Dostałem ostatnio po dziadku stary zegarek kieszonkowy. Srebro, przedwojenny, chodził idealnie przez dekady. Dziadek był osobą bardzo... nazwijmy to, skupioną na pewnych rytuałach - modlitwy o stałych porach, określone gesty, niemal obsesyjne przywiązanie do tego zegarka. Noszę go od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że coś w nim zostało. Nie sen, nie wizja - po prostu pewien ciężar decyzyjny znika, kiedy go mam przy sobie. Jakby coś pomagało mi się zatrzymać zanim zrobię coś głupiego. Zastanawiam się czy to kwestia tego, co on w niego włożył latami, czy po prostu psychologiczna kotwica - bo kojarzę go z człowiekiem, którego szanowałem. Macie jakieś przemyślenia? Bo serio nie wiem gdzie tu kończy się magia a zaczyna zwykła psychologia.
To jest jedno z tych pytań, przy których nie ma sensu rozdzielać magii od psychologii, bo one tu działają razem. W tradycji zachodniej mówi się o imprintingu - przedmiot nosi zapis energetyczny użytkownika, szczególnie jeśli kontakt był długotrwały i emocjonalnie naładowany. Twój dziadek nie musiał być magiem żeby wbić coś w ten zegarek. Wystarczyła regularność i intensywność intencji. Ale mam pytanie - czy czyściłeś go przed założeniem? Bo to dość istotna kwestia przy przedmiotach dziedziczonych.
Wchodzę tu bo temat mnie złapał. W psychometrii - czyli w tym co badacze paranormalni próbowali opisywać mniej więcej od XIX wieku - zakłada się że przedmioty mogą przechowywać rodzaj emocjonalnego śladu. Edgar Cayce mówił o tym inaczej niż późniejsi badacze, ale wspólny mianownik jest jeden: intensywność przeżyć zostawia coś w materii. Problem w tym że weryfikowalność tego jest zerowa, co nie znaczy że doświadczenia takie jak to Augura nie są prawdziwe jako doświadczenia. Tylko że nie wiadomo co tak naprawdę się dzieje. Może to pamięć ciała wywołana przez dotyk obiektu, może coś więcej.
Zależy też co rozumiemy przez 'magię poprzedniego właściciela'. Jeśli ktoś aktywnie pracował z przedmiotem - ładował go intencją, używał w rytuałach, poświęcał - to zostaje coś zupełnie innego niż ślad zwykłego użytkowania. Zegarek Augura to jedno, ale co jeśli ktoś dostaje po kimś przedmiot który był celowo magicznie ładowany i tego nie wie? Czy w ogóle to 'działa' bez wiedzy odbiorcy?
Chcę tu dodać jeden wątek, bo myślę że go omijamy. Są tradycje w których celowo przekazuje się przedmiot z intencją - nie tylko z przypadkowego dziedziczenia. W hoodoo na przykład przekazanie osobistego przedmiotu to bardzo konkretna praktyka, i tam zakłada się że to co w nim zostało jest aktywne niezależnie od tego czy odbiorca w to wierzy. To nie jest kwestia wiary odbiorcy, tylko jakości zapisu. Ale zaraz - czy ktoś tu ma doświadczenie z przedmiotem po kimś obcym, nie z rodziny? Bo myślę że to jeszcze inne zagadnienie.
Ja! Kupiłam na pchlim targu stary wisior, coś w stylu słowiańskim, wyglądał na ręcznie robiony. Bardzo szybko zaczęłam mieć wrażenie że jest za ciężki, i nie mówię o fizycznym ciężarze - po prostu nie chciał na mnie być. Zdjęłam go po kilku dniach i odłożyłam. Czy to możliwe że coś z nim było nie tak, czy to moja głowa?
Słuchajcie, mam wrażenie że w tej rozmowie zakładamy że energia w przedmiocie jest czymś stałym, niezmiennym. Ale czy nie może być tak że ona się po prostu... kończy? Że zegarek po dziadku Augura za kilka lat nie będzie już 'ładowany' tak samo? Albo że z każdym nowym użytkownikiem stara warstwa słabnie i zaczyna się nowa? Bo jeśli tak, to pytanie czy w ogóle ma sens mówić o magii 'poprzedniego właściciela' po dłuższym czasie.
Czytam tę rozmowę od początku i mam jedno pytanie które mnie nurtuje - czy ktoś z was świadomie zdecydował się zatrzymać energię poprzedniego właściciela i aktywnie z niej korzystać? Nie przypadkowo, nie przez skojarzenie, ale z pełną intencją? Ciekawi mnie jak to wygląda w praktyce.
Nikt nie odpowiedział na moje pytanie, więc może inaczej zapytam - czy ktokolwiek z was podszedł do odziedziczonego przedmiotu nie jako do pamiątki, tylko jako do czegoś co ma konkretne zastosowanie w pracy magicznej? I jak to wyglądało praktycznie?
'Działałem na cudzej bazie' - to brzmi jakbyś pożyczył cudzy głos do własnej rozmowy. Czy to ci w którymś momencie przeszkadzało, czy raczej byłeś z tego zadowolony?
To co opisuje Augur jest bardzo zbliżone do tego jak w niektórych tradycjach celowo używa się przedmiotów po przodkach - właśnie po to żeby mieć 'kotwicę' jak to nazwał. W tradycji santería używanie przedmiotów po inicjowanych poprzednikach jest standardem, ale tam jest też jasna linia kto i co może przekazać. Przy dziedziczeniu rodzinnym tej linii nie ma, więc efekt może być nieprzewidywalny.
Wchodzę tu z małą korektą bo mam wrażenie że w tej dyskusji nieświadomie zakładamy że 'pustość' to brak. Ale w kilku tradycjach - i tutaj mogę się powołać na badania Williego Kaa nad polinezyjską koncepcją mana - neutralność przedmiotu to stan zasadniczo różny od braku zapisu. Przedmiot może być wyciszony, a nie pusty. To są dwie różne rzeczy i reaguje się na nie inaczej.
Wracając do tego wiszora który kupiłam - słuchajcie, mam teraz pytanie do siebie samej właściwie. Powiedziałam że 'nie chciał na mnie być', ale czy to nie jest tak że ja po prostu nie chciałam go nosić i szukałam uzasadnienia? Jak w ogóle odróżnić prawdziwe odczucie od projekcji własnych oczekiwań?
Ale to też można podważyć, bo nasze mózgi są dosłownie zaprojektowane do tego żeby tworzyć narracje przed uświadomieniem sobie bodźca. Wiemy to z badań nad percepcją - decyzja często wyprzedza świadomość decyzji. Więc 'odczucie wyprzedza myśl' niekoniecznie jest dowodem na cokolwiek poza sprawnym układem nerwowym.
Wracając do pytania Pelagiuszy o świadome korzystanie z energii poprzednika - jest jeszcze jeden aspekt który pominęliśmy. Co się dzieje jeśli energia poprzedniego właściciela i twoja własna zaczynają tworzyć coś pośredniego? Nie jego, nie twoje, ale jakiś wypadkowy zapis. Mam wrażenie że o tym właśnie mówił Jacek z tym porównaniem do nadpisywania.
Czytam od dawna i mam jedno doświadczenie które pasuje do tego co piszecie. Dostałam od znajomej kamień który wcześniej należał do jej mamy. Znajoma nie wiedziała że miałam z nim jakikolwiek kontakt - po prostu zostawiła go u mnie przez przypadek. Po kilku tygodniach zapytała mnie czy 'nic dziwnego nie było'. Okazało się że miałyśmy bardzo zbliżone sny w tym samym okresie, chociaż żadna z nas nie mówiła drugiej o snach. Nie wiem co z tym zrobić.
Ale tu wchodzi klasyczny problem potwierdzenia - zapamiętujemy zbieżności, zapominamy rozbieżności. Ile snów miałaś w tamtym czasie które nie miały nic wspólnego z oknem ani kobietą? Nie mówię że nic się nie wydarzyło, naprawdę, ale 'niebieska firanka' to szczegół który można dopasować do wielu rzeczy jeśli jest się wystarczająco zmotywowanym.
Ten zapis z datą zmienia postać rzeczy. Jeśli masz to czarno na białym przed rozmową ze znajomą, to przynajmniej wyklucza retrospektywne dopasowanie. To jest jeden z tych przypadków gdzie metodologicznie coś się trzyma - i to rzadkość w takich opowieściach, nie mówię tego złośliwie.
Właśnie o to mi chodziło kiedy pisałem o tym pośrednim stanie. W praktyce - przynajmniej w tym co obserwowałem przy dziadkowym zegarku - ten 'stop' z czasem przesuwa się w stronę nowego właściciela. Ale nie całkowicie. Zostaje jakiś osad poprzedniego. Nie wiem czy to dobre słowo, ale osad mi pasuje bardziej niż 'ślad' czy 'nagranie'.
Osad mi się podoba, bo sugeruje że nie da się tego w pełni wyczyścić. Ale to trochę niepokojące jeśli dostałeś coś po kimś kogo nie znałeś albo o kim niewiele wiesz. Jak wtedy z tym siedzisz?
O, to mnie trochę uspokoiło, bo właśnie miałam ten pierścionek po babci i nie wiedziałam co z nim zrobić. Skoro osad nie musi być czymś złym, to może po prostu powinnam go nosić i zobaczyć co się dzieje? Dzięki za to Celestynka, naprawdę.
Dziennik to jeden pomysł, ale ja bym dodał że warto też zacząć od okresu bez przedmiotu żeby mieć bazę. Tydzień, dwa bez noszenia, potem zacząć i porównać. Bez bazy porównania wszystko co potem wyczujesz będzie miało tę samą wartość co losowe obserwacje.
A co jeśli ktoś już nosi od dłuższego czasu i nie pomyślał żeby zbierać dane na początku? Da się coś z tego uratować retroaktywnie?
Ale to nadal jest problem z grupą kontrolną. Ty jako obserwator wiesz że robisz eksperyment, więc twój mózg automatycznie szuka różnic. Nie mówię że doświadczenia nie mają wartości, ale wyciąganie z nich wniosków o zewnętrznym źródle wymaga jednak jakiejś powściągliwości.
Dokładnie to chciałem powiedzieć od początku tego wątku. Nie zakładam że wiem skąd to pochodzi. Zakładam że coś się dzieje i staram się to opisać. Dziadkowy zegarek mógł mi nic nie dawać poza skojarzeniami z konkretną osobą - i już to jest wystarczające żeby zmienić jak pracuję. Nie potrzebuję do tego żadnej metafizyki, choć metafizyki też nie wykluczam.
To jest chyba najuczciwsze co można powiedzieć w tym temacie i trochę żałuję że ten wątek nie zaczął się od tego zdania. Może by nie było tyle kręcenia się w kółko 🙂
No i tu jest właśnie ten problem który mnie śledzi przez całą tę rozmowę. Czy to że 'mózg chce historii' automatycznie dyskwalifikuje doświadczenie? Bo można to powiedzieć o każdym ludzkim przeżyciu. Zakochanie też jest po części chemią i ewolucją, ale nikt nie mówi że przez to nie jest prawdziwe.
