Nie brzmi dziwnie wcale. Mnie ostatnio zdarza się że zaczynam medytować i po dwóch minutach muszę przestać. Nie dlatego że coś boli, tylko jakby była jakaś ściana. Czy to jest ten zamrożony stan o którym Alchemik pisał, czy to jest coś innego? Bo nie wiem jak to odczytać.
A moze w ogóle za dużo analityki wnosimy do czegoś co jest z definicji poza analizą? Może właśnie próba zmierzenia i opisania tego ruchu jest tym co go blokuje? Czytałem kiedyś że samo obserwowanie własnej medytacji jest jednym z większych błędów praktyki.
I wracamy do sedna całego wątku - ciemna noc jako przejście czy jako zagrożenie. Bo Szafranka właśnie powiedziała coś ważnego. Różnica może być właśnie w tym - czy analiza jest liną ratunkową czy jest przeszkodą. I ta sama analiza może być czymś innym dla różnych osób albo dla tej samej osoby w różnym momencie. Nie mamy jednej odpowiedzi na to pytanie i chyba nie będziemy mieć.
No ale to też jest analiza - analizowanie własnej analizy. W którym miejscu to się zatrzymuje? Bo dla mnie to brzmi jak pułapka bez wyjścia i wolę po prostu siadać i oddychać niż się w tym krecić.
Właśnie to mnie dotyczy i chciałem zapytać - ta ściana o której mówiłem wcześniej, to czasem nie jest ściana tylko coś w rodzaju lęku zanim w ogóle zacznę. Siedzę, zamykam oczy i jest takie uczucie że zaraz coś się stanie. Czy to jest wogóle normalne na tym etapie?
Lęk przed zatrzymaniem to jest co innego niż lęk przed tym co może wyjść jak się zatrzymasz. I to rozróżnienie jest kluczowe. Pierwszy to opór ego, drugi to przeczucie że jest tam coś z czym możesz sie nie poradzić. Doświadczony praktykant powinien to umieć odróżnić.
To jest naprawdę ważne pytanie Zenka i chcę się do niego odnieść. Myślę że tradycja nie jest po to żeby ci powiedzieć co robić w danej chwili. Ona jest po to żeby wcześniej, zanim wejdziesz, zbudować coś w rodzaju rusztowania. I to rusztowanie albo stoi albo nie stoi kiedy to przychodzi. Ale to nie znaczy że jest bezużyteczne.
A co jeśli ktoś nie ma czasu budować rusztowania bo to już się dzieje? Pytam bo to brzmi pięknie jako teoria ale trochę jak mówienie komuś kto tonie że powinien był wcześniej nauczyć się pływać.
No to może właśnie o to chodzi - że nie ma systemu który zadziała dla wszystkich. I może te nasze próby stworzenia przewodnika po ciemnej nocy są skazane na porażke, bo każda ciemna noc jest inna. Czytałem że to jest bardzo indywidualne i każdy mistyk opisywał to trochę inaczej.
Mam głupie pytanie może - czy ciemna noc musi być ciągła? Bo u mnie to przychodzi falami, czasem kilka dobrych dni a potem znowu. Nie wiem czy to jest jedno długie doświadczenie czy kilka oddzielnych epizodów i nie wiem jak to traktować.
I wracając do tytułu - przejście czy zagrożenie - może odpowiedź jest że to zależy właśnie od tego co Alchemik powiedział. Kiedy jest ruch, falowanie, zmienność - to jest znak życia procesu. A kiedy jest kompletny bezruch i zamrożenie bez żadnych fal - może wtedy warto się zastanowić czy nie potrzeba zewnętrznej pomocy. Czy ktoś ma inne zdanie?
Według mnie zagrożenie zaczyna się kiedy osoba traci kontakt z czymkolwiek poza ciemnością. Ciemna noc mistyczna to jest zawsze ciemnośc i jakaś reszta - ciało, oddech, jeden punkt zaczepiania. Jak znika ta reszta to już nie jest mistyczne doświadczenie tylko kryzys psychologiczny i tu nie ma co filozofować.
A co jeśli nie masz dostępu do żadnego nauczyciela? Bo to piękna teoria ale większość ludzi na tym forum nie ma mistrza zen pod ręką. Trochę jak te rusztowania które Szafranka mówiła - brzmi dobrze ale w praktyce?
Nie mówię że nauczyciel to jedyna opcja. Ale jakiś punkt odniesienia - żywa osoba, niekoniecznie mistrz - jest według mnie ważny. Może to być ktoś kto sam przez to przeszedł. Chodzi o to żeby twoje doświadczenie miało odbiorcę który nie wpada w panikę słysząc o nim.
Mnie afirmacje w panice nie pomagały kompletnie. Zamiast tego skupiałem się na jednej rzeczy fizycznej - temperatura podłogi pod stopami albo cokolwiek konkrentego. Ale czy to jeszcze medytacja czy już tylko technika zaradcza? Bo nie wiem jak to kategoryzować.
Przeczytałam cały wątek i mam pytanie bo jestem sceptyczna wobec całej tej kategorii ciemnej nocy duszy - skąd wiecie że to jest duchowe doświadczenie a nie po prostu epizod depresyjny albo lękowy który wymaga pomocy psychiatrycznej? Nie mówię że jedno wyklucza drugie, ale jak to rozgraniczacie?
