Zastanawiam się nad czymś, co mi chodzi po głowie od jakiegoś czasu. Sporo ludzi mówi o pozytywnym myśleniu jako o czymś podobnym do medytacji, albo wręcz zamiennie. Ale dla mnie to zupełnie inne rzeczy. W medytacji chodzi mi o to, żeby nie przyklejać się do żadnych myśli, ani pozytywnych, ani negatywnych. A pozytywne myślenie to właśnie przyklejanie się do konkretnych myśli, tyle że przyjemnych. Czy ktoś widzi to tak samo, czy może się mylę?
Też się nad tym zastanawiałam! Bo czytałam gdzieś, że medytacja to obserwowanie myśli bez oceniania, a pozytywne myślenie to wręcz odwrotność, czyli aktywne kształtowanie tego, co myślimy. Ale nie jestem pewna, czy te dwa podejścia nie mogą jakoś współpracować?
Miałam tak samo. Afirmacje robiłam tuż przed siedzeniem cicho i głowa była pełna tych fraz. Przesunęłam afirmacje na wieczór i jakoś się to rozdzieliło.
A nie myślałeś, że może te afirmacje podczas medytacji to jest właśnie sygnał, że umysł je przetwarza? Czytałem gdzieś, że to może być coś pozytywnego, że praca trwa. Ale sam nie wiem, czy to nie jest takie usprawiedliwianie rozproszenia.
To co opisujesz jako 'obserwator kontra myśliciel' to chyba sedno tej różnicy. Pozytywne myślenie zakłada, że ty tworzysz i kształtujesz myśl. Medytacja zakłada, że ty tylko ją widzisz. To zupełnie inne pozycje względem własnego umysłu.
Ale czy medytacja nie zmienia jednak nastawienia na dłuższą metę? Bo jeśli przez medytację uczysz się nie utożsamiać z negatywnymi myślami, to efekt jest chyba podobny do pozytywnego myślenia, tylko dochodzi się tam inną drogą?
O rany, to jest naprawdę ciekawe ujęcie. Nigdy tak o tym nie myślałam, że afirmacje mogą budować opozycję wobec własnych myśli. Dzięki za to, serio.
Ale chwila, czy pozytywne myślenie to na pewno tylko afirmacje? Bo ja rozumiem to szerzej, jako świadome ukierunkowywanie uwagi na to, co dobre. I wtedy chyba nie ma konfliktu z medytacją, bo uważność też dotyczy tego, na co kierujesz uwagę?
No tak, ale po sesji medytacyjnej zwykle mam lepsze nastawienie. Więc czy to znaczy, że medytacja pośrednio robi to, co pozytywne myślenie próbuje zrobić bezpośrednio?
Z mojego doświadczenia to jest tak: medytacja czyści przestrzeń, a pozytywne myślenie próbuje ją od razu umeblować. Jak masz brudny pokój, to najpierw go sprzątasz, a dopiero potem wnosisz nowe rzeczy. Robienie tego na odwrót to frustracja.
A ja w ogóle nie wiedziałam, że to są osobne rzeczy. Myślałam, że medytacja to właśnie siedzenie i myślenie o dobrych rzeczach. Teraz czytam te posty i trochę mi się wszystko w głowie miesza. Czyli podczas medytacji nie wolno myśleć pozytywnie?
To nie jest głupie pytanie, ja sobie zadawałem dokładnie to samo na początku. Sens jest właśnie w tym, że przestajesz być zakładnikiem własnych myśli. Nie musisz nimi kierować, żeby czuć się lepiej. To brzmi abstrakcyjnie, ale po kilku sesjach zaczyna być odczuwalne.
A jak długo u ciebie to trwało, zanim to poczułeś? Bo ja siedzę, obserwuję, a potem wstaję i myślę dokładnie tak samo jak przed. Serio pytam, czy to kwestia czasu czy może techniki?
Ale wracając do sedna tematu, bo mi się tu rodzi pytanie. Skoro medytacja uczy nas dystansu do myśli, a pozytywne myślenie uczy zastępowania jednych myśli innymi, to czy te dwie praktyki w ogóle mogą ze sobą współistnieć? Albo czy jedna nie sabotuje drugiej?
Mam pytanie do całej dyskusji właściwie. Czy ktoś próbował medytacji opartej na intencji, gdzie na początku ustawiasz intencję pozytywną, a potem wchodzisz w ciszę? Bo to chyba gdzieś pomiędzy tymi dwoma podejściami?
A czy ktoś mi może powiedzieć wprost, co się praktycznie dzieje podczas medytacji z negatywną myślą? Bo nie za bardzo rozumiem to 'obserwowanie i odpuszczanie'. Jak coś obserwuję, to czy to nie znaczy, że o tym myślę?
Ale czy to jest w ogóle możliwe, żeby myśl nie pociągała za sobą skojarzeń? Bo z mojego doświadczenia to jedna myśl zawsze prowadzi do kolejnej i zanim się obejrzę, mam już cały film fabularny w głowie.
I tu widzę kolejną różnicę względem pozytywnego myślenia, bo pozytywne myślenie próbuje kontrolować scenariusz tego 'filmu'. Medytacja uczy, żeby w ogóle nie siedzieć w kinie.
Wracając do tego, co Weronka pisała o sabotowaniu, myślę że kluczowe jest, kiedy stosujesz dane podejście. Pozytywne myślenie działa może lepiej jako przygotowanie do działania, a medytacja jako reset. Mieszanie tych dwóch w jednym momencie to właśnie to tarcie, o którym Inwokacja mówiła.
Mnie bardziej zastanawia inne pytanie. Czy pozytywne myślenie wymaga w ogóle jakiegoś treningu uważności jako fundamentu? Bo jeśli nie jesteś świadoma swoich myśli, to jak możesz je aktywnie zmieniać na pozytywne?
No ale zaraz, bo to by znaczyło, że ktoś, kto robi afirmacje bez medytacji, po prostu marnuje czas? Bo mnóstwo ludzi to robi i twierdzą, że im pomaga.
A mnie ciekawi, czy jest jakaś różnica między osobą, która robi afirmacje z pełnym przekonaniem, a osobą, która medytuje regularnie, ale bez żadnego pozytywnego nastawienia. Które podejście daje lepsze efekty w codziennym życiu, nie duchowo, ale praktycznie?
Ale wtedy pytanie jest takie: po co w ogóle pozytywne myślenie, skoro medytacja miałaby być i tak bardziej fundamentalna? Czy pozytywne myślenie to nie jest po prostu skrót, który działa na chwilę?
Nie powiedziałbym, że skrót w złym sensie. Czasem potrzebujesz czegoś na teraz, nie możesz czekać na efekty miesięcznej praktyki medytacyjnej. Więc może to nie jest hierarchia, tylko inne narzędzia do różnych sytuacji. Chyba o to chodziło mi od początku.
A tak z boku, bo słucham tej rozmowy i myślę sobie, że my cały czas zakładamy, że pozytywne myślenie to afirmacje. Ale czy to jedyne jego rozumienie? Bo znam ludzi, którzy przez 'pozytywne myślenie' rozumieją po prostu świadome skupianie się na tym, co dobre, bez żadnych skryptów. I to brzmi już całkiem blisko uważności.
No właśnie, bo jeśli pozytywne myślenie to świadome skupianie się na tym, co dobre, to mamy tu element intencji i uwagi. A to już jest medytacyjne. Różnica może być tylko w tym, czy obserwujesz myśli, czy aktywnie je kierujesz. Jedno jest pasywne, drugie aktywne, ale oba wymagają tej samej podstawy.
Ale skąd wiesz, że 'samo to działa'? Bo dla mnie to brzmi jak piękna teoria, którą trudno sprawdzić. Jak mierzysz, że twoja relacja z myślą się zmieniła, poza subiektywnym odczuciem?
