Mnie to zdanie Wahadelki trochę zatrzymuje, bo sama przez długi czas miałam podobnie - szukałam jakiegoś ogólnego klucza. Ale teraz myślę, że może właśnie brak jednej odpowiedzi zmusza do tego, żeby zdecydować, co samej się uważa. I ta decyzja jest częścią praktyki.
Przepraszam, że wchodzę w środek, ale chciałam zapytać o coś konkretnego. Cały wątek krąży wokół intencji i formy, ale jeszcze nikt nie powiedział wprost o błędach w tekście. Tytuł tematu wspominał o błędach przy czytaniu - czy to w ogóle gdzieś padło wcześniej?
Padło na początku wątku, ale szybko odeszliśmy w stronę szept versus głos. Sama jestem ciekawa, bo to było w oryginalnym pytaniu - czy niedokończone zaklęcie albo pomylone słowo psuje całość, czy nie ma znaczenia. Może wróćmy do tego?
To jest naprawdę inne pytanie niż to, które omawialiśmy. Jeśli przyjmiesz model, że słowo ma moc samo w sobie - jak w kabale czy mantrach - to błąd w wymowie jest realnym problemem, bo wypowiadasz coś innego. Jeśli pracujesz intencją, to pomyłka w słowie raczej nie ma znaczenia, bo intencja była spójna. Ale to znowu wraca do fundamentalnego pytania o to, w co wierzysz.
A co jesli ktoś pracuje w jezyku, którego nie rozumie? Np. łacina, hebrajski, staronordycki - wymawia coś fonetycznie, bez rozumienia. Błąd wymowy jest wtedy prawie nieunikniony. Czy to w ogóle ma sens czy to jest robienie sobie ceremonii bez treści?
W galdurze zazwyczaj idzie razem - brzmienie i znaczenie - ale priorytet jest na prawidłowej wymowie, bo tradycja oralna w nordyckiej magii zakłada, że głos niesie coś własnego, niezależnego od rozumienia. Znaczenie wiesz, ale to nie znaczenie 'odpala' runę, tylko właśnie sam dźwięk. Przynajmniej tak to rozumiem z tego, co czytałam u Edred Thorssona.
Tylko że Thorsson to dość specyficzne źródło, bo on sam tworzył dużo własnej syntezy, niekoniecznie rekonstrukcji historycznej. Przy runach tak naprawdę nie wiemy, jak brzmiały starsze formuły - teksty runiczne zachowane są w formie pisanej, a nie jako zapis fonetyczny. Więc to co dziś uchodzi za 'tradycyjną' wymowę jest w znacznej mierze rekonstrukcją XIX i XX-wieczną.
To trochę sprowadza całą dyskusję o błędach do absurdu, nie? Jeśli sama tradycja nie ma jednej kanonicznej wymowy, to co w ogóle znaczy 'poprawnie' w kontekście zaklęcia.
Tu warto byłoby rozróżnić dwa poziomy. Jeden to błąd fonetyczny - mówisz inny dźwięk niż zamierzałeś. Drugi to błąd semantyczny - mówisz słowo, które znaczy coś innego, niż chciałeś. W tradycjach opartych na dźwięku pierwsze jest problemem, w tradycjach opartych na intencji drugie mogłoby być - ale jak sama intencja jest czytelna, to i tak niekoniecznie.
To jest bardzo ciekawe ujęcie, bo to drugie podejście - że błąd działa niezależnie od twojej wiedzy - zakłada, że możesz zrobić coś 'nie tak' bez żadnej możliwości kontroli. Właśnie dlatego stare grimoire'y pełne są ostrzeżeń o konsekwencjach pomyłki. Ale czy ktoś z was miał kiedyś faktyczne odczucie, że coś poszło nie tak przez błąd, a nie przez ogólny brak skupienia?
Ja raz zaczęłam czytać coś z kartki i w połowie zgasła mi świeczka i przez chwilę szukałam zapalniczki i straciłam wątek. Nie wiem czy to 'błąd', ale poczułam że coś się urwało. Może to był tylko mój stan głowy, ale rytuał tego dnia nic nie przyniósł. Choć to mogło być też coś zupełnie innego.
Ale skąd wiedzieć czy tamten rytuał nie przyniósł efektu przez przerwaną koncentrację, czy po prostu dlatego że czasem rzeczy nie wychodzą? To chyba nie da się rozdzielić.
Z drugiej strony - czy to naprawdę tak bardzo różni się od innych dziedzin życia, gdzie też nie mamy grupy kontrolnej? Nie wiesz, jak by potoczyła się rozmowa, gdybyś użyła innych słów. Nie wiesz, czy decyzja była dobra, bo nie żyłaś alternatywnej wersji. Magia nie jest tu wyjątkiem, to jest po prostu warunek ludzkiego doświadczenia.
Właściwie to jest argument za tym, że błąd w zaklęciu dla osoby z zewnątrz tradycji jest mniej groźny niż dla kogoś głęboko w niej zanurzonego - bo ten pierwszy po prostu nie ma wystarczającej precyzji, żeby błąd cokolwiek zmienił. To trochę paradoksalne, ale logicznie się trzyma.
Ja bym to ujęła inaczej - im głębiej jesteś w tradycji, tym bardziej twoje ciało i umysł są skalibrowane na konkretne formy. Błąd nie jest wtedy neutralny, bo wybiega poza wzorzec, który już istnieje w tobie jako nawyk. Trochę jak fałszywa nuta u kogoś, kto gra od dwudziestu lat - inaczej to odbiera niż ktoś, kto dopiero zaczyna.
Ale to rozróżnienie, które Kminek robi, jest kluczowe i często gubi się w tych rozmowach. Jedno to efekt wewnętrzny - co błąd robi z twoją koncentracją, z rytmem rytuału, ze stanem, w którym się znajdujesz. Drugie to pytanie, czy błąd ma znaczenie obiektywne, poza twoją głową. I te dwa pytania mają zupełnie różne odpowiedzi w zależności od tego, w co wierzysz.
Ale jak w praktyce to rozdzielić? Tzn. w trakcie rytuału nie myślisz sobie 'hej, to był błąd wewnętrzny czy zewnętrzny'. Czujesz, że coś poszło nie tak, i ta myśl już zmienia twój stan. Więc nawet jeśli błąd był obiektywnie neutralny, twoja reakcja na niego sprawia, że przestaje być neutralny.
Właśnie. Trochę jak z błędami w mowie potocznej - jak mówisz szybko i jesteś skupiona na treści, to i ty, i rozmówca możecie nie wyłapać że przejęzyczyłaś. A jak mówisz wolno i uważnie, każde słowo staje się cięższe i bardziej zauważalne. Ciekawe czy w zaklęciach działa podobna zasada.
Właśnie to mi się kręci po głowie od jakiegoś czasu. Sama zaczęłam pewne rzeczy robić wolniej, bardziej intencjonalnie, i zaczęłam wyłapywać miejsca, gdzie wcześniej 'leciałam' przez tekst bez pełnego skupienia. I nie wiem, czy te miejsca zawsze były problemem i po prostu ich nie widziałam, czy stały się problemem dlatego, że teraz na nie zwracam uwagę.
To brzmi trochę jak kwantowa obserwacja - sama obserwacja zmienia wynik. Przepraszam, wiem że to uproszczenie, ale ta paralela mi się nasuwa. Jak zaczniesz uważnie przyglądać się temu, co robisz, to nie możesz już robić tego tak jak wcześniej, kiedy nie patrzyłaś.
Ja zawsze myślałam że im bardziej się staram, tym lepiej. Ale po tym co tu piszecie - może czasem właśnie to staranie za bardzo jest przeszkodą? Mnie się zdarzyło, że jak byłam bardzo spięta przed czymś, to i rytuał jakoś nie szedł, a innym razem zrobiłam coś prawie z marszu i poczułam, że 'złapało'.
Ale wtedy wracamy do pytania o szeptanie versus głośne mówienie, bo wydaje mi się, że ta różnica też może być w tym - że szept wymaga innego rodzaju skupienia. Musisz bardziej kontrolować przepływ powietrza, artykulację, bo dźwięk jest słabszy i łatwiej go zgubić. A głośne mówienie może być bardziej 'automatyczne', bardziej ciałem.
Mam pytanie trochę z boku - a co z zaklęciami myślanymi? Tzn. po cichu, w głowie, bez żadnego dźwięku? Czy to w ogóle wchodzi w zakres tej dyskusji, czy to już zupełnie inna kategoria?
Czyli znowu wszystko wraca do pytania: jaki model przyjmujesz? Jeśli wierzysz, że liczy się intencja - myśl wystarczy. Jeśli wierzysz, że liczy się dźwięk jako fizyczna emanacja - musisz coś wypowiedzieć. I błąd też jest inny w każdym z tych modeli.
I może dlatego te dyskusje o błędach i formie zawsze kręcą się w kółko - bo ludzie odpowiadają z różnych systemów i nie ma jednej odpowiedzi, która pasuje do wszystkich. Ktoś, kto pracuje z wibracją dźwięku, i ktoś, kto pracuje z intencją, w zasadzie mówią o dwóch różnych rzeczach kiedy pytają 'czy forma ma znaczenie'.
I może właśnie tu tkwi sedno pytania, które zadałam na początku. Nie 'czy forma ma znaczenie' w ogóle, tylko 'dla kogo i w jakim systemie'. Bo jeśli nie ma jednej odpowiedzi, to może każda osoba powinna zacząć od określenia, w co właściwie wierzy odnośnie mechanizmu - i dopiero wtedy pytać o szczegóły techniczne jak szept versus głośne mówienie albo co robić z błędem.
Ale jak ktoś dopiero zaczyna i nie wie jeszcze, w co wierzy? Albo jeszcze nie wie, jak sprawdzić, który model u niej działa? To jak ma zdecydować, jak do tego podejść?
