To jest właściwie klasyczny opis działania rytuału w podejściach ceremonialnych - sama forma ma moc wprowadzania w stan który umożliwia pracę. Nie pytasz czy wierzysz, robisz i wiara przychodzi albo nie. Problem w obronie jest taki że jak coś naprawdę czujesz jako zagrożenie, to nie zawsze dasz radę 'po prostu zacząć'.
Właśnie tu jest ten węzeł z wiarą o którym mówiła Anastazja. Rytuał obronny jest najtrudniejszy właśnie dlatego że robisz go gdy jesteś w najgorszym możliwym stanie - przestraszona, zdenerwowana, może nie śpisz. I masz w tym momencie osiągnąć ten stan skupienia który pozwoli na cokolwiek. To brzmi jak proszenie kogoś żeby spokojnie pływał w trakcie utonięcia.
Przepraszam że może nie znam się na tyle na tych wszystkich tradycjach, ale mam pytanie do tego co Anastazja powiedziała - jak 'odnawiasz' coś co już jest postawione? Tzn. czy to jest osobny rytuał, czy bardziej intencja, czy po prostu przypomnienie sobie że to istnieje?
Ale czy to nie sprowadza się znów do tej wiary? Jeśli dotykasz amuletu bez przekonania, to czy 'odnawiasz' cokolwiek? A jak masz gorszy dzień i jesteś sceptyczna, to co - ochrona odpada?
To ciekawy problem metodologiczny, bo właściwie żaden z nas nie może tego sprawdzić czystym testem. Żeby przetestować czy rytuał działa bez twojej uwagi, musiałabyś go dosłownie zapomnieć - a jak o tym myślisz testując, to już nie zapomniałaś. Trochę jak próba uśnięcia z rozkazem.
Poza tym trzeba by się zgodzić co w ogóle znaczy 'działa' w kontekście obrony. Brak ataku? Ale skąd wiesz że cokolwiek miało nadejść. Słabszy atak? Nie masz z czym porównać. To jest chyba najtrudniejsza część całej tej dyskusji - jak oceniasz skuteczność czegoś co z definicji zapobiega czemuś nieuchwytnego.
Mogę zapytać co to konkretnie znaczy 'sygnatury'? Bo tego jeszcze tutaj nie rozwinęłyście. Mówisz o snach, ale czy to jakiś konkretny rodzaj snów, czy cokolwiek nieprzyjemnego się kwalifikuje?
Tylko że to też można interpretować jako klasyczny błąd konfirmacji - widzisz wzorzec tam gdzie szukasz wzorca. Nie mówię że tak jest, ale trzeba to wziąć pod uwagę. Szczególnie jak ktoś już jest przestraszony, bo wtedy wszystko wydaje się połączone.
prawda ale to nie neguje całosci podejscia. ja wielokrotnie nie szukałem żadnego ataku i mimo to wchodziłem w rytał ochronny bo czułem że cos jest nie tak. i kilka razy późnej dowiadywałem sie że ktos z otoczenia naprawdę życzył mi niedobrze. nie mówię że istnieje dowód ale przynajmniej korelacja była.
To co Wrozbiarz opisuje jest zbliżone do tego co niektórzy praktycy run nazywają 'zaburzeniem przepływu' - ale to też jest bardzo subiektywne. Trudno mi powiedzieć czy to jest rzeczywiście coś zewnętrznego, czy twój własny system nerwowy reaguje na nieświadome sygnały od tej osoby - mowę ciała, ton, cokolwiek co odebrałeś wcześniej nie zdając sobie z tego sprawy.
Tylko że jeśli to drugie - czyli odczytanie nieświadomych sygnałów - to może odpowiedź nie jest rytuał obronny, tylko rozmowa z tą osobą albo odcięcie kontaktu. Rytuał nic nie załatwi w relacji jeśli problem jest komunikacyjny a nie energetyczny. Nie mówię że wiem co jest czym, ale warto rozróżnić zanim się zacznie.
A właśnie - chciałam się zapytać jak to w ogóle działa z tym 'skierowaniem na drugą osobę'. Wcześniej mówiłyście o odbiciu, ale czy odbicie to nie jest właśnie coś co wysyłasz z powrotem do kogoś? Bo nie wiem czy to nie wchodzi w jakiś etycznie trudny obszar.
To mnie zastanawia od początku tego wątku - czy sama Anastazja robi głównie prewencję, czy reaguje aktywnie kiedy coś czuje? Bo przez całą rozmowę mam wrażenie że preferujesz to pierwsze, ale może się mylę.
Ale właśnie to mnie zastanawia w tej prewencji - jak długo można ją w ogóle utrzymywać? Znaczy, rozumiem jedno czyszczenie, jeden rytuał, ale jeśli robiłabyś to codziennie, to czy w pewnym momencie sama nie tworzysz pola lęku wokół siebie? Bo skupienie na ochronie cały czas chyba samo z siebie przyciąga myśl o ataku.
Mam wrażenie że ta rozmowa o intencji i myśli kręci się w kółko od kilkunastu postów i nie dochodzimy do żadnego sensownego miejsca. Może warto rozdzielić dwa pytania: jedno to czy wiara w rytuał jest potrzebna żeby działał, a drugie to czy sama myśl o zagrożeniu szkodzi procesowi ochrony. To są różne pytania i odpowiedź na jedno nie odpowiada na drugie.
Właśnie, bo czytam ten wątek od początku i mam poczucie że może połowa efektów, o których tu mówicie, to po prostu efekt placebo plus zmiana własnego zachowania. I pytam serio, nie złośliwie - czy to w ogóle ma znaczenie jeśli efekt jest realny?
To mi coś wyjaśnia, bo przez całą tę rozmowę miałam wrażenie że wszyscy zakładają z góry że 'atak' istnieje obiektywnie, poza głową. A może jest tak że niektóre tradycje naprawdę nie wymagają tego założenia i mimo to mówią o obronie? Jak to ma sens bez zewnętrznego zagrożenia?
Szczerze? Nie wiem. I przestałam udawać że wiem. Mam okresy gdzie czuję coś co wydaje mi się zupełnie niematerialne i niezwiązane z moim stanem, i mam okresy gdzie tłumaczę wszystko psychologicznie. Pracuję z tym co przynosi efekty niezależnie od tego jak to nazwę.
Tylko że ta odpowiedź nic nie mówi o tym czy wiara jest potrzebna. Możesz nie wiedzieć co to jest, ale i tak możesz wierzyć lub nie wierzyć że zadziała. I to były chyba dwa oddzielne pytania jak pisała Irenka.
Ja już pisałem że tak, i uważam że wyszło, ale Bernadetka słusznie zwróciła uwage że nie ma jak oddzielić co skad wynika. Mogę powiedzieć co czułem - nie spodziewałem się niczego, robiłem bardziej z przyzwyczajenia niż z wiary, i mimo to następnego dnia miałem wyraźne poczucie że coś wróciło na swoje miejsce. Może to był sen w nocy, może własna psychika, nie wiem.
Ale ten opis 'wróciło na swoje miejsce' jest bardzo ciekawy właśnie w kontekście obrony przed zaklęciami. Bo jeśli to co opisujesz to przywrócenie jakiegoś wyjściowego stanu, to może rytał obronny nie tworzy nic nowego, tylko usuwa coś co bylo nałożone. I wtedy wiara mogłaby być mniej istotna niż sama technika.
Nigdy o tym nie słyszałam w takim podziale. To znaczy że w tej tradycji obrona to mogło być albo budowanie tarczy, albo po prostu zmywanie czegoś co już przylgnęło?
a czy to rozróżnienie - odpychanie kontra oczyszczanie - jest gdzieś stosowane we współczesnych praktykach? Bo mam wrażenie że w tym co czytam w internecie wszystko idzie pod jedną nazwę 'ochrona' i nie wiem czy ktoś to jeszcze tak precyzyjnie rozróżnia.
i tu mam pytanie, bo w kontekście run też to rozróżnienie jest żywe, choć nikt nie używa tych łacińskich nazw. Algiz to klasyczny przykład - interpretowana głównie jako ochrona, ale właściwie bliżej jej do odpychania niż do oczyszczania. Żeby czyścić to co już przylgnęło, sięga się raczej po kombinacje z Hagalaz, co jest dużo bardziej drastyczne. I teraz pytanie do tematu wątku: jeśli chcesz się bronić przed zaklęciem które już działa, to czy oczyszczanie w ogóle wymaga żebyś wierzył że coś tam jest? Bo banishing może być pusty wewnętrznie, ale katharsis chyba wymaga jakiegoś kontaktu z tym co chcesz usunąć.
właśnie to chciałem powiedzieć wcześniej i nie trafiłem w słowa. jak robiłem co opisywałem parę postów wyzej, to nie miałem przekonania że zadziała, ale miałem przekonanie że coś jest nie tak. tzn wiara w efekt była zerowa, ale wiara że istnieje problem - była. może to jest ten brakujacy element w całej tej dyskusji.
Ale ta analogia z lekarzem trochę kuleje, bo tabletka działa biochemicznie niezależnie od twojego przekonania. A tutaj pytanie jest właśnie o to czy rytuał ma jakiś mechanizm działania poza przekonaniem. Jeśli nie ma, to porównanie z placebo jest bardziej uczciwe. Mówię to bez złośliwości, bo sama nie wiem, ale wydaje mi się że nie możemy jednocześnie twierdzić że 'wiara nie jest potrzebna' i że 'efekt zależy od stanu wewnętrznego'.
