Ostatnio przytrafiła mi się dość niekomfortowa sytuacja podczas rytuału ze świecami i zaczęłam się zastanawiać, czy ktoś miał podobnie. W połowie wszystkiego musiałam nagle wyjść, bo córka dzwoniła z pilną sprawą. Świeca jeszcze się paliła, kadzidło dymilo, wszystko było w połowie. Wróciłam po jakichś dwudziestu minutach i skończyłam, ale przez kilka kolejnych dni czułam się jakoś nie po swojemu. Dziwna senność, coś jakby rozproszenie, trudno to opisać. Nie wiem, czy to zbieżność, stres związany z córką, czy jednak przerwany rytuał zostawia coś niedokończonego. Ktoś ma doświadczenie z czymś takim?
To akurat częsty temat w różnych tradycjach. Sama przerwana praca nie jest tak jednoznacznie zła, jak się często mówi, ale zależy bardzo od tego, co i w którym momencie się przerywało. Jeśli byłaś w środku właściwego wywołania albo np. w trakcie zamykania kręgu, to faktycznie zostawia się coś otwartego. To trochę jak otworzenie okna w pokoju i wyjście, energia się rozprasza, ale nie zawsze w szkodliwy sposób. A co to był za rytuał, jeśli mogę zapytać? Bo to trochę zmienia ocenę.
Dokończenie miało sens pod warunkiem, że wróciłaś do punktu, w którym przerwałaś, i nie zaczynałaś od intencji od nowa. To jest clou. Jeśli ktoś po przerwie wraca i mentalnie traktuje to jako kontynuację, to w większości tradycji rytualnych uważa się, że rytuał jest spójny. Problem zaczyna się, kiedy przerwa jest długa i intencja się rozmywa, albo kiedy coś się stało z ołtarzem w trakcie, np. świeca sama zgasła zanim wróciłaś. Jak to wyglądało po Twoim powrocie, świece nadal się paliły?
To jest ciekawe, co piszesz o tej przestrzeni mentalnej, bo ja myślałam, że chodzi głównie o fizyczne elementy rytuału, nie o stan głowy. Tzn. zawsze słyszałam, że jak zgaśnie świeca albo coś się przewróci, to zły znak, ale nie słyszałam za bardzo, że przerwa i powrót mogą być ok, jeśli intencja jest ciągła. Czarnobog57, a skąd to rozróżnienie, to z konkretnej tradycji?
Ale żeby to była kwestia tradycji, to musiałoby oznaczać, że rytuał ma jakąś obiektywną strukturę niezależną od osoby, która go robi. Tzn. zakładamy, że jest coś zewnętrznego, co reaguje na to, co robisz. Jeśli tak, to co konkretnie miałoby reagować na przerwanie? Pytam serio, bo to mi się zawsze gryzie. Jeśli to tylko kwestia skupienia i intencji, to przerwa nie ma znaczenia. Jeśli jest coś 'tam', co wymaga określonej sekwencji, to skąd ta sekwencja pochodzi i dlaczego akurat taka?
A co jeśli chodzi o rytuały, które w ogóle nie mają określonego końca? Pytam, bo próbowałam raz zrobić coś bardzo prostego, zapalić świecę z konkretną intencją i po prostu ją zostawić, żeby dogasała sama. I musiałam ją zgasić, bo wychodziłam z domu. Nie wiedziałam wtedy, czy to jest przerwa, czy koniec. Czy jest jakaś zasada dotycząca tego, kiedy rytuał jest już skończony, a kiedy jeszcze trwa?
Czekaj, zdmuchnięcie wywiewa intencję? To w ogóle nigdzie nie słyszałem. Zawsze zdmuchiwałem bo... no bo tak się zdmuchuje świece. To jest jakiś konkretny zakaz w określonej tradycji czy bardziej przesąd?
Myślę, że to pytanie można postawić inaczej. Zamiast pytać, co jest 'naprawdę' skuteczne, ciekawsze jest to, kiedy przerwanie rytuału zostawia coś zauważalnego dla osoby, która go wykonuje. I tu mam obserwację z dłuższego okresu: najbardziej zauważalne efekty przerwanego rytuału ma się wtedy, gdy przerwa nastąpiła w momencie największego skupienia lub emocjonalnego szczytu. Nie na początku, nie na końcu, ale właśnie gdy byłaś najbardziej w tym. To jakby urwać piosenkę dokładnie w refrenie. Mózg to pamięta inaczej. Nie wiem, czy jest to efekt magiczny czy neurologiczny, ale powtarza się.
To może być też kwestia energii czakralnej. Jak robisz rytuał i przerywasz w połowie, to możesz mieć otwarte kanały czakry splotu słonecznego, która odpowiada za wolę i działanie. Jeśli to zostaje otwarte bez domknięcia, to czujesz właśnie tę dziwną senność i rozproszenie, bo energia nie ma dokąd pójść. Wystarczyłoby zrobić proste uziemienie po takiej sytuacji i to powinno pomóc.
Chaos magick? To znaczy, że można robić dosłownie cokolwiek i to ma działać, o ile się w to wierzy? Brzmi jak legalizacja robienia czegokolwiek i mówienia, że to magia.
Nie, chaos magick ma swoje zasady, tylko inne niż tradycje ceremonialnego systemu. Peter Carroll w Liber Null opisuje to dość konkretnie. Chodzi o tymczasowe przyjmowanie przekonania jako prawdziwego na czas operacji, a potem jego porzucenie. To nie jest 'rób co chcesz', to jest coś bardziej złożonego. I też ma pojęcie zamknięcia, tylko nazywa to inaczej, mniej więcej odpowiednikiem 'pustki' po zaklęciu.
I tu mamy chyba sedno problemu z przerwanym rytuałem. Nie wiadomo, czy 'coś zostało otwarte', czy może problem leży właśnie w tej pętli mentalnej, którą tworzy niedokończona czynność. Efekt Zeigarnik plus obsesja sprawdzenia, czy dobrze zamknęłam, plus ewentualnie rozproszenie energetyczne, jeśli w to wierzysz. Trudno oddzielić, co faktycznie 'działa' na złe samopoczucie.
Czekajcie, bo coraz bardziej gubię ten wątek. Zaczęliśmy od przerwanego rytuału Helenki57, przeszliśmy przez Zeigarnik, teraz mamy chaos magick i efekt wzajemnego wzmacniania psychiki i energii. Ale wróćmy do praktyki, bo to bardziej interesujące. Czy ktoś ma doświadczenie z przerwaniem rytuału i ŚWIADOMYM niedomykaniem go? Tzn. po prostu nie wrócił, nie dokończył, odpuścił, i co się stało?
Ja właściwie tak miałam z tą świecą, o której pisałam wcześniej. Zgasiłam, nie wróciłam do rytuału w ogóle, bo nie wiedziałam jak. I szczerze, przez jakiś czas miałam poczucie, że coś jest 'niedopowiedziane', trudno to inaczej ująć. Nie złe samopoczucie, nie energetyczne rozproszenie, po prostu takie poczucie wiszącej sprawy. Minęło po jakimś czasie samo.
To co Nightshade71 pisze o niemożności oddzielenia przyczyn jest kluczowe i chyba niedoceniane w tych dyskusjach. W tarocie mam podobny problem, bo jak odczyt 'się sprawdza', to nie wiem, czy to właściwość metody, czy self-fulfilling prophecy, czy po prostu trafne prawdopodobieństwo. W magii jest tak samo, a przy przerwanych rytuałach dochodzi jeszcze warstwa emocjonalna, którą sami wnosimy. Pytanie do Czarnobog57, bo on wydaje się najbardziej zakorzeniony w konkretnych tradycjach, czy gdzieś istnieje opis neutralizacji przerwanego rytuału? Nie dokończenia, ale celowego zamknięcia, że 'to anulowane'?
To pytanie pada tu regularnie w różnych wątkach i za każdym razem kończy się na tym, że albo ktoś ma historię, którą tłumaczy magicznie, albo ktoś inny proponuje psychologiczne wyjaśnienie i rozmowa się kręci. Ja nie odpowiem na to, czy istnieje 'obiektywna magia', bo nie wiem. Ale widzę, że pytanie o przerwane rytuały jest konkretniejsze i daje się omówić niezależnie od tego sporu, bo nawet czysto psychologicznie przerwa w trakcie czegoś, co robiłaś z dużą intencją, robi coś z głową.
Właściwie to, co napisałaś na końcu, jest uczciwe i rzadko tak się mówi wprost. Że nie wiesz, czy ta twoja historia cokolwiek dowodzi, i że sama nie masz dostępu do narzędzia, które by to rozdzieliło. I nie chodzi o to, żeby teraz popaść w nihilizm, bo to też nic nie wnosi. Pytanie, które mnie bardziej interesuje w kontekście przerwanego rytuału, to nie 'czy działa', ale co konkretnie praktyk robi po przerwaniu. Bo tu widzę realne różnice między tradycjami.
Istnieje, ale pod różnymi nazwami w zależności od tradycji. W Golden Dawn masz banishing jako osobną czynność, która może być wykonana niezależnie od tego, czy rytuał 'doszedł do końca'. W Agrippie jest wzmianka o konieczności 'rozwiązania każdego kręgu tak jak zawarto', co interpretowano różnie przez różnych komentatorów. Problem polega na tym, że literatura ceremonialnego ceremonializmu zakładała najczęściej, że przerwy się nie zdarzają, bo rytuały były przygotowywane z dużym wyprzedzeniem i z wyraźnym protokołem. Scenariusz nagłego przerwania był traktowany jako sytuacja kryzysowa, nie standardowa.
To ciekawe rozróżnienie, bo w praktyce większość ludzi albo nie wie o tym protokole, albo w chwili przerwania po prostu o nim nie myśli. Jeśli coś cię nagle wypycha z rytuału, dzwonek, wrzeszczące dziecko, wyłączony prąd, to raczej nie stajesz i nie mówisz zwrotu zamykającego. Działa się instynktownie. Pytanie do Helenki57, jak to u ciebie było, czy przerwanie było nagłe czy świadome?
Nagłe, całkowicie. Telefon z czegoś ważnego i po prostu zostawiłam wszystko w połowie. Nawet świece zostały zapalone przez chwilę zanim wróciłam je zgasić. I właśnie ten moment zgaszenia świec bez żadnego zamknięcia był chyba tym, o czym potem myślałam najdłużej.
A wróciłaś potem do tego miejsca, do tej przestrzeni, żeby coś zrobić? Czy po prostu zostawiłaś to i tyle?
Intencja przy zamykaniu jest tak samo ważna jak przy otwieraniu, to jest zasada, która pojawia się niezależnie od tradycji. Jeśli sprzątasz myśląc o czym innym, to energetycznie to miejsce nie jest zamknięte, tylko fizycznie posprzątane. To dwie różne rzeczy.
Ta metafora różnych gramatyk mi coś wyjaśnia, bo do tej pory myślałam, że jest jedna odpowiedź, której nie znam. A tu okazuje się, że odpowiedź jest inna w zależności od tego, skąd patrzysz. I to jest trochę dezorientujące dla kogoś, kto szuka konkretnej wskazówki co zrobić, kiedy coś poszło nie tak.
Właśnie to jest kluczowe, bo my rozmawiamy o przerwanym rytuale jakby to był błąd w sofcie, który trzeba naprawić. A w oryginalnych systemach cały kontekst był zabezpieczeniem przed tym błędem. Odpowiednie miejsce, odpowiedni czas, brak zakłóceń zewnętrznych, obecność kogoś, kto pilnował. Protokół awaryjny był potrzebny rzadko, bo samo środowisko minimalizowało ryzyko. My działamy bez tego środowiska i potem pytamy, co robić po awarii.
Ale przy tej słowiańskiej perspektywie pojawia się coś, o czym mało kto mówi. Wiele przerwanych czynności rytualnych w folklorze europejskim powodowało skutki zupełnie odwrotne od zamierzonych. Nie neutralność, tylko odwrócenie. Niedokończony rytuał odpędzenia mógł wzmocnić to, co próbowano odpędzić. To trochę inna logika niż 'nie zamknąłeś kręgu, więc zostały resztki energii'.
Jeśli można zaproponować coś konkretnego, to co mi się sprawdza po przerwaniu czegokolwiek w połowie, niezależnie od systemu, to wrócić do tego miejsca z intencją zamknięcia, nie z intencją kontynuowania. To różnica, którą czuję bardzo wyraźnie. Nie wracam, żeby dokończyć. Wracam, żeby powiedzieć wprost tej przestrzeni i sobie, że to zostaje zamknięte na tym etapie. Nieważne, że nie po drodze.
Byłem w tym wątku dość sceptyczny od początku, ale uczciwie muszę powiedzieć, że argument Fabianeka z Zeigarnikiem jest trochę za prosty. Efekt Zeigarnika opisuje zjawisko w warunkach eksperymentalnych z konkretnym rodzajem zadań. Przełożenie tego na każde poczucie niedokończoności w każdej sytuacji to też jest pewna nadinterpretacja. To nie znaczy, że rytuał 'działa', tylko że argument 'to tylko Zeigarnik' też nie zamyka tematu.
