Mam taki problem od dłuższego czasu i postanowiłam napisać, bo może ktoś ma sprawdzone sposoby. Mieszkam przy ruchliwej ulicy, sąsiedzi głośni, mąż ogląda telewizję wieczorami i praktycznie nie ma momentu kiedy jest naprawdę cicho. Próbowałam wstawać wcześnie rano żeby mieć trochę spokoju, ale o 5 rano też już jeżdżą samochody. Jak wy sobie z tym radzicie? Czy w ogóle da się wejść w głębszą medytację kiedy dookoła jest taki hałas?
A jakiego rodzaju medytacji próbujesz? Bo to ma znaczenie. Przy niektórych technikach hałas faktycznie przeszkadza, przy innych można go włączyć w praktykę zamiast z nim walczyć.
Dokładnie ten sam problem mam z sąsiadami, u mnie w bloku to prawdziwa katastrofa wieczorami. Słyszałam kiedyś że można zamiast walczyć z dźwiękami po prostu je obserwować jak przepływające chmury, ale jak to zrobić w praktyce żeby naprawdę działało? Bo jak próbuję to i tak zaczynam nasłuchiwać co to jest i skąd.
Słyszałem że najlepsze są słuchawki z aktywną redukcją szumów, drogie ale podobno robią z tego robią. Albo medytacja o świcie, bo wtedy miasto jeszcze śpi. Starożytni praktycy zawsze medytowali o czwartej rano, to nie przypadek.
Ja mam podobnie, mieszkam przy drodze krajowej i już dawno odpuściłem z medytacją w domu. Przerzuciłem się na park niedaleko, ale zimą to odpada. Nie wiem czy to dobry kierunek w ogóle, bo czytałem że miejsce medytacji powinno być stałe?
Ciekawe podejście z tym tłem dźwiękowym. Ja mam pytanie bo dopiero zaczynam, czy nie jest tak że im bardziej staramy się nie zwracać uwagi na hałas tym bardziej nam przeszkadza? Sama tak mam z każdą dekoncentrującą rzeczą.
A czy słuchawki wygłuszające, te normalne piankowe jak do ochrony słuchu, nie byłyby lepsze na początek niż walka z umysłem? Pytam bo sama mam problem z koncentracją i zastanawiam się czy nie zacząć od czegoś prostszego.
Szczerze mówiąc nigdy nie medytowałem ale to co piszecie brzmi jakby medytacja była super trudna. Myślałem że wystarczy po prostu usiąść i nie myśleć. To w ogóle możliwe żeby nie myśleć przez kilka minut?
Mam pytanie do Kminek, bo wydaje się że dobrze to rozumiesz. Mówiłaś o zmianie stosunku do dźwięku. Jak długo ćwiczyłaś zanim to zaczęło działać? Bo nie chcę się zniechęcić po tygodniu jeśli to kwestia miesięcy.
Zastanawiam się czy hałas nie jest przypadkiem czymś co blokuje energię podczas medytacji, a nie tylko dekoncentruje? Czytałam że dźwięki o niskich częstotliwościach jak szum samochodów mogą zakłócać czakry. Czy ktoś o tym słyszał?
Wtrącę się bo mam inne doświadczenie. Przez długi czas szukałam idealnych warunków do medytacji i zawsze coś mi przeszkadzało, hałas, światło, temperatura. Dopiero jak uświadomiłam sobie że szukam wymówek żeby nie siąść, coś drgnęło. Teraz meduję w kuchni przy włączonej zmywarce i jakoś działa. Nie mówię że hałas nie przeszkadza wcale, ale przestałam z nim walczyć i już jest inaczej.
Wróćmy może do tego co pisała Kminek o zmianie stosunku do dźwięku. Bo mam wrażenie że to wszystko jest łatwe w teorii, a jak siadasz i jedzie karetka za oknem to jednak wyrwa się z koncentracji. Czy jest jakiś konkretny sposób żeby to ćwiczyć, coś co można zrobić krok po kroku?
Z nagłymi dźwiękami jest tak że ciało reaguje zanim umysł zdąży cokolwiek zrobić, to odruch. Mistrzowie zen pracują z tym latami. Właśnie dlatego tradycyjnie zaczyna się medytować w warunkach kontrolowanych żeby nie traumatyzować układu nerwowego.
Mnie też to zdziwilo co Weles napisał. Bo jeśli nagłe dźwięki traumatyzują to ja mieszkam przy ruchliwej ulicy i może w ogóle nie powinnam medytować w domu? Trochę to absurdalne brzmi. A ile osób w miastach medytuje, pół świata by było wykluczone.
Ja też miałam takie obawy jak Eustachy o warunki. Zaczęłam u siebie w sypialni i przez pierwsze tygodnie byłam skupiona bardziej na tym co mi przeszkadza niż na medytacji. Dopiero jak przestałam oceniać każdą sesję to coś się zmieniło. Ale mam pytanie, czy poziom hałasu w ogóle ma znaczenie? Czy to jest czysto kwestia nastawienia?
O krzyki dzieci to w ogóle osobna kategoria bo są takie przenikliwe 🙂 Moja siostrzenica mieszka przy przedszkolu i mówi że to gorsze niż ruch uliczny. Czy jest jakaś kategoria dźwięków która jest wyjątkowo trudna do przepracowania w medytacji?
Powiem szczerze, za dużo tu teorii. Medytowałam raz przy muzyce relaksacyjnej, raz w ciszy, raz przy otwartym oknie i za każdym razem mi nie wyszło. To może problem nie jest w dźwiękach tylko w czymś innym? Jak długo w ogóle trwa zanim medytacja zacznie dawać jakikolwiek efekt?
ale to ważne pytanie bo mnie też nikt nie powiedział czego oczekiwać! Czytałam opisy medytacji i wszędzie piszą o spokoju i wewnętrznym świetle, a ja siedzę i myślę o liście zakupów. Czy to w ogóle był jakiś efekt który poczułaś na początku?
To co Jagusieńka pyta to sedno. Ja pierwszego efektu nie zauważyłam podczas sesji tylko po, kilka godzin później. Byłam po prostu mniej reaktywna na głupi komentarz w pracy. Nie spodziewałam się że to od medytacji, skojarzyłam dopiero po pewnym czasie. Hałas przy medytacji i hałas w głowie może być połączony bardziej niż myślimy.
To co Ametystka napisała o efekcie po sesji, a nie podczas niej, to dla mnie rewelacja! Czyli mogę siedzieć z tą listą zakupów w głowie i to nie jest porażka? Bo ja serio myślałam że jak myślę to znaczy że mi nie wychodzi. Dziękuję za to, naprawdę, to zmienia wszystko.
Ja mam ten sam problem co Jagusieńka i to niezależnie od hałasu. Czyli może część z nas w ogóle nie jest gotowa na medytację w hałasie bo nie umie jeszcze w ciszy? Może powinienem najpierw opanować to z listą zakupów, a potem brać się za buczenie lodówki?
Ale właśnie, czy jest jakaś kolejność którą polecacie? Bo czytałam gdzieś że MBSR, ten program mindfulness Kabata-Zinna, od razu zakłada że ćwiczysz w normalnych warunkach życia, nie w odosobnieniu. Czyli może nie ma żadnej kolejności i można od razu rzucić się na głęboką wodę?
Wracając do pytania Joasieńki o kolejność, bo to istotne dla tematu hałasu. Z mojego doświadczenia nie chodzi o ciszę na początku, tylko o prostotę. Jeden oddech, uwaga tylko na nim, pięć minut. Hałas w tle nie ma znaczenia jeśli zadanie jest na tyle proste że go nie 'potrzebujesz' ignorować. Jak próbujesz utrzymać uwagę przez godzinę to dźwięki stają się problemem. Przy pięciu minutach często nawet ich nie rejestrujesz.
Sama zaczynałam od trzech minut i przez długi czas to była moja standardowa sesja. I właśnie przy szkole jak Augurka, przerwy mi nie przeszkadzały bo zanim zdążyłam się wkręcić to sesja się kończyła. Paradoksalnie krótkie sesje w moim przypadku lepiej współpracowały z hałasem niż długie.
To z tymi minutami to jest taki mit według mnie. Podobnie jak mit o pozycji lotosu. Ja medytowałam pierwsze miesiące po 7-8 minut i czulem że coś mi to daje. Zresztą wyniki zależy co przez to rozumiesz, bo jak piszesz że po dwudziestu minutach dopiero coś czujesz, to ile tych minut liczy się jako 'prawdziwa' medytacja, a ile to walka z myślami?
No właśnie to mnie zastanawia. Jak wy w ogóle mierzycie że coś wam 'daje'? Pytam serio, bez złośliwości. Bo siedzę, staram się, nic szczególnego nie czuję i mam poczucie że czas marnuję. Co konkretnie miałam poczuć po tych kilku tygodniach?
To co Granacik opisuje brzmi jak coś co dałoby się osiągnąć zwykłym liczeniem do dziesięciu przed reakcją. Skąd wiadomo że to od medytacji? Naprawdę pytam, bo nie chcę zaczynać czegoś jeśli nie rozumiem mechanizmu.
