Zastanawiam się, czy ktoś z was doświadczył tego, że medytacja dosłownie zmieniła to, jak postrzega siebie. Nie mówię o jakimś ozłoceniu czy nagle zostaniu inną osobą, ale o takim stopniowym przesunięciu. Zaczynałem jako ktoś, kto był przekonany, że jest "człowiekiem technicznym", że tak to ujmę, i po kilku miesiącach regularnej pracy z oddechem zaczęło mi wychodzić, że ta tożsamość to był bardziej pancerz niż prawda o mnie. Ciekawi mnie, czy ktoś jeszcze to czuł - że stara wersja siebie po prostu... nie pasuje już do środka?
Właśnie to jest coś, co mnie ostatnio mocno nurtuje. Bo niby wiem, że chcę zmienić zawód, wyobrażam sobie siebie inaczej, ale jak siadam i zamykam oczy, to mózg mi serwuje stare obrazy. Stary stres, starą rolę. Skąd wziąć pewność, że medytacja naprawdę to zmienia, a nie tylko na chwilę wycisza?
To nie jest kwestia pewności, to kwestia regularności i intencji. Ale chcę się upewnić, że dobrze rozumiem pytanie - mówisz o medytacji jako o narzędziu do pracy z tożsamością, czy raczej chodzi ci o to, że sama medytacja bez żadnego kierunku ma zmieniać perspektywę? Bo to są dwie różne rzeczy i wymagają innego podejścia.
No właśnie tu jest sedno. Czysta obserwacja oddechu wycisza, ale niekoniecznie przebudowuje to, kim się czujesz. Ja zacząłem to łączyć - podczas medytacji świadomie obserwuję, kiedy pojawia się "stary ja" jako myśl czy odczucie w ciele, i zamiast z tym walczyć, po prostu to notuję. To nie jest afirmacja w stylu "jestem nową osobą", to bardziej... rozluźnianie uścisku tej starej historii.
Ale ile to trwa zanim coś zacznie działać? Bo siedzę, oddycham, i nadal czuję się tą samą zestresowaną osobą co zawsze. Serio pytam, bo mam wrażenie, że to może po prostu nie jest dla mnie.
Ja też tak miałam przez długi czas! Siadałam i po pięciu minutach myślałam o zakupach. Nie wiem czy to dobra metoda, ale zaczęłam dodawać intencję przed medytacją - dosłownie głośno mówiłam, kim chcę być, zanim w ogóle zamknęłam oczy. Trochę jak rytuał. Może coś w tym jest?
Mam pytanie może trochę z innej strony - czy jak medytujemy i "puszczamy stare ja", to co z rzeczami, kótre lubimy w sobie? Boję się że jak zacznę to robić poważnie, to wyrzucę też to co jest dobre. Mam tak czy nie?
Szczerze? Jestem sceptyczna wobec całego tego "puszczania tożsamości". To brzmi jak puste słowa, dopóki ktoś mi nie wytłumaczy, co to znaczy konkretnie w praktyce. Co robisz inaczej w poniedziałek rano po tej medytacji?
Afirmacje podczas medytacji działają bardzo szybko, jeśli dobrze dopasujesz je do swojej runy imienia. Ja tak robię od dawna i zmiana jest naprawdę zauważalna. Trzeba tylko wybrać właściwą runę, która odpowiada nowej wersji siebie.
Czytam to wszystko i czuję, że trafia w coś bardzo konkretnego w moim życiu. Zmieniłam pracę kilka miesięcy temu i nadal czuję się jak ta poprzednia Henia z tamtego biura. Jak długo to w ogóle może trwać, zanim medytacja zrobi jakąkolwiek różnicę?
A ja się zastanawiam czy to musi być jakaś wielka zmiana żeby medytacja zadziałała, czy te małe momenty też się liczą? Bo jak słucham tej rozmowy to mam wrażenie że wszyscy czekają na jakieś wielkie przebudzenie
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam wciąż ten sam problem - wszyscy mówią o "czuciu" i "chwilach". Ale żaden z tych opisów nie jest mierzalny. Jak to odróżnić od zwykłego nastroju?
A co jak nie odpływa? Bo u mnie takie myśli potrafią wisieć w głowie przez całą medytację i w ogóle się nie ruszają. To znaczy że robię coś źle?
Dokładnie taki sygnał. I to jest bardzo konkretne - masz punkt w ciele, który reaguje na starą narrację. To jest dużo więcej niż większość osób ma na początku. Pytanie co się dzieje, kiedy zostaniesz z tym napięciem w barkach zamiast od razu wracać do oddechu?
No i kto ma rację. Serio pytam, bo jak czytam to forum to raz ktoś mówi o ciele i oddechu, raz o runach, raz o planetach i nie wiem w którą stronę patrzeć.
Ale czy nie można łączyć? Tzn ja jak mam trudną medytację to czasem zapalę świeczkę albo trzymam kamień i jakoś łatwiej mi się skupić. Czy to psuje tę uważność?
Dokładnie o to. Zmiana kształtu to już jest coś. Większość osób w tym momencie ucieka z powrotem do oddechu, bo nie wie co robić dalej. A ty zostałaś. To jest ta różnica między obserwowaniem a ignorowaniem.
Ale jak to jest "zostać z napięciem"? Bo jak ja próbuję to robić to mi wychodzi że po prostu siedzę i boli mnie bark albo kark i czekam aż przestanie. Chyba robię to zupełnie inaczej niż wy mówicie.
Słucham tego i mam pytanie, które może będzie głupie - skąd wiecie, że to co czujecie w ciele to jest "stara tożsamość" a nie po prostu złe siedzenie albo stres z pracy? Serio, jak to rozróżniacie?
Wzorzec, to mnie trafia. Bo ja mam właśnie tak, że jak myślę o tym że chcę zmienić coś w sobie, to natychmiast czuję się zmęczona. Fizycznie zmęczona. I zawsze myślałam że to lenistwo, ale może to jest właśnie to co Franek opisuje?
No dobrze, ale jak mam to zmienić? Bo słyszę: zostań z tym, obserwuj, wzorzec - i to wszystko brzmi fajnie, ale co konkretnie robić żeby ta stara wersja siebie przestała blokować? Czy sama medytacja wystarczy?
Ta niecierpliwość którą opisujesz - to też jest część tego "starego ja". Chęć żeby jak najszybciej się go pozbyć. Kiedy to zobaczyłem u siebie, trochę mnie rozśmieszyło, że walczę ze starą tożsamością przy pomocy tej samej starej tożsamości.
Wtrącę się na chwilę, bo czytam ten wątek od początku i mam pytanie trochę z boku - czy noszenie konkretnego kamienia podczas tej medytacji mogłoby jakoś pomóc w tej pracy ze starą tożsamością? Czy to w ogóle ma tu sens?
No właśnie, jak nie mam to jakoś trudniej mi się skoncentrować, ale nie jest tak, że w ogóle nie mogę. Chyba po prostu dłużej mi zajmuje. Więc nie wiem, czy to uzależnienie czy po prostu nawyk.
Słucham tej rozmowy o kamieniach i mam mieszane uczucia. Jasne, że mogą pomagać, ale wydaje mi się, że my tutaj rozmawialiśmy o czymś innym - o tym jak przestać być starą wersją siebie. I czuję, że trochę odpłynęliśmy. Pranava, bo to Ty zacząłeś ten temat - jak Ty to widzisz? Czy kamienie w ogóle mają coś do rzeczy z tą zmianą tożsamości?
Myślę o tym od jakichś dwóch lat. Ale działam aktywnie od kilku miesięcy. I właśnie to jest frustrujące, że po takim czasie wciąż czuję się bardziej tą starą wersją niż nową. Jakby ta nowa to tylko marzenie, a ta stara to jest to co "naprawdę" jestem.
To ma sens neurologicznie i energetycznie zarazem. Stara wersja ma za sobą lata powtórzeń, zbudowane ścieżki w ciele, w umyśle, w polu energetycznym. Nowa wersja ma tylko zamiar. I to jest właśnie ta praca - dać nowej wersji tyle samo "grubości" co starej. Nie przez odrzucenie starej, ale przez dokładanie.
