Zastanawiam się ostatnio nad czymś, co chyba rzadko kiedy ktoś wprost formułuje - czy kamień znaleziony w lesie przy strumieniu "robi" coś innego niż ten sam gatunek minerału kupiony w sklepie z kryształami? I nie chodzi mi o żadną romantykę ani o to, że "natura lepsza", bo to zbyt proste. Chodzi mi o konkretne doświadczenie: mam obsydian, który kupiłam jakieś sześć lat temu na targu, i kawałek kwarcytu, który dosłownie wpadł mi pod nogi podczas spaceru w Bieszczadach. Kwarcyt nie jest nawet ładny - szary, bez błysku. Ale ilekroć go biorę do ręki podczas jakiejkolwiek pracy, coś się zmienia. Nie umiem tego lepiej nazwać. Obsydian jest technicznie "lepszy", oczyszczony, ładny, a jednak czuję go inaczej. Czy to tylko historia, którą sobie o nim opowiadam, czy może coś w tym jest? Słyszałam różne argumenty - że kupiony to tylko towar, że naturalny ma swoją historię, że intencja zbierającego ma znaczenie - ale żaden mnie do końca nie przekonał. Ciekawa jestem waszych doświadczeń, bo wydaje mi się, że to pytanie dotyczy nie tylko kamieni, ale też ziół, gałęzi, muszelek i innych rzeczy, które wchodzą do rytuałów.
To pytanie, które sobie też zadawałam przy ziołach. Pracuję dużo z rozmarynem i lawendą - i zauważyłam, że kiedy sama suszyłam zioła z własnego balkonu, coś w ich użyciu było... inne. Nie chcę powiedzieć, że skuteczniejsze, bo to słowo nic tu nie znaczy bez kontekstu. Po prostu czułam większe zaangażowanie w cały proces. Ale potem zaczęłam się zastanawiać: czy to dlatego, że "energie" są inne, czy dlatego, że ja jestem bardziej skupiona, bo włożyłam czas w zbiór? I nadal nie wiem. Czysto fizycznie - zioła ze sklepu są często mielone, pasteryzowane, przechowywane miesiącami. Zioła świeże, które sama zebrałam, mają inne olejki eteryczne, inne aromaty. Może to właśnie to? Że nasze zmysły reagują inaczej, a zmysły przy rytuale to niemal połowa roboty?
Ale zaraz - czy wy sugerujecie, że to wszystko sprowadza się do psychologii? Bo mam wrażenie, że w tej rozmowie zaraz pojawi się argument "to tylko twój umysł" i wszystko się zamknie. Sama nie jestem pewna, co myślę. Mam taką sytuację: znalazłam na plaży kamień, który dosłownie leżał przy mojej stopie, jakby ktoś go tam położył. Zabrałam go, bo coś mnie do tego pchnęło. Używam go przy medytacji i serio - przy tym kamieniu łatwiej mi się skupić niż przy jakimkolwiek innym. Ale czy to "jego moc", czy to moja historia, którą o nim mam? Nie wiem jak oddzielić jedno od drugiego.
Wchodzę w to pytanie, bo mnie samą to nurtuje. Jestem dość sceptyczna wobec magii w ogóle, ale jakoś tu siedzę i czytam, bo coś mnie ciągnie. I właśnie ta kwestia - kupione versus znalezione - wydaje mi się najbardziej dyskutowalna nawet dla takiego sceptyka jak ja. Bo są konkretne rzeczy, które można sprawdzić: zioło zebrane o konkretnej porze roku ma inne składniki aktywne niż suszony przemysłowy odpowiednik. To chemia, nie magia. Ale kamień? Kamień to skała. Skąd ona miałaby "wiedzieć", że ją kupiłaś w markecie?
A co z runami? Bo ja się zastanawiam nad tym samym, ale w kontekście runicznych zestawów. Kupić zestaw drewniany gotowy czy samemu zrobić z gałęzi? Czytałem, że oryginalnie runy się samemu wycinało, i że to ma sens - ale nie do końca rozumiem czy chodzi o to, że samodzielnie zrobione "działają lepiej", czy o to, że przez robienie ich lepiej się z nimi oswajasz? Bo to są chyba dwa różne argumenty, nie?
Słucham tej rozmowy i myślę o czymś trochę innym. Co z przedmiotami, które kupuje się z intencją? Czyli idziesz do sklepu, wiesz czego szukasz, bierzesz do ręki kilka kamieni i jeden coś robi. Czy to jest bardziej "twoje" niż kamień znaleziony przypadkowo? Bo przypadek to też przecież tylko interpretacja, prawda? Mogłaś przejść obok tego bieszczadzkiego kwarcytu sto razy i go nie wziąć. Wzięłaś wtedy. Dlaczego? I czy to inne niż stanie w sklepie i czucie, że "ten"?
Oj, ta dyskusja to mi przewraca myślenie do góry nogami, dziękuję wam za to 🙂 Ja miałam taką sytuację z czakrami - szukałam czegoś do pracy z czakrą serca i ktoś mi podarował różowy kwarc. Zwykły, kupiony za kilka złotych w markecie z biżuterią. I jakoś to działało. Może dlatego, że był dany z myślą o mnie? Więc czy intencja osoby, która daje albo wybiera przedmiot też ma znaczenie, czy liczy się tylko własne znalezienie?
Śledzę ten wątek i zapisuję sobie kilka rzeczy do notatek, bo to ładnie się układa w pewien wzorzec. Obserwuję, że prawie każde doświadczenie, które tu ktoś opisuje, ma w sobie element okoliczności - kiedy, gdzie, w jakim nastroju, od kogo. I zastanawiam się, czy pytanie z tytułu wątku - kupiony versus naturalny - nie jest trochę za wąskie. Bo wychodzi na to, że może chodzić o coś innego: o to, czy przedmiot ma osobistą historię. Niekoniecznie natura versus sklep, ale anonimowy versus powiązany z tobą.
Wchodzę z innej strony. Interesuję się astrologią i tam jest takie pojęcie elektywne - że czas działania ma znaczenie. I zastanawiam się, czy to samo nie dotyczy momentu znalezienia albo kupienia czegoś. Może kamień znaleziony podczas nowiu, kiedy jesteś skupiona i spokojna, niesie co innego niż ten sam kamień kupiony naprędce, bo akurat przechodziłaś obok sklepu w złym dniu? I czy wtedy tak naprawdę mówimy o kamieniu czy o sobie w danym momencie?
Hej, a wracając do run jeszcze - bo mnie to bardziej interesuje praktycznie. Jeśli sam wytnę runy z gałęzi, ale nie będę wiedział co robię, to co - będą działać gorzej niż gotowe, które znam na pamięć i z którymi pracuje już od roku? Pyta bo serio nie wiem jak to zważyć.
Słucham tej rozmowy i mam w głowie jedno pytanie, które mnie nie puszcza. Skoro tak dużo zależy od historii, intencji, okoliczności - to czy w ogóle ma sens szukanie odpowiedzi na pytanie, co jest obiektywnie lepsze: znalezione czy kupione? Może odpowiedź jest zawsze: to zależy, i przez to pytanie z tytułu jest w zasadzie bez odpowiedzi?
Ale właśnie - czy ktoś z was miał sytuację, gdzie coś znalezionego lub kupionego zrobiło coś niespodziewanego? Nie w sensie cudów, ale w sensie: zachowało się inaczej niż oczekiwałaś, zaskoczyło cię? Bo może tam jest jakiś trop, który wyprowadzi nas z tej dyskusji poza same teorie.
Wchodzę tutaj, bo mam inne zdanie. Własnoręcznie robione runy mają sens, ale tylko wtedy, gdy wiesz co robisz na poziomie podstawowym. Nie mówię o perfekcji - mówię o minimalnym rozumieniu tego, co wycinasz. Jeśli idziesz w ciemno, to ten akt tworzenia staje się co najwyżej medytacyjny, ale nie rytualny. I myślę, że te dwa tryby robią dużą różnicę.
Śledziłam ten wątek od jakiegoś czasu i mam pytanie do każdego - czy w ogóle da się zrobić runy samemu nie znając się na drewnie? Pytam bo słyszałam, że rodzaj drewna ma znaczenie, ale nie mam pojęcia skąd wziąć 'właściwe' drewno i jak je suszyć. Może to głupie pytanie, ale wolę zapytać.
Mam taką myśl, że ta rozmowa coraz bardziej zmierza w stronę pytania: co sprawia, że przedmiot 'działa' - materia czy relacja z nią? I to jest ciekawe, bo w astrologicznym sensie mogłabym powiedzieć, że kamień znaleziony w konkretnym momencie tranzytowym niesie w sobie jakiś aspekt czasu. Ale wiem, że dla kogoś innego to brzmi abstrakcyjnie.
Słucham tej wymiany z Gienią i mi coś przyszło do głowy. Jeśli przedmioty 'milkną' gdy my się zmieniamy, to chyba znaczy, że to my nadajemy im sens na bieżąco, a nie że one mają jakiś stały 'ładunek'. Ale to zupełnie podważa logikę 'znaleziony jest lepszy niż kupiony', bo skoro to my, to skąd w ogóle ma być różnica?
To jest dobre pytanie, ale myślę, że jest w nim ukryte założenie, które warto sprawdzić. Mówisz 'my nadajemy sens na bieżąco' - ale to nie jest tak samo jak 'tylko my'. Przedmiot znaleziony w konkretnym miejscu, w konkretnej chwili, po konkretnej drodze życiowej ma historię, której kupiony nie ma. I ta historia nie pochodzi od ciebie - zastałaś ją. Czy to nie jest rodzaj zewnętrznej informacji, nawet jeśli ty ją interpretujesz?
Dobra, ale to trochę jak z książką. Kupuję używaną książkę, ma historię, poprzedni właściciel ją czytał, zaznaczał. Czy ta książka jest przez to lepsza do czytania? Nie. Chyba że ta historia na mnie jakoś działa - i to znowu wracamy do relacji. Przepraszam, że ta analogia jest może naciągana, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że kółko się zamyka.
Przepraszam, że wchodzę bez zaproszenia, ale muszę coś powiedzieć. Moim zdaniem całe to rozróżnienie znaleziony/kupiony traci sens w momencie, gdy nie oczyszczasz przedmiotu przed użyciem. Oba mogą być naładowane czymś cudzym, oba po oczyszczeniu zaczynają od zera. Więc liczy się tylko to, co z nimi zrobisz, a nie skąd pochodzą.
Ale ta analogia z wodą chyba bardziej opisuje odczucie niż właściwości, nie? Tzn. woda ze źródła smakuje inaczej, bo ma inne minerały, inne pH - jest mierzalna różnica. A kamień z jednego miejsca kontra ten sam kamień z drugiego - tu skąd bierze się różnica?
A ile czasu minęło zanim zauważyłaś tę powtarzalność? Bo mnie zastanawia, czy to nie jest tak, że po prostu bardziej ufasz temu, co sama znalazłaś, i przez to inaczej się przy tym skupiasz.
Ten wątek z testowaniem na ślepo jest bardzo konkretny. Rzadko ktoś to robi. Ciekawi mnie jedno - jak definiowałaś 'wynik' podczas takiej sesji? Co dokładnie obserwowałaś?
To co opisujesz z tym kwarcem - zero zamiast odpowiedzi - słyszałam podobne rzeczy od kilku osób i za każdym razem okazywało się, że zmiana była w osobie, nie w kamieniu. Ale to prowadzi nas z powrotem do pytania, które tu krąży od początku: czy kamień kupiony versus znaleziony daje ci inne zasoby na start, zanim cokolwiek zdążysz zbudować? Czy to jest stała, czy zmienna?
A moze to tez zalzezy od tego na co go uzyasz? Tzn. jakbym brał kamień do konkretnego rytuału versus brał go codziennie do kieszeni i nosił - to chyba jest różne zużycie tej relacji? Nie wiem, może głupio pytam.
Ten ceremonialny vs habitualny - to mi coś przypomina z astrologii mundialnej, gdzie obiekty dedykowane konkretnemu celowi w konkretnym transycie utrzymują ten tranzytowy 'odcisk' przez całe użytkowanie. Ale kamień z kieszeni codziennie to już inna historia - on zbiera wszystko po trochu i nie wiadomo co w nim siedzi po roku.
Właśnie - i tu mamy kolejny problem w całej tej dyskusji. Jak odróżnić informację od projekcji? Bo w moim podejściu oczyszczenie kasuje tę historię i zaczyna się od nowa, ale Eliksiryna mówi, że niektóre warstwy zostają. Skąd wiadomo która warstwa jest 'oryginalna' a która to mój własny nałożony obraz?
Ale chwila - 'jedno miejsce' to wcale nie znaczy mniej warstw. Kamień leżący w lesie przez sto lat też coś zbierał. Niekoniecznie ludzkie, ale coś. Dlaczego to miałoby być lepsze niż historia sklepu?
