Ostatnio wróciłam do tematu, który drążę od dawna i nigdy nie mam poczucia, że go rozgryzłam do końca - mianowicie czy szeptanie zaklęcia daje inny efekt niż wypowiedzenie go na głos. Czytałam różne podejścia, jedni mówią, że wibracja głosu jest kluczowa i bez niej słowa są martwe, inni twierdzą, że to intencja robi całą robotę, a forma jest drugorzędna. Sama mam mieszane doświadczenia. Raz robiłam rytuał w sytuacji, gdzie absolutnie nie mogłam mówić głośno, i coś tam zadziałało, więc zaczęłam kwestionować to, w co wcześniej wierzyłam. Ale może to był przypadek. Zastanawiam się też, czy to nie zależy od tradycji - bo w niektórych systemach szept jest wręcz wymagany, a w innych mówi się prawie śpiewnie. No i drugi wątek, który mnie gryzie: co się dzieje, jeśli przekręcisz słowo w połowie albo zaczniesz i nie skończysz? Czy to w ogóle ma znaczenie? Chętnie posłucham, co o tym myślicie.
Akurat temat głosu w magii jest stary jak sama magia i różne tradycje rozwiązują go zupełnie inaczej. W praktykach wedyjskich mantr, na przykład, liczyła się zarówno wymowa, jak i ton - były szkoły, gdzie przez lata uczono samego brzmienia zanim w ogóle przeszło się do znaczenia. Z kolei w pewnych nurtach Kabały pisana forma słowa była ważniejsza niż mówiona. Więc zanim w ogóle zaczniemy mówić, czy szept działa czy nie, warto zapytać: w ramach czego pracujesz? Bo odpowiedź może być zupełnie inna.
Pytanie o wibrację jest tu chyba bardziej konkretne niż 'głośno czy cicho'. Wibracja fonacyjna, czyli ta, którą czujesz w klatce piersiowej i czaszce, pojawia się przy głośnym lub półgłośnym mówieniu. Przy szepcie jej po prostu nie ma - struny głosowe pracują inaczej, bez pełnego zwarcia. Jeśli przyjmujemy, że fizyczne wibracje ciała cokolwiek robią podczas rytuału, to szept jest czymś fundamentalnie różnym od mowy, nie tylko cichszym.
Błędy w zaklęciach to temat, który w źródłach traktuje się bardzo różnie. W magicznych papirusach grecko-egipskich, tak zwanych PGM, zdarzały się zaklęcia z ciągami słów kompletnie bezsensownych fonetycznie, tak zwane voces magicae, i tam literówka czy pomylenie jednej sylaby mogła być uznana za błąd dyskwalifikujący. Ale jednocześnie te same teksty zawierają warianty tego samego zaklęcia z różnymi zapisami, co sugeruje, że sami starożytni nie byli co do tego zgodni. Więc twierdzenie, że jeden błąd niszczy cały rytuał, to duże uproszczenie.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale to mnie zastanawia - skoro starożytni mieli różne wersje tego samego zaklęcia i sami nie wiedzieli, która jest 'prawidłowa', to po co w ogóle przywiązywać się do konkretnych słów? Czy intencja nie wystarczy sama w sobie?
Słucham tego wszystkiego i mam pytanie, które pewnie wielu tu uzna za naiwne - skąd w ogóle wiadomo, że coś zadziałało? Mam na myśli, że jeśli zrobisz rytuał z błędem i nic się nie stanie, to czy to błąd zawinił, czy po prostu rytuał by i tak nie podziałał? Jak to w ogóle rozróżnić?
Do wątku o błędach - jest taka koncepcja w tradycjach ustnych, że zaklęcie 'żyje' w mówiącym, a nie w tekście. Jak ktoś uczył się go latami od mistrza, to mógł czasem zmienić słowo i to dalej działało, bo rozumiał, co robi. A ktoś z przepisanym tekstem, kto mówi bez rozumienia, mógł robić wszystko idealne i nic z tego nie wynikało. Nie wiem, czy to tłumaczy kwestię głośności, ale może tłumaczy kwestię błędów.
Przy runach, żeby nie odchodzić za daleko od tematu, tradycja nordycka mówi o galdr, czyli śpiewaniu run, i tam brzmienie naprawdę coś znaczyło. Ale uczono też, że zanim zaśpiewasz, masz wiedzieć, co śpiewasz - inaczej to po prostu dźwięk. Może to jest odpowiedź dla Chalcedonki: że mechaniczne powtarzanie to etap, ale na własne ryzyko.
Ja zawsze szeptałam i szczerze, nigdy mi nie przychodziło do głowy, żeby to zmieniać. Ale teraz się zastanawiam, czy to był świadomy wybór, czy po prostu nawyk. Hmm.
A co z sytuacją, kiedy ktoś zaczyna rytuał i w połowie coś mu wypadnie z rąk albo zatrze się w głowie tekst i zawiesi? Przerywać? Kończyć bełkot? Panikować? Bo to mnie naprawdę zastanawia, bo wyobrażam sobie, że to się zdarza, szczególnie na początku.
Do pytania Natki - w tradycjach ceremonialnych, np. w Złotym Świcie, było jasne, że błąd rytualny nie kończy się katastrofą, ale wymaga świadomego zamknięcia przestrzeni i ponownego otwarcia. Chodzi o to, żeby nie zostawiać niedokończonej struktury energetycznej czy jak to kto woli nazwie. Ale ta szkoła traktowała rytuał bardzo strukturalnie, jak partyturę. W innych systemach podejście jest luźniejsze i nikt się nie roztkliwia nad jednym potknięciem.
To jest chyba jedno z tych pytań, na które każda tradycja odpowiada inaczej i nie ma jednej odpowiedzi dla wszystkich. W niektórych podejściach myśl jest już działaniem - to co formułujesz wewnętrznie ma taką samą wagę jak to, co mówisz. W innych słowo wypowiedziane jest kluczowe właśnie dlatego, że angażuje ciało, oddech, przestrzeń. Sonia83, myślę, że zależy od tego, w czym ty sama pracujesz.
Ale to trochę niepraktyczna odpowiedź, nie? Bo Sonia pyta o coś bardzo konkretnego i powiedzenie 'zależy od tradycji' nie bardzo jej pomaga. Mam wrażenie, że ten wątek intencja kontra forma zatacza kółka i żadne z nas nie posuwa się naprzód. Może by tak spróbować konkretnie - ktoś miał doświadczenie, gdzie forma naprawdę coś zmieniła? Nie teoria, tylko co rzeczywiście zaobserwowałyście?
Ja raz próbowałam to samo zaklęcie raz szeptem, raz normalnym głosem, trochę z ciekawości. Subiektywnie - przy głośnym czułam się bardziej 'w tym', jakby moje własne uszy słyszały i to coś dodawało. Przy szepcie było ciszej, bardziej do środka. Ale efektu nie porównywałam, bo nie wiem jak miałabym to zmierzyć.
To rozróżnienie Cecylki jest ważne, bo właśnie tutaj rozbijają się dwa zupełnie różne modele pracy magicznej. Jeden zakłada, że magia działa przez zmianę stanu wewnętrznego praktykującego, drugi - że oddziałuje na coś zewnętrznego. I w zależności od tego, który przyjmujesz, forma ma inne znaczenie. Przy pierwszym - głośno naprawdę pomaga. Przy drugim - niekoniecznie.
A da się w ogóle wiedzieć, który model jest prawdziwy? Czy to jest tak, że każdy wybiera ten, który mu pasuje i na tym koniec?
Szczerze? Myślę, że tak to działa u większości praktykujących. Nie wiem, czy to dobrze czy źle. Sama chyba pracuję trochę na obydwu założeniach jednocześnie i nie staram się tego rozstrzygać.
ale to mnie zastanawia - czy nie ma momentu, kiedy te dwa modele zaczynają sobie przeczyć? Tzn. jeśli raz zakładasz, że działasz na siebie, a raz że na coś zewnętrznego, to czy rytuał w ogóle ma spójną strukturę?
Moze to jest wlasnie dlaczego eklektyzm ma tak złą opinię u niektórych - nie dlatego że miesza tradycje, ale dlatego że miesza założenia. Jak stoisz na dwóch łódkach jednocześnie, to w końcu wpadasz do wody. Chociaż nie wiem, czy to nieuchronne.
Właśnie. I wracając do szeptania versus głośnego - może to nie jest kwestia 'które jest lepsze', tylko 'które działa dla ciebie przy tym konkretnym rodzaju pracy'. Przy galdr sens miało brzmienie. Przy zaklęciach przekazywanych tajnie sens miał szept. Przy medytacyjnych intencjach może nie ma znaczenia jedno ani drugie. Forma służy pracy, nie odwrotnie.
To co napisała Wahadelka to chyba dobry punkt, żeby spróbować jakoś podsumować tę część dyskusji, bo trochę kręciliśmy się w kółko. Forma mówienia - szept, głos, cisza - wydaje się zależeć od tego, co chcesz zrobić i w jakiej tradycji to osadzasz. Ale mam pytanie do wszystkich, bo to mnie naprawdę ciekawi: czy ktoś z was świadomie zmienił formę w połowie swojej praktyki i poczuł realną różnicę? Nie eksperyment porównawczy jak u Wahadelki, tylko trwała zmiana?
Ja tak. Przez długi czas pracowałam wyłącznie z runami wewnętrznie - galdr śpiewany tylko w głowie, żadnego dźwięku na zewnątrz. Potem zaczęłam śpiewać na głos i to nie było tak, że 'zadziałało lepiej' - to było jakby inny rodzaj pracy w ogóle. Jakby te dwa podejścia angażowały coś różnego we mnie. Do dziś używam obydwu, ale nie zamiennie - do różnych celów.
Tylko że to, co opisujesz Kminek, znowu wraca do tego samego pytania, które Mikolajek postawił wcześniej - który model jest prawdziwy. Jeśli głośne idzie 'na zewnątrz', a ciche 'do środka', to zakładasz, że jest jakieś zewnętrze, na które możesz wpłynąć. I to jest właśnie to założenie, przy którym ja się zatrzymuję.
Jurku, tylko że jak każde zjawisko da się sprowadzić do neurobiologii, to co w ogóle dyskutujemy. Bo tak samo można powiedzieć że medytacja to tylko regulacja kortyzolu i też wszystko jasne. To trochę za duże uproszczenie.
To mi przypomina, że gdzieś czytałam o tym, że w tradycji żydowskiej - kabalistycznej - dźwięk litery ma znaczenie samo w sobie, niezależnie od intencji. Tzn. wypowiedziana litera to jest coś rzeczywistego, nie symbol. Czy ktoś wie więcej o tym? Bo to by było argumentem za głośnym mówieniem niezależnie od modelu.
I tu jest właśnie ciekawy rozdźwięk, bo dużo z tego, czego uczą się ludzie w zachodnich tradycjach neopogańskich czy Wicca, jest dużo bardziej nastawione na intencję niż na brzmienie samo w sobie. Słowa są tam raczej kotwicą dla umysłu niż autonomiczną siłą. To są naprawdę różne filozofie języka i nie da się ich pogodzić bez wyboru.
Ale to też chyba tłumaczy, czemu te dyskusje zawsze kończą się tym, że 'zależy'. Bo faktycznie zależy - od tego, w jakiej tradycji pracujesz i co przypisujesz słowu jako takiemu. Szkoda tylko, że nikt mi tego nie powiedział wcześniej, bo latami szukałam jakiejś jednej odpowiedzi.
