Zastanawiam się nad czymś, co mnie ostatnio nie daje spokoju. Pracowałam nad pewnym rytuałem przez kilka tygodni, miałam konkretny cel, wszystko szło w dobrym kierunku - i nagle poczułam, że ten cel już mnie nie interesuje. Nie wiem, czy to było zmęczenie, czy jakaś zmiana energetyczna, czy po prostu życie się ułożyło inaczej. I stanęłam przed pytaniem: co teraz? Czy przerywam? Czy kończę z poczucia obowiązku? Bo z jednej strony słyszałam, że rytuały mają swój 'bieg' i przerywanie w połowie jest problematyczne, a z drugiej - nie chcę ciągnąć czegoś, w co już nie wierzę. Czy ktoś miał podobnie?
To ciekawy dylemat, bo zależy od kilku rzeczy naraz. Po pierwsze - co rozumiesz przez 'rytuał w toku'? Czy to coś, co wymaga codziennego podtrzymywania przez określony czas, jak np. praca ze świecą przez 7 nocy, czy raczej jednorazowy akt, który miał działać długoterminowo? Bo to dosyć mocno zmienia odpowiedź na pytanie, czy można to po prostu zostawić.
To co opisujesz brzmi jak sytuacja, gdzie sama zmiana nastawienia może być sygnałem, że coś w tej intencji od początku nie było do końca wyrównane z tym, czego naprawdę chciałaś. Nie mówię, że rytuał był zły, ale czasem to właśnie moment po rytuale przynosi największą jasność. Byłaś tak skupiona na jednym kierunku, że dopiero kiedy 'wypuściłaś' napięcie, zobaczyłaś, że chcesz czegoś innego.
Hej, wchodzę bo temat mnie zaciekawił. Mam pytanie może trochę z boku - ale jak w ogóle definiujecie 'zakończenie' rytuału? Bo jeśli rytuał to była konkretna czynność, która już się odbyła, to co tu w ogóle można cofnąć? Intencja wyszła, tak? Albo nie wyszła. Trochę mi to przypomina wysłanie maila - jak już kliknąłeś wyślij, to nie masz opcji recall.
No ale właśnie - czy to naprawdę działa jak 'wyślij i zapomnij'? Bo mi się wydaje, że skoro intencja pochodzi od nas i my ją podtrzymujemy swoją uwagą, to zmiana tej uwagi coś zmienia. Czytałam kiedyś, że sama uwaga jest częścią procesu, nie tylko jego początkiem. Jeśli przestajesz w coś wierzyć w połowie drogi, to czy to nie jest tak, że de facto sam rytuał traci zasilanie?
To jest dobra distinkcja. Sprzeczność to co innego niż utrata aktualności. Jeśli stara intencja była na przykład 'chcę dostać tę pracę', a nowa to 'przeniosłam się do innego miasta', to one się nie gryzą - pierwsza po prostu straciła kontekst. W praktyce sama bym to symbolicznie zamknęła - krótki akt zakończenia, coś w stylu 'ta intencja jest wolna, dziękuję za jej służbę'. Nie wiem jak to zrobić bez poczucia śmieszności? - bo wiem, że nie każda to czuje naturalnie.
OK tzn. to co piszecie o zamknięciu rytuału to ma sens psychologicznie, ale cały czas mam w głowie to pytanie z innego końca - skąd wiemy, że zmiana celu to nie jest właśnie efekt tego rytuału? Że to, co postrzegamy jako 'już mnie to nie interesuje', jest odpowiedzią, którą chcieliśmy dostać, tylko nie w tej formie, której się spodziewaliśmy?
Lubomir ma ciekawy punkt, ale czy to nie jest trochę zbyt wygodne wyjaśnienie? Znaczy - jeśli rytuał działa, to jest efekt. Jeśli nie działa, to 'zmiana celu to też efekt'. Kiedy w takim razie możemy powiedzieć, że rytuał po prostu nie zadziałał?
Hej, ja tu wchodzę z zupełnie innej strony bo czytam i mam wrażenie że wszyscy zakładają, że zmiana zdania to problem. A może po prostu tak jest? Że robiłaś rytuał, a życie się zmieniło i tyle? Nie wszystko musi być jakimś głębokim sygnałem, czasem po prostu zmieniamy zdanie i koniec.
Czytam ten watek od poczatku i zastanawiam sie - wy mowicie glownie o rytuałach z jasno okreslonym celem. Ale co z pracą z runami na przykaład, gdzie intencja jest bardziej otwarta, bardziej jak 'poprowadź mnie w dobrym kierunku'? Tam chyba nie ma tego samego problemu z kolizją intencji, bo nie ma konkretnego punktu docelowego. Czy w ogolne porownujecie porownywalne rzeczy?
Zastanawiam się właśnie nad tym 'zasilaniem'. Bo jeśli tak to działa, to czy każda moja wątpliwość po rytuale też coś zmienia? Czy muszę być pewna swojej intencji cały czas, żeby rytuał miał jakikolwiek sens? Bo to brzmi jak przepis na paraliż.
To co Lubomir podnosi to jest właśnie sedno problemu z każdą praktyką opartą na introspekcji. Skąd wiemy, że nasze wewnętrzne sygnały to sygnały a nie szum? Chaos magick próbuje to obejść przez technikę zapominania - czyli wyciągasz intencję poza obręb ego właśnie po to, żeby nastrój dnia nie mógł jej zakłócić. Ale to ma swoje ograniczenia kiedy mówisz o korekcie w połowie drogi.
Slucham tego i mysle ze moze to zaleny od tego jak ktos w ogole podchodzi do rytualu. Jak robisz sigil to jedno, jak pracujesz z runami albo robisz dlugi cykl to chyba mechanika jest inna? Bo w runach nie 'wysylasz' niczego, bardziej otwierasz jakies drzwi albo ustawiasz kierunek. Moze tam zmiana zdania jest latwiejsza?
To co Dagmarka pisze jest ciekawe, bo faktycznie nie wszystkie rytuały działają na tej samej zasadzie. Przy pracy z cyklami księżycowymi na przykład - które przeciągają się kilka tygodni - zmiana zdania w połowie to nie jest abstrakcja, to się po prostu zdarza. I tam chyba bardziej chodzi o zamknięcie fazy niż o anulowanie czegoś jednorazowego.
Dianka, to jak ty to robiłaś kiedy zmieniałaś zdanie w połowie takiego cyklu? Robiłaś coś konkretnego, czy po prostu przestawałaś kontynuować?
To 'poczucie czegoś niedokończonego' - to mnie bardzo uderza, bo sama to znam. Robiłam kiedyś pracę z afirmacjami przez miesiąc i urwałam w połowie bez wyjaśnienia sobie dlaczego. I potem wracałam do tego myślami przez długo, mimo że cel przestał być aktualny. Czy to nie jest po prostu efekt Zeigarnika? Że niedokończone rzeczy bardziej zostają w głowie?
Lubomir pyta o co innego ale to dobre pytanie. Ja osobiście nie probuje tego odroznic. Dla mnie efekt praktyczny jest wazny - jak zamkniecie dziala, to dziala, nie bede analizowac czy to psychika czy cos innego. Moze to nie jest odpowiedz jaka chcesz ale tak to widze.
To jest może głupie pytanie ale - czy jeśli zmiana zdania jest sygnałem że coś w intencji było od początku nie do końca nasze, to czy wracanie i zamykanie rytuałów to tak naprawdę lekcja o tym, czego naprawdę chcemy? Mam wrażenie że ta cała rozmowa kręci się wokół tego, a nie mówi o tym wprost.
Lubomir ma racje ze to brzmi jak wyjscie na kazda strone. Ale ja bym powiedziala ze w praktyce i tak wiesz. To znaczy nie zawsze wiesz, ale jak naprawde zmieniasz zdanie, a nie tylko sie boisz, to w tym strachu nie ma tej specyficznej... ulgi? Jakby jak sie boisz to nie chcesz odpuszczac, chcesz zebys sie nie bala. A jak to nie twoja intencja to chcesz zeby to sie skonczylo. Moze to zle wytlumaczone ale to jest roznica ktora czujac.
No właśnie, przy cyklu księżycowym ten 'cooling period' jest luksusem, którego często nie masz. Miałam taką sytuację - pracowałam z pełnią i nowiem naprzemiennie przez cały miesiąc i w połowie tego okresu coś we mnie powiedziało stop. I nie miałam kilku dni, bo za trzy dni była nów i musiałam zdecydować - robię czy nie robię. Wybrałam robię z zmodyfikowaną intencją, co chyba był kompromis, ale do dziś nie jestem pewna czy to był dobry ruch.
Dianka, a ta zmodyfikowana intencja to była kompletnie nowa, czy tylko trochę przeformułowanie starej? Bo mam wrażenie że to dość zasadnicza różnica - jedno to korekta kursu, drugie to faktycznie nowy rytuał w połowie starego.
To 'rozmycie' intencji które Dianka opisuje jest według mnie bardziej problematyczne niż czysta zmiana. Precyzja intencji - przynajmniej w tradycjach pracujących z konkretnym manifestowaniem - jest zazwyczaj tym co odróżnia rytuał od życzenia. Jak rozmywasz intencję w połowie, to możliwe że nie masz już ani starego rytuału, ani nowego, tylko... zawieszone pole bez formy. Nie mówię że się to nie 'zadzieje', ale nie wiadomo co.
Lubomir znowu to samo i rozumiem frustracje ale moze to po prostu nie ma odpowiedzi ktora cie zadowoli bo pytasz o dowod a tu nie ma dowodow. Praktyk nie pracuje z dowodami, pracuje z wzorcami. Widzisz ze jak robisz X to potem Y sie zdarza czesciej niz nie robisz X. To nie jest dowod naukowy ale to jest doswiadczenie i cos z nim robisz albo nie.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam trochę inne pytanie. Wszyscy mówią o zmianie intencji albo zamknięciu rytuału - ale co z sytuacją kiedy nie zmieniasz zdania co do celu, tylko co do metody? Ja ostatnio zacząłem pracę pewnym rytuałem i w połowie pomyślałem że to nie jest dobra forma dla tej konkretnej intencji. Cel ten sam, ale forma mi nie siedziała. Czy to też jest 'powiedzenie nie w połowie'?
Wracając do tego co zaczęłam opisywać wcześniej - ta modyfikacja w połowie cyklu księżycowego - to co mi wtedy pomogło ocenić sytuację to nie był żaden wewnętrzny sygnał, tylko zwykłe zapisywanie. Prowadziłam notes gdzie po każdej pracy pisałam trzy zdania co było, co czułam, co zauważyłam w zewnętrznym świecie. I w pewnym momencie te notatki pokazały coś czego nie widziałam w trakcie - że od jakiegoś momentu powtarzałam coś zupełnie innego niż planowałam. Nie wiedziałam o tym bo to przychodziło stopniowo.
I to rozmycie które odkryłaś w notatkach - czy to cię przestraszyło, czy raczej poczułaś że to naturalna ewolucja? Bo wydaje mi się że rekcja na to odkrycie mówi dużo o tym czy to był błąd czy intencjonalna zmiana której sobie nie uświadamiałaś.
Ten notes który Dianka opisuje to jedna z niewielu rzeczy w praktyce, które dają jakikolwiek punkt odniesienia poza bieżącym stanem. Crowley miał obowiązek prowadzenia dziennika magicznego - i nie chodziło o estetykę, tylko właśnie o to żeby nie dało się reinterpretować przeszłości pod bieżące nastroje. Bez zapisu bardzo łatwo jest 'zawsze wiedziałem że tak miało być' po fakcie.
