Ale skąt wiadomo że jesteś w odpowiednim momencie żeby zacząc afirmacje? Serio pytam, bo to jak złapać właściwy pociąg w ciemnosci.
'Jeśli słyszysz własne słowa' - to jest coś co mogę zapamiętać. Ale co jeśli ten szum i strach trwają bardzo długo? Bo mój kryzys ciągnął się tygodniami i nie było takiego momentu kiedy po prostu 'wróciłam'. To było bardziej stopniowe.
"Jeśli słyszysz własne słowa" - to jest coś co mogę zapamiętać. Ale co jeśli ten szum i strach trwają bardzo długo? Bo mój kryzys ciągnął się tygodniami i nie było takiego momentu kiedy po prostu "wróciłam". To było bardziej stopniowe.
Moim zdaniem to rozróżnienie jest troszke teoretyczne kiedy siedzisz w środku tego. Jak się wali to się wali i nie ważne jak to nazwiemy. Ważne co robisz. Dlatego uziemianie i konkretna praca z ciałem zamiast filozofowania.
Ale co jesli jedno nie wyklucza drugiego? U mnie była i praca z terapeutą i praca duchowa naraz i mam wrazenie że to się wzajemnie wspierało a nie przeszkadzało. Czy to jest w ogóle dopuszczalne w podejściu którym część z was operuje?
A co jeśli nie masz ani terapeuty ani nauczyciela i siedzisz sam z tym w mieszkaniu? Wiem że to wyszło wczesniej ale nadal nie mam odpowiedzi - co konkretnie może zrobić taka osoba żeby bezpiecznie przetrwać taki stan?
Ja mogę. Kiedy byłam w najgorszym miejscu i nie miałam jeszcze terapeuty, wróciłam do bardzo prostych rzeczy - dziennik pisany ręcznie, herbata o tej samej porze, krótki spacer codziennie. Nie medytacja formalna, bo to wtedy wzmagało stany. Czy to jest za mało duchowe żeby o tym mówić na tym forum?
Ale tu jest właśnie problem z mieszaniem tradycji. Jak zaczniemy brać trochę z tybetańskiego, trochę z sufizmu, trochę psychologii, to mamy synkretyczny miszmasz bez spójnosci. Ciemna noc duszy to termin z chrześcijańskiej mistyki i nie powinna być przeklejana na buddyjskie albo sufickie ramy tak po prostu.
Przepraszam że wchodzę w środek ale próbuję to zrozumieć z poziomu osoby która po prostu siedzi sama w mieszkaniu. Czy moglibyscie przetłumaczyc to na coś prostszego? Co faktycznie można zrobić kiedy się jest w środku takiego stanu i nie ma się dostępu ani do terapeuty ani do nauczyciela żadnej tradycji?
Zgadzam się z Pelagią co do wychodzenia na zewnątrz. Ale dodałabym jeszcze jedno - kontakt z kimkolwiek. Napisanie wiadomości, zadzwonienie. Nie koniecznie żeby mówić o stanie, czasem żeby w ogóle mieć kontakt z czymś poza własną głową. Izolacja w ciemnej nocy jest jednym z najtrudniejszych elementów.
To jest ciekawe że obie mówicie o rzeczach poza własną głową - powietrze, kontakt, zewnątrz. Jakby antidotum na to co się dzieje wewnętrznie było dosłowne wyjście na zewnątrz siebie. Czy to wasze własne odkrycie czy gdzieś to czytałyście? Pytam bo sam mam podobne notatki ale nie wiedziałem jak to ująć.
Ja do tego doszłam sama przez błądzenie. Nikt mi tego nie powiedział. I to też jest coś - może w tym procesie część wiedzy musi przyjść z doświadczenia a nie z czytania. Choć rozumiem że Tobiasz pyta o coś konkretnego żeby nie błądzić tak jak ja.
Ale wróćmy do pytania z tytułu wątku bo trochę odpłynęliśmy. Mamy teraz dość dużo o tym co robić w stanie kryzysu, a niewiele o tym czy ciemna noc duszy jest przejściem czy zagrożeniem. Czy ktoś kto przez to przeszedł może powiedzieć z perspektywy czasu - jak to teraz wygląda?
No właśnie - "pozwolić się potoczyć" to brzmi lekko. Łatwo powiedzieć. Jak ktoś jest w środku tego to nikt mu nie wmowi żeby pozwolił. To wymaga jakiegoś zaufania do procesu którego wtedy nie ma.
Ale to znowu wychodzi na to że trzeba być przygotowanym na coś czego się nie przewiduje. Jak można się przygotować na ciemną noc duszy nie wiedząc że ona przyjdzie? Czy w ogóle można?
mnie ciekawi jeszcze coś innego. Wracam do pytania o to czy ciemna noc jest przejściem czy zagrożeniem - bo chyba nikt z nas nie powiedział wprost jak odróżnić jedno od drugiego. Bo to brzmi jakby mogło być tym samym zdarzeniem, tylko interpretacja jest inna.
No ale jak ktoś jest w środku to jak ma sprawdzić czy jest ruch czy zamrożenie? To brzmi jak pytanie do kogoś kto jest nieprzytomny czy rozumie co się dzieje.
To jest chyba najbardziej konkretna rzecz jaka padła w tym wątku. Funkcjonowanie jako wyznacznik. Ale mam wątpliwość - co jeśli ktoś funkcjonuje zewnętrznie, chodzi do pracy, rozmawia, a w środku jest całkowicie zgaszony? Czy to liczy się jako "okej"?
Tu muszę się odezwać bo to jest stara pułapka. Właśnie ta zewnętrzna fasada funkcjonowania jest najbardziej zwodnicza. Mistyczna literatura pełna jest opisów ludzi którzy wyglądali normalnie a w środku przechodził rozpad. I odwrotnie - kogoś kto wyglądał na rozbitego ale był w środku w procesie.
Szczery answer - nie wiedziałem w trakcie. Dopiero po jakimś czasie, może po kilku miesiącach, zauważyłem że pytania które mam są inne niż były. Nie że zniknęły albo że mam odpowiedzi. Tylko że same pytania się zmieniły. To było pierwsze co mnie przekonało że coś się ruszyło.
to jest tak pięknie ujęte - że pytania się zmieniły a nie że zniknęły. U mnie też tak było. Zaczęłam pytać o coś zupełnie innego niż na początku i dopiero wtedy zorientowałam się że przeszłam coś co wyglądało jak ściana.
Dobra, ale mam w takim razie pytanie bo to trochę zmienia jak patrzę na swój stan - czy to normalne że nie wiem jakie pytania mam? Znaczy mam poczucie że coś jest nie tak ale nie potrafię tego nawet sformułować jako pytanie. Czy to jest ten zamrożony stan o którym Alchemik mówił?
Mnie zastanawia jedno - rozmawiamy o tym jak rozpoznać ciemną noc z perspektywy osoby która ją przeżywa. Ale czy da się to w ogóle rozpoznać od wewnątrz? Bo wydaje mi się że to trochę jak pytanie ryby o wodę.
No ale ten słownik może być pułapką. Jak czytasz za dużo Jana od Krzyża przed tym wszystkim, to potem każde złe samopoczucie interpretujesz jako ciemną noc duszy. Nie lepiej wejść w to bez etykietek?
Czekaj - mówisz że medytacja przez aplikację do redukcji stresu doprowadziła cię do czegoś w rodzaju ciemnej nocy? To brzmi jak ostrzeżenie dla połowy ludzi którzy teraz siedzą z Headspace'em i Calm'em.
Bo i jest ostrzeżenie. Te aplikacje to jest komercyjne uproszczenie poważnych tradycji. Wycinają wszystko co trudne i zostawiają tylko przyjemną część - oddech, relaks, wizualizacje. A potem ktoś robi to miesiącami i nie wie że drąży coraz głębiej bez żadnych zabezpieczeń.
To że nie jest się pierwszym - to jest naprawdę coś. Ja jak przeczytałam opisy u mistyków to się po prostu rozpłakałam. Nie dlatego że zrozumiałam co się ze mną dzieje, ale dlatego że ktoś to już przeżył i z tego wyszedł i jeszcze opisał. To było jak ręka wyciągnięta przez czas.
