Słuchajcie, ten wątek z oporem i gotowością jest ciekawy ale trochę mnie niepokoi jedno - czy nie wpadamy w taką pułapkę że jak ktoś mówi że medytacja mu nie działa, to odpowiedź brzmi 'bo nie byłeś gotowy'? To trochę tautologia. Nie ma jak tego sfalsyfikować.
Ja mam inne pytanie bo trochę zgubiłam wątek - te frazy które Wedrowiec podał wcześniej, 'niech będę bezpieczna' i reszta - czy je mówię na głos czy tylko w myślach? Bo raz słyszałam że na głos ma większy efekt, raz że to nie ma znaczenia i nie wiem co z tym zrobić.
To z lustrem brzmi dla mnie jakby wyjatkowo awkward. Naprawde ludzie to robia? Mam na mysli - siedzisz przed lustrem i mowisz do siebie ze cie kochasz? Nie oceniam, po prostu staram sie wyobrazic i nie umiem.
a mam pytanie do lusrta - czy to musi byc duze lustro czy moze mniejsze np lusterko kosmetyczne? i czy na siedząco czy stojaąco? wybaczcie ze pytam o takie detale ale chce zrobic dobrze jak juz siadam do tego
Ojej, to z lustrem to ja w ogóle nie wiedziałam że to część tej praktyki! Myślałam że medytacja miłości do siebie to tylko siedzenie z zamkniętymi oczami i powtarzanie fraz. Czy to jest osobne ćwiczenie czy można to łączyć z tymi frazami metta razem?
Wracając do meritum bo trochę odpłynęliśmy - mam pytanie do tych którzy praktykują dłużej. Kiedy ta medytacja zaczyna działać na codzienne życie poza poduszką? Bo na sesji mogę się skupić i być dla siebie łagodna, ale potem coś pójdzie nie tak w pracy i cały wewnętrzny krytyk wraca jakby nigdy nic.
A jak często ćwiczycie? Bo mam wrażenie że ta rozmowa cały czas zakłada regularność, ale nikt nie mówi wprost ile to znaczy. Codziennie? Trzy razy w tygodniu? Bo dla mnie to nie jest oczywiste i myślę że Runolog pyta trochę też o to.
A ja mam pytanie bardziej podstawowe - bo przez cały czas mówimy o tym że 'zaczyna działać' albo 'nie działa', ale skąd właściwie wiadomo że działa? Czyli jak wygląda miernik efektu? Bo dla mnie to jest naprawdę nieoczywiste.
To chyba jest problem z calym tym tematem, ze ciezko to oddzielic od reszty zycia. Zaczynasz meditowac i jednoczesnie moze przestajesz byc w zlym zwiazku albo dosypiasz wiecej. I potem co, jak sie poprawia to medytacja, a jak nie to 'jestes niegotowy'? Troche tak to wyglada z zewnatrz.
Wydaje mi się że szukamy pewności tam gdzie jej nie będzie. Medytacja miłości do siebie to nie jest coś co się sprawdza jak lekarstwo. Raczej jak uczenie się nowego języka - nie ma punktu gdzie nagle 'zadziałało', jest ciągłe zbliżanie się. I to może być frustrujące jeśli ktoś chce wiedzieć kiedy będzie gotowy wynik.
Ojej, kilka miesięcy... to dużo czasu. Ale z drugiej strony jak o tym myślę, to przecież te wzorce myślenia które teraz mam budowały się przez całe życie, więc może nie ma co oczekiwać że rozpadną się w tydzień. Mam rację czy to głupie rozumowanie?
A ja chciałam zapytać bo cały czas słyszę o tych frazach i o lustrze, ale nikt nie mówi jak długo powinna trwać jedna sesja. Czy to jest pięć minut czy trzydzieści? Bo jak próbowałam to robić to nie wiedziałam kiedy skończyć i albo przerywałam za szybko albo siedziałam tak długo że myślami byłam już zupełnie gdzie indziej.
A co to znaczy 'inne zakotwiczenie'? Bo nie do końca rozumiem. Czy chodzi o skupienie na oddechu zamiast na frazach, czy coś jeszcze innego?
mam pytanie bo chcę sprawobować tą technikę z oddechem - czy na wydech czy na wdech mowi sie frazę? pytam bo gdzies slyszalm że wdech to przyjmowanie a wydech to wypusczanie i nie wiem jak to tu zastosowac
ok to sprobuje obu i zobacze co bardziej do mnie trafia, dzieki Tunia. ale mam jeszce jedno pytanie - czy te frazy powinny byc zawsze tak same, cos w stylu 'kocham siebie i akceptuje siebie', czy moga byc inne dla kazdej osoby?
a ja mam pytanie bo przez cala te dyskusje zastanawiam sie - czy te frazy w ogole maja dzialac bo sie wierzy w ich tresc, czy raczej samo ich powtarzanie cos robi bez wzgledu na to czy sie wierzy? bo jak sie zmusi do powtarzania czegos w co sie nie wierzy to czy to nie jest wrecz kontraproduktywne
Słucham tej dyskusji o wierze i frazy i mam wrażenie że może to jest zbyt twardo stawiane. Kiedy zaczynałam, absolutnie nie wierzyłam w te słowa. Ale zauważyłam że gdzieś w połowie sesji ten opór stawał się mniej sztywny - nie znikał, ale jakby miękł. I to może nie jest wiara, ale coś między.
A jak to wyglądało u ciebie z czasem? Czy ten opór znikał trwale, czy wracał przy kolejnych sesjach i za każdym razem trzeba było go na nowo 'miękczyć'?
mam wrażenie że ta rozmowa powoli przesuwa się w stronę neurologii albo psychologii i zastanawiam się czy to nie jest właśnie miejsce gdzie ezoteryka i nauka się stykają. Bo to co opisujecie z tym mięknieniem oporu brzmi jak coś co mogłoby mieć wyjaśnienie w obu tych dziedzinach naraz.
Ojej, właśnie wróciłam do tego wątku po kilku dniach i tyle się działo! Chciałam zapytać bo wcześniej pisałam że kilka miesięcy to dużo czasu - czy ktoś z was zrobił sobie przerwę w praktyce i wrócił? Jak to było, bo boję się że zacznę i rzucę.
Wracając do pytania Apolonki o przyspieszenie - mam wrażenie że samo szukanie skrótu może być częścią problemu. To znaczy, ta praktyka w dużej mierze polega właśnie na tym żeby być z sobą bez celu, bez oceniania, bez mierzenia postępu. I jak ktoś przychodzi z nastawieniem 'kiedy już będę siebie kochać', to może to utrudniać samo wejście w stan który jest potrzebny.
przepraszam że się wtrącę ale właśnie to mnie blokuje od początku - jak mam medytować na miłość do siebie kiedy samo siedzenie i bycie ze sobą jest nieprzyjemne? Czy to znaczy że ta metoda nie jest dla mnie, czy że właśnie dla mnie jest, tylko trudniejsza?
Wracając do pytania Terenii - to rozróżnienie między 'nie dla mnie' a 'trudniejsze dla mnie' jest kluczowe w tej praktyce. Sama długo myślałam że skoro mam opór to może to nie jest moja ścieżka. A potem gdzieś przeczytałam że właśnie opór wobec miłości do siebie jest jedną z oznak, że ta praktyka jest dokładnie na miejscu. Nie wiem czy to na pewno prawda, ale mi wtedy pomogło.
Coś mnie uderza w tym co mówi Terenia - że myśli o zakupach po dwóch minutach. Ja miałam identycznie. I mój nauczyciel medytacji powiedział mi wtedy coś co mnie zaskoczyło - że zauważenie, że odpłynęłam myślami, to już jest część praktyki, nie jej porażka. Nie wiem czy to zmienia perspektywę, ale może trochę odciąża.
Ojej, to co mówi Leszczynka z tym odpłynięciem brzmi jak ulga, bo ja też ciągle mam ten problem i zawsze myślę że robię coś źle. Ale mam pytanie do Terenii - ile razy próbowałaś? Bo ja na początku próbowałam może trzy razy i myślałam że to nie działa, a potem ktoś mi powiedział żeby dać sobie miesiąc. Jeszcze w tym miesięcu jestem, haha.
a propos tego odpływania mysli - czy jest jakas roznica miedzy medytacja na milosc do siebie a na przyklad zwykla medytacja oddechu jesli chodzi o to jak sie wraca? bo wydaje mi ze przy fraazach trudniej jest sie zalapac z powrotem niz przy oddechu ktory jest zawsze
A skąd wpadłaś na ten pomysł z oddechem jako pomostem? Sama do tego doszłaś, czy ktoś ci podpowiedział? Pytam bo to brzmi bardzo praktycznie i chciałabym spróbować, ale nie chcę mieszać technik na ślepo.
