I właśnie tu jest sedno - dźwięk może odświeżyć afirmację na chwilę, bo zmienia kontekst, w którym ją słyszysz. Ale jeśli słowa już nie mają w sobie życia, to żaden dźwięk tego nie przywróci trwale. Pytanie, które mnie teraz bardziej interesuje: skąd właściwie wiemy, że afirmacja "umarła" na dobre, a nie tylko weszła w fazę, gdzie pracuje głębiej i mniej czuć efektów?
No ale jak długo czekać na te "drobne zmiany w codzienności"? Bo ja mówię afirmacje od kilku tygodni i nic. Ani czuję, ani widzę. I zastanawiam się, czy problem jest w dźwięku, w słowach, czy może po prostu to nie działa na mnie?
A jak w ogóle "przerobić" afirmację na swoją? Dosłownie zmienić słowa, czy chodzi o coś głębszego? Bo jak słyszę "przepuść przez siebie", to nie wiem, co to w praktyce znaczy.
I tu wracamy do dźwięku, bo moim zdaniem muzyka albo cisza mogą właśnie ujawnić to tarcie. W ciszy słyszysz własny głos bez bufora i ewentualny dysonans jest wyraźniejszy. Przy muzyce możesz go zagłuszyć - niekoniecznie celowo. Więc jeśli ktoś używa dźwięku i nie czuje efektów, warto się zapytać: czy dźwięk nie jest przypadkiem ucieczką od słyszenia własnych słów?
A czy ten "wewnętrzny opór", o którym mówicie - to może być też zablokowana czakra? Bo jak pracuję z afirmacjami na serce i coś tam drapie, zastanawiam się, czy to jest językowy problem z afirmacją, czy może coś energetycznego leży głębiej.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że mój problem jest inny niż tarcie. U mnie jest zupełna pustka - mówię afirmacje i nic, ani opór, ani drżenie, ani nic. Jakbym czytała na głos losowy tekst. Czy to też jest znak, że trzeba zmienić słowa, czy raczej coś zupełnie innego?
Trochę szerzej, szczerze mówiąc. Ale przy afirmacjach jest najbardziej wyraźna. Może dlatego, że wtedy specjalnie próbuję coś poczuć i nie ma nic.
I to się bezpośrednio łączy z tym, o czym mówiliśmy na początku wątku - cisza kontra muzyka. Jeśli jesteś w trybie "staram się poczuć", to żaden dźwięk tego nie zmieni. Muzyka nie stworzy odczucia, które nie chce przyjść, podobnie jak cisza. Ale cisza przynajmniej nie dokłada dodatkowej warstwy do przebicia.
Mam pytanie trochę z boku - czy jest jakiś rodzaj dźwięku, który pomaga właśnie w tej sytuacji "pustki"? Coś, co nie ma melodii ani słów, żeby nie zagłuszać, ale jednocześnie daje jakiś punkt zaczepienia dla uwagi? Bo cisza u mnie też nie działa dobrze - jest za głośna.
Chodzi mi o coś jak szum - ale nie biały szum z YouTube, bo to zbyt sterylne i jakoś mnie odcina zamiast pomagać. Bardziej coś, co brzmi jak tło, nie jak coś do słuchania. Nie wiem, czy w ogóle coś takiego istnieje w praktyce, czy to tylko moje wymysły.
Ale mam tu pytanie do was obojga - czy to wracanie do słów ma sens, gdy te słowa są martwe? Bo mam w głowie to, co mówiła Ilonka wcześniej o pustce. Jeśli samo mówienie nie niesie niczego, to czy ten nawyk, o którym mówi Ulcia, ma cokolwiek do czego wracać?
Według... nie wiem. Jakiegoś wewnętrznego standardu. Może faktycznie to jest bez sensu jako kryterium.
Mam pytanie do całej rozmowy o afirmacjach i dźwięku - czy ktoś próbował dopasować muzykę albo ciszę do konkretnej czakry, z którą pracuje? Bo czytałam, że serce może potrzebować innych wibracji niż na przykład gardło. Nie wiem tylko, czy to ma potwierdzenie w praktyce.
Ale właśnie tu jest ciekawy moment dla afirmacji - bo jeśli mam dźwięk, który wyraźnie mnie inaczej nastraja, i wtedy mówię afirmacje, to czy to znaczy, że afirmacja jest "skuteczniejsza", czy że ja jestem po prostu inaczej ustawiona? I czy to w ogóle różnica?
I tu jest jeszcze jeden wymiar, który mało kto porusza - cisza jako praktyka sama w sobie, nie jako brak dźwięku. Są tradycje, gdzie cisza jest aktywna, celowa, i ma jakość. Jeśli twoja cisza jest tylko "wyłączonym głośnikiem", to to jest coś zupełnie innego niż cisza jako stan.
Mhm, tak - chyba wiem, o czym mówisz. Było takie kilka razy, że cisza jakby... gęstniała. Ale szczerze mówiąc, nie wiedziałam, że to coś znaczy. Myślałam, że to zmęczenie albo że za długo siedzę bez ruchu.
To jest bardzo ciekawy trop, bo wracając do tego, co nas tu w ogóle sprowadza - jeśli cisza aktywna ma jakość i obecność, to może właśnie w niej afirmacja nie jest potrzebna? Albo inaczej - może wtedy afirmacja jest już tylko powtórzeniem czegoś, co i tak jest?
A wracając jeszcze do szeptu - robiłam dziś rano i byłam zaskoczona, że mi się nie chciało przerywać. Zwykle po kilku minutach odpływam myślami. Czy to już jest ten odzew w ciele, o którym Ulcia mówiła, czy to jeszcze za mało?
A jak to się ma do muzyki, przy której afirmujemy? Bo jak słucham tej rozmowy, to mi się wydaje, że muzyka może robić dokładnie to samo - dawać rytm i brzmienie zamiast treści. I może dlatego u niektórych lepiej działa coś ledwo słyszalnego, bo nie "zagłusza" treści afirmacji.
