Ten pomysł żeby ćwiczyć razem z dzieckiem wydaje mi się kluczowy i trochę go pominęliśmy w tej rozmowie. Nauczycielka którą wcześniej wspominałam bardzo to podkreślała - rodzic który sam medytuje daje dziecku wzorzec, a nie instrukcję. Czy ktoś tu faktycznie medytuje razem z własnym dzieckiem regularnie?
Ale wracając do pytania które postawił Jacek kilka postów wcześniej o nieprzyjemnych efektach - czy ktokolwiek ma takie konkretne doświadczenie? Bo do tej pory mówiliśmy głównie o tym jak to działa dobrze. Ciekawi mnie ta druga strona, bo to chyba ważne dla oceny bezpieczeństwa.
Właśnie, i to potwierdza to czego dowiedziałam się od psychologa którego pytałam. Ona używała słowa 'uziemienie' dosłownie - że dziecko po każdej wizualizacji powinno wrócić do czegoś fizycznego, konkretnego. Dotknąć podłogi, napić się wody, powiedzieć gdzie jest. Brzmi banalnie ale chyba ma sens.
A właśnie, bo ja zawsze kończyłam wizualizacje z dziećmi jakimś konkretnym zdaniem, w stylu 'teraz wracamy, czujemy podłogę pod stopami'. I mój syn zawsze po tym otwierał oczy sam, bez żadnego popychania. Ale nie wiedziałam że to ma jakąś nazwę, to był intuicyjny odruch.
Słuchajcie, ja dalej siedzę przy swoim pytaniu z wcześniej - czy w ogóle zwykła, cicha medytacja bez wizualizacji jest dla dzieci bezpieczna? Bo ta cała rozmowa o wizualizacjach sprawia że zaczynam się bać, a moje dziecko chciało spróbować po prostu siedzieć i oddychać. Czy to też jest ryzykowne?
To co mówi Igorek93 wydaje mi się kluczowe. Ale mam pytanie do wszystkich rodziców tutaj - czy wasze dzieci same spontanicznie coś opowiadają po medytacji? Bo moja córka po każdej sesji relaksacyjnej ma nagle ochotę na długą rozmowę i nie wiem czy to dobrze czy źle.
Hej, ja tu jestem zupełnie z boku jeśli chodzi o dzieci, ale słucham tej rozmowy i mam takie laickie pytanie - skoro dzieci po medytacji chcą gadać, to może właśnie to jest ten 'efekt', po który się to robi? Że dziecko jest bardziej otwarte na kontakt? Czy to jest złe?
No właśnie, a ja słyszałam o sytuacji odwrotnej - dziecko które po 'medytacji' u kogoś na zajęciach było wycofane i niechętne do rozmowy. Rodzic to skwitował jako 'tak ma działać wyciszenie'. Ale to brzmi niepokojąco, nie?
Mam wrażenie że ta rozmowa powoli zmierza do czegoś ważnego - że medytacja dla dzieci jest bezpieczna pod warunkiem że rodzic naprawdę patrzy i słucha, a nie tylko prowadzi sesję. Czyli obciążenie jest po stronie dorosłego, nie dziecka. Czy ktoś się z tym nie zgadza?
Słuchajcie, ja mam takie wrażenie słuchając tej rozmowy, że wy wszyscy zakładacie że dziecko musi coś wyraźnie pokazać po medytacji - albo gadać, albo być wyciszone, albo coś. A co jeśli po prostu nie czuje nic szczególnego i to jest właśnie w porządku?
Właśnie to mnie tu najbardziej niepokoi - że jako rodzic nie jestem w stanie stwierdzić co się naprawdę dzieje w głowie dziecka po takich ćwiczeniach. Mam syna który jest z natury zamknięty i on po wszystkim zawsze milczy. I nie wiem czy to jego normalność czy znak że coś nie gra.
Mam zapisane to co Jacek mówił wcześniej o rozróżnieniu wyciszenia od zamknięcia i chyba to jest najpraktyczniejsza wskazówka w tym wątku. Ale mam pytanie - czy ktoś próbował to dziecku wytłumaczyć, że samo może nam powiedzieć 'hej, to mi nie odpowiada'? Czy to zbyt abstrakcyjne dla młodszych dzieci?
U mnie syn miał chyba z 8 lat kiedy zaczęliśmy i on sam kiedyś powiedział że 'nie chce myśleć o niczym bo mu się kręcą dziwne obrazki'. I to był sygnał żeby się zatrzymać. Dzieci często mówią wprost, tylko trzeba słuchać bez oceniania. Choć nie wiem czy młodsze potrafią to tak artykułować.
To co mówi Wiciokrzew78 jest ważne - ta spontaniczność dziecka. Moje ma 7 lat i ona raczej nie powie 'mam niepokój po medytacji', ale powie 'nie chcę już tego' albo 'to jest nudne'. I może właśnie to 'nudne' jest bezpieczniejszą wersją odmowy niż coś głębszego?
Przepraszam że wchodzę z głupim pytaniem, ale czy wasze dzieci w ogóle same prosiły o medytację czy to wy wyszłyście z inicjatywą? Bo mam wrażenie że to trochę zmienia całą tę dyskusję o bezpieczeństwie.
To pytanie Izuski jest naprawdę istotne, bo motywacja i kontekst mocno wpływają na to jak dziecko przeżywa praktykę. Dziecko które samo chce - ma poczucie sprawczości, może w każdej chwili zrezygnować bez poczucia winy. Dziecko które robi to 'dla mamy' ma zupełnie inną dynamikę. Czy ktoś próbował sprawdzić czy dziecko chętnie wraca do medytacji samo z siebie, bez przypominania?
Ja tu głównie czytam, bo sama nie mam dzieci, ale mam siostrzenicę i ona od niedawna robi te ćwiczenia oddechowe ze swoją wychowawczynią w szkole. Nikt nikogo nie pytał o zgodę. Rodzice się dowiedzieli przypadkowo. Czy to jest w ogóle dopuszczalne?
Cieszę się że Jacek potraktował to poważnie, bo trochę się bałam że wyjdę na histeryczkę z tą szkołą. Ale serio, siostrzenicy nikt nie zapytał czy chce. Ona podobno lubiła, ale to nie znaczy że tak powinno być bez wiedzy rodziców, nie?
A może w ogóle warto odwrócić pytanie - czy rodzice powinni mieć prawo weta wobec czegoś co szkoła robi w dobrej wierze i bez szkody dla dziecka? Bo jak zaczniemy iść tą ścieżką, to dochodzimy do sytuacji gdzie każde ćwiczenie oddechowe wymaga podpisanego formularza...
No i właśnie tu się kłania pytanie które Izuska zadała na początku - czy to dziecko samo chce czy ktoś je do tego prowadzi. W szkole nie ma wyboru, wszyscy robią to samo. To jest zupełnie inna sytuacja niż z mamą w domu, prawda?
A ja się zastanawiam czy to że dziecko nie odmawia znaczy że mu odpowiada, czy że boji sie powiedzieć że nie chce. U nas w domu córka raz powiedziała że 'czuje się dziwnie' i od razu zapytałam co to znaczy. W szkole chyba by tego nie powiedziała nauczycielce.
No właśnie, to jest coś czego się boję jako osoba bez dzieci - że dzieci mają dużo mniejszą możliwość powiedzenia 'stop' w kontekście szkolnym. To chyba odpowiada na moje własne pytanie - motywacja i środowisko są ze sobą połączone, nie da się tego rozdzielić.
Zapisuję sobie to rozróżnienie: środowisko domowe versus szkolne jako osobna zmienna bezpieczeństwa. Ale mam pytanie do Igorka - czy jest jakaś wersja medytacji która byłaby neutralna na tyle, żeby szkoła mogła ją prowadzić bez tych wszystkich wątpliwości?
No i tu dochodzimy do sedna - kompetencje osoby prowadzącej. Bo wyobraźcie sobie że wychowawczyni jest sama zaangażowana w jakąś konkretną tradycję i nieświadomie wnosi to do ćwiczeń. Dziecko tego nie wyłapie, ale może to poczuć.
Muszę tu dopytać bo może się mylę - czy 'budowanie skojarzeń' to coś o czym my tu w ogóle powinniśmy się martwić, czy to już jest naprawdę marginalny przypadek? Pytam szczerze, bo nie wiem ile to jest realne ryzyko a ile nasza zbiorowa nadinterpretacja.
A mnie zastanawia co właściwie miała na myśli Wiciokrzew mówiąc że córka 'czuła się dziwnie'. Bo to jest bardzo szerokie określenie. Czy pyta się ją co to konkretnie oznaczało? Bo 'dziwnie' to może być i lekkie rozkojarzenie i coś naprawdę niepokojącego.
Zapytałam oczywiście. Powiedziała że jak zamknęła oczy to miała wrażenie że 'odpływa' i nie wiedziała gdzie jest jej ciało. Trwało to chwilę i samo minęło. Dla mnie to była delikatna dysocjacja, ale nie przesadzałam, tylko zrobiłyśmy przerwę i porozmawiałyśmy. Potem wróciła do medytacji i już tego nie miała.
