Zauważyłam ostatnio coś dziwnego. Im regularniej medytuję, tym inaczej odczuwam upływ czasu. Tydzień nie mija jak zwykle – jakby rozciągał się, był pełniejszy. Miesiące przestały mi uciekać przez palce jak wcześniej. Siedzę przy tym jakiś czas i nie wiem, czy to efekt samej praktyki, czy może po prostu staję się bardziej uważna na co dzień. Ktoś miał podobne odczucia? Ciekawi mnie szczególnie, czy to się dzieje od razu, czy stopniowo.
Mam podobnie, ale zastanawiam się czy to nie jest tak, że po prostu afirmujemy sobie spokój i przez to mamy wrażenie, że czas płynie wolniej? Jak długo medytujesz, żeby coś takiego poczuć?
A czy nie można używać obu naraz? Znaczy, medytować i do tego powtarzać afirmacje, żeby wzmocnić efekt? Bo ja próbuję różnych rzeczy i nie wiem co działa.
Hej, a czy ktoś w ogóle sprawdzał jak szybko ten efekt ze zmianą poczucia czasu powinien przyjść? Bo czytam i czytam o medytacji, ale u mnie nic takiego nie ma. Siedzę, liczę oddechy i tyle.
Mam pytanie, bo może jestem jedyną, która tak ma. U mnie podczas medytacji czas jakby się rozciąga i to jest nieprzyjemne, nie relaksujące. Siedzę pięć minut i mam wrażenie, że minęła godzina, i zaczynam się niecierpliwić. Czy to normalne na początku?
Tu wychodzi chyba sedno całego tematu – czy jesteśmy w stanie odróżnić faktyczną praktykę od samego mówienia sobie, że praktykujemy? Bo można sobie afirmować, że medytuję regularnie, można mieć rytuał zapalania świeczki przed sesją, a potem siedzieć trzy minuty i uciekać. I wciąż czuć się osobą medytującą. Mnie to interesuje, bo w tarocie też widzę, że ludzie często chcą symbolicznego potwierdzenia drogi, zamiast nią iść.
Ale jak w takim razie sprawdzić, czy naprawdę medytuję, a nie tylko siedzę i udaję? Pytam poważnie, bo sama nie wiem jak to ocenić.
Ale tu jest ciekawe napięcie – bo można też zbytnio skupić się na tym, żeby "pamiętać miesiąc", i to samo w sobie staje się kolejnym zadaniem do odhaczenia. Zamiast bycia obecnym, zaczynamy monitorować, czy jesteśmy obecni. Czy to nie jest pułapka?
Tak, to chyba jest różnica – retrospektywne zauważenie versus bieżące monitorowanie. Pierwsze jest naturalne, drugie to już trochę intelektualna kontrola. Ale jak wiesz, że nie zaczynasz automatycznie tego drugie robić po tym jak raz zauważysz?
A nie jest tak, że afirmacje właśnie wpadają w tę pułapkę monitorowania? Tzn. powtarzasz "jestem obecna, czas płynie spokojnie" i jednocześnie sprawdzasz, czy faktycznie tak czujesz. I jak nie czujesz, to afirmacja nie działa, a jak czujesz, to nie wiesz czy to afirmacja czy co innego.
Efekt placebo to też efekt, nie? Nie mówię tego złośliwie, serio. Jeśli po afirmacji czujesz się lepiej i bardziej skupiony, to czy mechanizm naprawdę ma znaczenie?
Hej, ale wracając do czasu – mi chodzi konkretnie o to, jak długo muszę medytować, żeby zacząć to w ogóle czuć. Bo słyszę, że trzeba tygodni, miesięcy. Czy ktoś pamięta kiedy dokładnie coś się przesunęło? Jakiś orientacyjny czas?
U mnie było coś, czego w ogóle nie spodziewałam się w medytacji – poczucie, że dane miejsce zaczyna mi się śnić w specyficzny sposób. Nie w sensie zwykłego snu, ale jakby czas w tym miejscu był inny. Wtedy przestałam analizować praktykę, bo coś się po prostu otworzyło. Ale to może być specyficzne dla mnie.
Dla mnie regularna znaczyła codziennie, ale krótko – czasem pięć minut, rzadko więcej niż dwadzieścia. Ważniejsza była ta codzienna obecność niż długość. Choć nie wiem, czy to by działało tak samo dla każdego – mój rytm dnia jest specyficzny.
Runy uczą czegoś, co ma tu zastosowanie – nauka nie cofa się. Ale można przykryć ją hałasem. Przerwa w medytacji nie kasuje tego, co zdążyłeś zobaczyć, ale możesz znowu zacząć nie widzieć, bo przestałeś stwarzać ku temu warunki. To nie jest zero-jedynkowe.
To może być właśnie kwestia snów. Jak czas zaczyna się inaczej układać w praktyce medytacyjnej, to pierwsze co u mnie się zmieniło to nie wspomnienia dnia, ale to jak sny sytuowały się względem czasu. Zaczęłam wiedzieć "to było niedawno" albo "to było dawno" bez sprawdzania. Jakby wewnętrzny zegar zaczął działać precyzyjniej. Czy ktoś jeszcze to zauważył, nie tylko w jawnym życiu?
Ale to prowadzi z powrotem do pytania o afirmacje, bo mi się wydaje że część ludzi używa afirmacji właśnie żeby sobie wmówić że "praktykuje" bez siedzenia. Tzn. mówią sobie codziennie że są obecni, spokojni, że czas im nie ucieka – i to ma zastąpić faktyczną praktykę. Czy to jest w ogóle możliwe że ktoś tak funkcjonuje latami i nie widzi różnicy?
Przepraszam, może naiwne pytanie, ale czy to poczucie że coś jest "przepracowane przez sen" może przyjść bez lat praktyki? Bo ja dopiero zaczynam i zastanawiam się czy kiedyś to poczuję, czy to coś co przychodzi po długim czasie.
A ja mam inne pytanie, bo wcześniej mówiłyśmy o afirmacjach jako o czymś co zastępuje praktykę. Ale czy może być tak że afirmacja jest dobrym wejściem do medytacji? Tzn. że zaczynasz od powiedzenia czegoś sobie, a to cię wprowadza w stan? Czy to nadal jest unikanie?
To jest właśnie to co chciałam powiedzieć od dawna i jakoś nie umiałam. Afirmacja jako próg brzmi uczciwie. Ale widzę dużo osób które mówią afirmacje i nigdy nie przekraczają tego progu. I mówią sobie że praktykują. I widzę że miesiące im uciekają tak samo, tylko z lepszym samopoczuciem w danej chwili.
Wracam do wątku głównego, bo trochę nam to odpłynęło w stronę afirmacji. Ale właśnie przez tę rozmowę coś mi się ułożyło: afirmacje mogą być tym czym jest brak medytacji dla postrzegania czasu. Ty myślisz że coś trwa, minęło, przyniosło efekt – a tak naprawdę nic się wewnętrznie nie poruszyło. Miesiąc uciekł ale nie dlatego że był pełny, tylko dlatego że go nie przeżyłaś. Czy ktoś tu miał taki moment, że nagle "zobaczył" stracony czas?
Tak, i to było bardzo nieprzyjemne. Sięgałam wstecz przez kilka miesięcy i naprawdę nie umiałam powiedzieć co się w nich wydarzyło. Nie dlatego że nic się nie działo, bo dużo się działo. Ale jakby wszystko było za szybą. I dopiero jak zaczęłam jakąkolwiek praktykę, nawet bardzo nieregularną, zaczęłam mieć coś w rodzaju zakotwiczenia w czasie. Wiesz kiedy był ten moment, wiesz co wtedy czułaś.
A mi ta rozmowa o afirmacjach i czasie dała taki obraz: afirmacja bez praktyki to jakby śnić o tym że śpisz. Twój umysł jest aktywny, coś produkuje, ale nie ma prawdziwego odpoczynku ani przetworzenia. I czas tego rodzaju "snu" też jest jakiś – mija – ale rano nie masz z niego nic.
