Balbinka, ale jak Ty z tym żyjesz? Serio pytam, bo jeśli ja bym miała coś takiego na sumieniu, to chyba bym nie spała. Czy jest jakiś sposób, żeby to cofnąć albo jakoś zneutralizować po fakcie?
To co Balbinka opisuje - 'odcięcie' po fakcie - to jest coś, o czym mało się mówi w kontekście przypadkowych zaklęć. Jak coś wyszło nieintencjonalnie, to czy neutralizacja jest w ogóle możliwa, i czy wymaga równie silnego stanu co oryginalne zdarzenie? Bo jeśli tak, to celowe cofanie może być trudniejsze niż samo przypadkowe rzucenie.
A czy ktoś wie coś więcej o tym, jak działa język w tych tradycjach, o których Teodozja mówiła? Tzn. ten cunning craft - oni mają konkretne zaklęcia w angielskim, czy to bardziej improwizowane? Zastanawiam się, bo jeśli ktoś np. mówi w języku, który nie jest jego ojczystym, to czy intencja jest osłabiona, czy może mocniejsza bo musisz się skupić?
Dadzbog, to brzmi podobnie do tego, co słyszałam o zamawianiu chorób w tradycji słowiańskiej - zamawiaczki często używały tekstów, których sensu nie tłumaczyły, przekazywały je dosłownie, fonetycznie. Tam moc była właśnie w niezmienności przekazu, nie w rozumieniu. Ale to zupełnie odwraca pytanie Julitki - może języka obcego, który dostajesz z tradycji, nie trzeba rozumieć, ale język obcy, który wymyślasz sam dla siebie, już wymaga pełnego rozumienia?
Pelargonia, to jest bardzo dobry trop. To by tłumaczyło, dlaczego tak wiele okultystycznych systemów kładzie nacisk na naukę na pamięć - nie tłumaczysz, nie interpretujesz na bieżąco, recytujesz. I ten tryb recytacji może być czymś innym niż tryb rozumowania. Mózg pracuje inaczej, stan się zmienia. Może tu jest odpowiedź na pytanie o język - liczy się nie tyle to, czy rozumiesz, co to, w jakim jesteś trybie kiedy mówisz.
Ok, ale ja jak recytuję afirmacje, to też często jestem w jakimś trybie mechanicznym i kompletnie nie działa 🙂 więc nie wiem, czy to jest wystarczające wytłumaczenie. Chyba że afirmacje to nie to samo?
Teodozja postawiła pytanie, które mnie zatrzymało. Bo jeśli każdy, kto zaśpiewał coś po celtycku, technicznie spełnił warunki - dźwięk, fonetyka, publiczność - to albo mamy miliony nieświadomych przypadkowych zaklęć na festiwalach folkowych, albo gdzieś jest jakiś próg, którego nie potrafimy precyzyjnie opisać. I tu jest chyba rdzeń całej tej dyskusji, do której wracamy w kółko: czy próg wyznacza intencja, stan świadomości, czy może coś jeszcze innego? Ja coraz bardziej skłaniam się ku temu, że to nie jest jeden warunek, tylko kombinacja - i że przy przypadkowych zaklęciach ta kombinacja zdarza się przez przypadek, nie przez projektowanie.
Balbinka, ale czy robisz coś z tym poczuciem odpowiedzialności na co dzień? Tzn. czy to zmieniło sposób, w jaki mówisz, jak reagujesz w złości? Bo wydaje mi się, że to jest właśnie ta praktyczna warstwa, o której rzadko się mówi w takich wątkach.
To co Balbinka opisuje - zamiana życzenia na ekspresję - to jest coś, o czym czytałam w kontekście magii języka u Cavendisha. On pisał, że wypowiedź w trybie oznajmującym i w trybie życzącym działa na zupełnie inne poziomy psychiki i może mieć inne 'zasięgi'. Ale to znowu wraca do pytania Julitki o język - czy ten mechanizm działa tak samo, jeśli myślisz po polsku, a życzysz po angielsku? Czy tryb gramatyczny jest powiązany z językiem, czy jest od niego niezależny?
Właśnie to mnie nurtuje! Tzn. czy jak przeklinasz w obcym języku - bo wiem, że dużo osób to robi, właśnie żeby złagodzić ładunek emocjonalny - to ta 'moc' jest mniejsza, bo jesteś oderwana od znaczenia? Czy wręcz przeciwnie, bo zrobiłaś coś wbrew swojej świadomości?
Julitka, jest badanie - Keysar i team, 2012, coś o decyzjach w obcym języku - które pokazuje, że ludzie podejmują bardziej racjonalne decyzje moralne, kiedy myślą w języku obcym. Tzn. emocjonalny ładunek słów jest po prostu słabszy, kiedy to nie jest twój pierwszy język. Jeśli to przełożyć na magię słów, to przeklinanie po angielsku mogłoby być dosłownie słabszym zaklęciem, bo nie masz do niego pełnego dostępu emocjonalnego.
Dadzbog, to bardzo dobre rozróżnienie. Siła a czystość to są dwie różne rzeczy. Łacina w rytuałach kościelnych - i w cunning craft, jak wcześniej pisałam - to właśnie może być ten mechanizm: słowo nie niesie bagażu codziennych skojarzeń, więc intencja nie jest 'zanieczyszczona'. Ale to znowu komplikuje pytanie o nieświadome zaklęcia - bo jeśli mówisz coś nieświadomie, to intencja jest nieokreślona, a nie czysta.
Czekajcie, bo mam pytanie praktyczne, które mnie od początku gryzie. Wszyscy mówimy o słowach wypowiedzianych, ale co ze słowami pomyślanymi? W tradycji, o której czytałam w kontekście słowiańskich zamawiań, czasem wystarczyło pomyśleć życzenie w określonej chwili. Czy tu też język ma znaczenie? Czy myślimy w jednym języku, a jeśli ktoś jest dwujęzyczny od dziecka, to w którym 'języku' myśli jego magia?
To czego słucham, to trochę przeraża. Tzn. w sensie: jeśli dwujęzyczność tak działa, to co z osobami, które uczą się zaklęć w językach, których nie znają wcale? Jak np. ktoś recytuje coś po hebrajsku z transliteracji, bez żadnego tła kulturowego ani emocjonalnego. Czy to jest wtedy czysta forma bez treści, czy forma, która niesie treść niezależnie od osoby?
Dadzbog, ale to 'zależy od systemu' jest dla mnie trochę zbyt wygodną odpowiedzią, jeśli mówimy o zaklęciach przypadkowych. Bo osoba, która coś mówi nieświadomie, nie pracuje w żadnym systemie. Właśnie o to chodzi w tym wątku - co się dzieje, gdy nie ma operatora, nie ma intencji, nie ma systemu. Czy wtedy słowo jest martwe, czy żyje własnym życiem?
To chyba jest najostrzejsze pytanie w całym wątku i nie mam na nie gotowej odpowiedzi. Ale podrzucę trop: w niektórych ujęciach, np. u Mathersa, słowo wypowiedziane w silnym afekcie działa jak pieczęć - nie potrzebuje systemu, bo system zastępuje intensywność. To by znaczyło, że zaklęcie przypadkowe jest możliwe właśnie dlatego, że przekracza próg intensywności, a nie dlatego, że ktoś to zaplanował. I to jest dla mnie logicznie spójne z tym, co Balbinka opisywała.
Teodozja, to 'pieczęć przez intensywność' trafia w to, co czułam. Nie planowałam nic, nie myślałam o żadnym systemie, ale intensywność była absolutna w tamtym momencie. Nie wiem czy to Mathers jest właściwą ramą dla mojego doświadczenia, ale coś w tym opisie siedzi. I to właściwie jeszcze bardziej utwierdza mnie w tym, żeby pilnować się przy silnych emocjach, niezależnie od tego, czy wierzę w 'magię' w danej chwili czy nie.
Balbinka, to co opisujesz z tą intensywnością jako zastępnikiem systemu - to chyba najbliżej tego, co czułam czytając o zamawianiach słowiańskich. Tam też nie było żadnej skodyfikowanej struktury w naszym rozumieniu, a jednak coś działało. Albo przynajmniej ludzie przez wieki wierzyli, że działa. Ale mam pytanie do Teodozji - czy u Mathersa to 'działanie przez intensywność' było traktowane jako coś wyjątkowego, awaryjnego, czy jako normalny mechanizm?
Słuchajcie, a ja mam głupie pytanie i z góry mówię, że może być naiwne. Jak ktoś krzyczy coś w złości - żeby cię to i tamto - to to jest ten afekt, o którym mówicie? Bo to codzienne, normalne ludzkie zachowanie. Każdy tak robi. Czy to znaczy, że wszyscy nieustannie rzucamy na siebie jakieś ładunki i to się jakoś kumuluje?
To co Balbinka opisuje ma trochę analogię do tego, jak badacze opisują efekt nocebo - negatywna sugestia działa, ale nie zawsze i nie u wszystkich. Są osoby bardziej podatne na sugestię, są momenty większej podatności. Może zaklęcia przypadkowe działają podobnie - nie tyle intensywność nadawcy, ile podatność odbiorcy i moment. Ale to oczywiście nie wyjaśnia wszystkiego.
Dadzbog, ale myślę, że właśnie dlatego wątek o języku obcym jest tu ważny. Bo jeśli przyjmiemy, że mechanizm jest psychologiczny - sugestia, nocebo, autosugestia - to język musi mieć znaczenie, bo działa przez rozumienie. Jeśli przyjmiemy, że jest niezależny od percepcji, to język może być neutralny. Nie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć tego bez przyjęcia założenia ontologicznego, które każdy ma inne.
Nemezis, to rozróżnienie jest ważne i rzadko ktoś je wypowiada wprost. Ale chcę dodać trzecią opcję: że to nie jest ani czysto psychologiczne, ani czysto obiektywne, tylko relacyjne. Tzn. działa w przestrzeni między nadawcą a odbiorcą, i ta przestrzeń jest kształtowana przez oboje. Wtedy język ma znaczenie jako część tej relacji, ale nie jest jedynym czynnikiem.
Teodozja, 'relacyjne' to jest słowo, które mnie zatrzymuje. Czy możesz rozwinąć? Bo jeśli to relacja, to co z zaklęciem skierowanym do siebie? Albo wypowiedzianym do nikogo konkretnego, jak przeklinanie w korku?
O, i to jest moje życie codzienne. Przeklinanie w korku po angielsku, bo jakoś mniej boli 🙂 Geomantka wcześniej pisała o tym, że różne języki mogą mieć różne 'zaszeregowanie' emocji. Ale jeśli przeklinam po angielsku właśnie dlatego, że mniej czuję - to czy to znaczy, że robię dobrze, bo ładunek jest mniejszy, czy źle, bo tłumię zamiast przeżyć?
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że cały czas krążymy wokół pytania, które nikt nie zadał wprost: czy zaklęcie przypadkowe w ogóle różni się od zaklęcia świadomego czymś istotnym? Tzn. jeśli efekt jest ten sam, to czy ważne jest, że nie było intencji? Z prawnego punktu widzenia mamy rozróżnienie na zamiar i nieumyślność - ale czy w magii to rozróżnienie cokolwiek zmienia?
Joasieńka postawiła pytanie, które w różnych tradycjach dostaje różne odpowiedzi. W magii ceremonialnej intencja jest kluczowa - bez niej rytuał to teatr. W niektórych nurtach ludowych liczy się samo słowo, niezależnie od intencji - stąd tabu językowe, stąd eufemizmy na zwierzęta i zjawiska, żeby ich nie 'przywołać'. Może te dwie odpowiedzi nie są sprzeczne, tylko opisują różne mechanizmy?
I tu wracamy do pytania Julitki sprzed kilku postów o osoby recytujące z transliteracji. Jeśli Teodozja ma rację, że dźwięk coś wnosi, ale znaczenie wzmacnia - to recytacja z transliteracji bez znajomości języka to jakiś ułamek pełnego działania? Albo coś zupełnie innego? Mnie bardziej niepokoi to, czy taka osoba może wywołać coś przypadkowego właśnie przez brak kontroli nad tym, co mówi.
