzeczy.
Słucham tej dyskusji i mam wrażenie, że miesza się tu kilka warstw. Jedna rzecz to muzyka jako wejście w stan - czyli coś, co pomaga zsynchronizować umysł na początku. Druga to muzyka podczas właściwej pracy - afirmacji, wizualizacji, kontemplacji. Trzecia to cisza jako docelowy stan. Te trzy rzeczy nie wykluczają się. Znam praktyki, gdzie przez pierwsze minuty słuchasz tybetańskich mis, potem muzyka milknie i dopiero w tej ciszy zaczyna się praca. Pytanie do Ulcia90 - kiedy mówisz, że cisza daje inną jakość, to masz na myśli ciszę przez cały czas, czy właśnie ten moment przejścia?
Ja mam z tym zupełnie odwrotne doświadczenie. Bez muzyki mój umysł błądzi po zakupach, problemach w pracy i wszystkim poza medytacją. Dopiero konkretny rytm - u mnie działa najlepiej coś bez melodii, same bębny albo dźwięk deszczu - pozwala mi w ogóle wejść w cokolwiek. Czy to znaczy, że jestem "gorsza" w praktyce? Bo trochę tak to zabrzmiało wcześniej w tym wątku.
A ja mam pytanie praktyczne, bo mnie to bardziej interesuje od strony afirmacji niż samej medytacji - czy te częstotliwości, o których mówicie, naprawdę robią różnicę? Bo słyszałam o 432 Hz i 528 Hz i raz próbowałam puszczać sobie takie nagrania podczas powtarzania afirmacji i... szczerze nie czułam żadnej różnicy. Może źle robiłam?
Czytam i zastanawiam się nad jedną rzeczą - czy przy pracy z czakrami to nie jest tak, że różne czakry potrzebują różnego dźwięku? Bo gdzieś czytałam, że każda czakra ma przypisany dźwięk albo mantrę i może ta cisza albo muzyka to nie jest ogólna kwestia, tylko zależy od tego, nad czym akurat pracujemy?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że wracamy cały czas do tego samego punktu - dźwięk zewnętrzny a dźwięk wewnętrzny. W tradycjach, którymi się interesuję, cisza nie jest brakiem dźwięku - jest aktywnym stanem. Hermetyści mówili o harmonii sfer, której nie słyszysz uszami, tylko całym ciałem. Więc pytanie, czy muzyka wspomaga czy rozprasza, zależy od tego, czego szukasz w medytacji. Jeśli chcesz wejść w kontakt z własnym wymiarem - zewnętrzny dźwięk może być przeszkodą. Jeśli pracujesz z energią i potrzebujesz bodźca - może pomagać.
A ja mam głupie pytanie pewnie, ale co to w ogóle znaczy, że afirmacje "przestają działać"? Jak to poznać? Bo robię swoje afirmacje regularnie i nie wiem, po czym miałabym stwierdzić, że coś jest nie tak.
O, to jest ciekawy trop. Czyli możliwe, że muzyka daje złudzenie efektu, bo dostarcza emocji, które powinny pochodzić z samej afirmacji? Nigdy tak o tym nie myślałam. Czy ktoś próbował świadomie testować - ta sama afirmacja z muzyką i bez, w różnych dniach?
Ja kiedyś przez przypadek to przetestowałam, bo zapomniałam słuchawek. Robiłam te same afirmacje co zawsze i byłam pewna, że nic nie wyjdzie, bo byłam zdenerwowana tą sytuacją. A potem przez kilka dni miałam poczucie, że coś jest inaczej - jakby spokojniej, wyraźniej. Może to przypadek, ale pamiętam to do tej pory.
Ja kiedyś przez przypadek to przetestowałam, bo zapomniałam słuchawek. Robiłam te same afirmacje co zawsze i byłam pewna, że nic nie wyjdzie, bo byłam zdenerwowana tą sytuacją. A potem przez kilka dni miałam poczucie, że coś jest inaczej - jakby spokojniej, wyraźniej. Może to przypadek, ale pamiętam to do tej pory.
A ja mam takie może naiwne skojarzenie - mówicie o muzyce i ciszy, ale co z miejscem? Bo ja jak raz medytowałam w lesie bez żadnego nagrania i przez cały czas słyszałam ptaki, wiatr, coś tam szeleszczącego - i to był zupełnie inny rodzaj ciszy niż w pokoju z zamkniętymi oknami. I te afirmacje czułam jakoś bardziej "w ciele". Czy to się w ogóle liczy jako cisza, o której rozmawiacie?
Przepraszam, że wchodzę z innym wątkiem, ale mnie bardziej interesuje ta kwestia afirmacji, która gdzieś po drodze zginęła. Skoro mówimy o tym, że muzyka może maskować brak efektu - to jak w ogóle "odświeżyć" afirmację, która przestała działać? Znaczy, czy zmiana muzyki wystarczy, czy trzeba coś innego?
Ten "fałsz wewnętrzny" to ciekawe określenie. Ja bym to nazwała inaczej - moment, gdy między słowem a wibracją, którą ono wywołuje, jest szczelina. Jakbyś mówiła jedno, a coś głębiej wiedziało co innego. I tu wracamy do muzyki - czy muzyka może zakryć tę szczelinę? Bo jeśli tak, to mamy poważny problem z diagnozowaniem stanu własnej praktyki.
Przepraszam, że wchodzę z innym kątem, ale słucham i myślę o tej "szczelinie" między słowem a wibracją. Czy przy pracy z czakrami ta szczelina działa tak samo? Bo jak powtarzam mantrę dla danej czakry i nie czuję nic - to też znaczy, że coś nie działa, czy to po prostu wymaga dłuższego czasu?
Mam podobne doświadczenie z nagrywaniem siebie - na początku byłam zaskoczona, że działa inaczej, ale z czasem zauważyłam, że i to się "zużywa". Tak jakby mózg przestawał słyszeć własny głos z nagrania tak samo, jak przestaje słyszeć powtarzane słowo. Więc wracamy do pierwotnego pytania: kiedy coś przestaje działać, co tak naprawdę wymieniamy?
Ale zaraz - czy wy mówicie, że efekt zanika przez sam mechanizm powtórzenia, czy przez to, że z czasem nie wnosimy już do tego żadnej energii? Bo to dwie różne przyczyny i prowadzą do różnych rozwiązań. Jeśli chodzi o powtórzenie jako takie, to zmiana formy pomoże. Ale jeśli chodzi o brak obecności - to możesz zmieniać muzykę, głos, nagranie i nic się nie zmieni.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że wy rozróżniacie dwie zupełnie różne funkcje muzyki - jedna to "uspokajacz" dla umysłu żeby nie biegał w kółko, a druga to tło emocjonalne do pracy. I chyba mówimy o obu naraz i dlatego nie możemy dojść do wspólnej odpowiedzi? Czy dobrze to rozumiem?
To jest bardzo celna obserwacja. Mnie to przypomina coś, co zauważyłam u siebie - kiedy afirmacje są jeszcze "świeże", jest jakiś rodzaj skupienia przed nimi, pewne małe przygotowanie. Z czasem po prostu zaczynam mówić, gdziekolwiek jestem, cokolwiek robię. I może właśnie to jest punkt, w którym efekt zaczyna zanikać. Nie dlatego, że słowa się zużyły, ale dlatego, że zniknęło przejście.
To ma dla mnie sens i pokrywa się z tym, co widzę w notatkach - momenty, gdy afirmacje działały, prawie zawsze poprzedzone były jakimś rodzajem wyciszenia. Nawet krótkim. Ale mam pytanie: czy to wyciszenie musi być rytualne, czy może być spontaniczne? Czy te kilka sekund głębokiego oddechu przed afirmacją "liczy się" tak samo jak świadomy rytuał?
Czytam to wszystko i zaczynam rozumieć, dlaczego tamta afirmacja, o której mówiłam wcześniej, zadziałała właśnie wtedy. Byłam zdenerwowana, ale to zdenerwowanie wymusiło na mnie jakieś skupienie - oddychałam głębiej, byłam bardziej obecna. Czyli ten sygnał przejścia miałam, tylko nie z wyboru, ale z konieczności. Czy to znaczy, że można celowo wywołać coś podobnego bez stresującej sytuacji?
Czyli wracając do tytułu - muzyka może być tym sygnałem przejścia, jeśli traktujemy ją świadomie jako granicę, a nie jako zwykłe tło? To trochę zmienia to pytanie z "czy muzyka wspomaga czy rozprasza" na "w jakiej roli ją stawiamy", nie?
Ale czy to nie jest trochę... kombinowanie? Rozumiem ideę, ale mam wrażenie, że jeśli muszę co chwilę wymyślać nowy sygnał, to skupiam się bardziej na formie niż na treści. Czy nie o to tu chodzi, że treść afirmacji powinna być tym, co żyje, a nie opakowanie?
Słuchajcie, ja rozumiem tę drożność kanału, ale mam pytanie bardziej przyziemne - co jeśli ktoś ma bardzo mało czasu rano i nie może za każdym razem myśleć o tym, jaki dziś wybrać sygnał? Czy jest jakiś kompromis między świadomością a powtarzalnością, który działa?
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam pytanie, bo trochę z innej strony do tego podchodzę. Czy te śpiewające miski i gongi to nie są właśnie przedmioty, które same z siebie mają jakieś właściwości? Bo ja kojarzę, że różne tradycje przypisują konkretnym materiałom konkretne działanie na pole energetyczne. Czy to nie dlatego dźwięk miski działa inaczej niż zwykła muzyka z telefonu?
I to jest chyba sedno całej tej dyskusji, do którego wracamy różnymi drogami. Nie "muzyka czy cisza", tylko "co wymaga ode mnie aktywnej uwagi". Miska wymaga gestu. Cisza wymaga wytrzymania. Muzyka z telefonu często niczego nie wymaga - a tam, gdzie nic nie wymaga, łatwo o automatyzm. Choć oczywiście można i muzykę stosować aktywnie, tylko to jest trudniejsze.
Dobra, ale mam poczucie, że ta rozmowa robi się coraz bardziej skomplikowana. Czy naprawdę trzeba dobierać miskę do czakry i ton do afirmacji, żeby to w ogóle działało? Bo jak tak, to ja chyba robiłam to przez lata całkowicie źle.
