I to jest właśnie coś o czym myślę od jakiegoś czasu w tej rozmowie - ten podział magia kontra medycyna jest bardzo współczesny. Historycznie znachor był jednocześnie zielarzem, psychiatrą i kimś kto odprawiał rytuały. Nie było schizofrenii między tymi rolami. My ją wytwarzamy.
I tu jest coś co Malgosia chyba dotknęła na początku tego wątku, tylko inaczej - pytanie nie brzmi 'czy dawniej było lepiej' tylko 'co zrobić z kimś bliskim kto dziś rezygnuje z lekarza na rzecz zaklęć'. Historia nie pomaga w tym konkretnym przypadku.
Malgosia, to zdanie 'wiem co jest dla mnie dobre' to jest ściana. Ja słyszałam identyczne u mojej koleżanki. I nie wiem czy da się przez to przejść bez konfliktu. Pytam szczerze bo naprawdę nie znalazłam odpowiedzi.
to że powiedziała 'wiem co jest dla mnie dobre' to nie koniec rozmowy, to jej forma obrony. Ale nie możesz tej obrony forsować. Czy w tej rozmowie dałaś jej do zrozumienia że się boisz? Nie o to że ona się myli - tylko że ty się boisz? Bo to jest inna pozycja niż przekonywanie.
To co Wieszczbiarz pisze ma sens ale jest też ryzykowne - kiedy mówisz 'boję się o ciebie' to część osób słyszy 'nie wierzę w to co robisz' i zamyka się jeszcze bardziej. Malgosia, jak wasza relacja wygląda na co dzień, czy ona w ogóle pyta cię o zdanie w innych sprawach?
Ten 'przełącznik' który opisujesz Malgosia to jest coś co zauważam też u siebie kiedy ktoś kwestionuje praktyki które dla mnie są ważne. Nawet jeśli argument jest logiczny, to działa jak atak na coś głębszego. Nie na pogląd, tylko na tożsamość. I wtedy nie słucham argumentów, słucham tonu.
no właśnie i jak w takim razie w ogóle mozna pomóc? bo jak nie możesz mówić o bólu, nie możesz mówić że się boisz, nie możesz kwestionować - to co zostaje? siedzieć i patrzeć?
Skoro nie jest to nagłe, to jest okno. I tu wracam do Lucii i wątku runów bo to jest właściwie pytanie o integrację - czy istnieje w jakiejś tradycji taki sposób pracy gdzie rytuał i diagnoza medyczna są dosłownie zaplanowane razem? Bo w seiðr i w niektórych neopogańskich podejściach do galdr mówi się o tym wprost.
Dobrze, więc jeśli nawet w źródłach historycznych magia i fizyczne leczenie szły razem - to skąd się bierze przekonanie że nie powinny? Kto to wymyślił i kiedy? Pytam serio, bo to mnie teraz bardziej ciekawi niż sama magia lecznicza.
No dobra, ale to co Ravenna napisała to jest chyba najciekawszy trop w całym wątku. Że magia zaczęła definiować się przez opozycję do medycyny dopiero w XIX wieku, przy okazji wzrostu autorytetu nauki. Bo jeśli tak, to znaczy że to sztuczna granica, nie jakaś naturalna. I może właśnie dlatego siostra Malgosi tak reaguje - bo gdzieś głęboko czuje że musi bronić terytorium, które ktoś kiedyś wyznaczył jako 'albo-albo'?
Właśnie mam pytanie do Ravenny albo Seida - bo jeśli ta opozycja między magią a medycyną jest kulturowo nabyta, a nie wynika z samej istoty praktyki, to czy są tradycje gdzie ta granica nigdy nie powstała? Nie historycznie, bo już wiemy że były, ale żywe, dzisiejsze? Bo to mogłoby być jakiś argument w rozmowie z osobą która jest w tej bańce 'albo-albo'.
Dopowiem do Seida - jest też tradycja curanderismo w Ameryce Łacińskiej, gdzie curandero działa równolegle z lekarzem i nikt się tam szczególnie nie zastanawia czy to sprzeczność. Rolą rytuału jest praca z tym czego medycyna nie dotyka - lękiem, sensem choroby, relacją z ciałem. Fizyczne leczenie jest gdzie indziej. To podejście jest tak głęboko wbudowane w praktykę że rozdzielanie tych dwóch rzeczy byłoby po prostu niezrozumiałe dla praktykującego curandero.
Okej, ale to wszystko jest trochę odległe od tego co Malgosia ma u siebie w domu. Mam podobny problem z koleżanką i szczerze mówiąc informacja o curanderismo mi nie pomoże. Pytam z czystej bezsilności - czy ktokolwiek z was miał taką sytuację że ktoś bliski naprawdę zmienił podejście? Nie pod wpływem wykładu, tylko jakoś inaczej?
Halineczka, to jest coś co mi nie przyszło do głowy. Serio. Że można zadziałać nie przez siostrę, tylko przez siebie. Nie wiem czy u nas zadziałałoby tak samo, ale coś w tym jest. Ona nie musi widzieć że ją przekonuję, musi widzieć że ja coś robię.
ale serio da się to zaplanować? bo to brmi trochę jak manipulacja nie? że udajesz że idziesz do lekarza żeby ona poszła? przepraszam za pytanie ale nie rozumiem granicy
Mam wrażenie że ta rozmowa trochę odpłynęła od sedanu i chcę wrócić do czegoś konkretnego. Bo tytuł wątku brzmi 'czy magią można się leczyć bez lekarza' i ja przez ostatnie kilkanaście postów nie widzę żeby ktoś odpowiedział wprost. Więc zapytam wprost - ktoś tutaj uważa że tak?
Ja uważam że to zależy czego dotyczy. Przy dolegliwościach energetycznych, przeciążeniu, problemach ze snem, stanach lękowych - praca rytualna może działać samodzielnie bo tam nie ma nic do zdiagnozowania. Przy fizycznych objawach somatycznych - nie, tu magia jest uzupełnieniem, nie zastępstwem. I myślę że większość rozsądnych praktykujących się z tym zgadza.
U mnie tak, tak to wygląda w praktyce. Mam zasadę którą wyrobił mi jeden doświadczony praktyk którego znam - żadna praca rytualna na ciele zanim nie wiem co jest z ciałem. To nie znaczy że czekam na diagnozę z założonymi rękami, rytuały robie równolegle - ale nie zamiast. Tyle że to moje podejście i nie każdy tak pracuje.
Wieszczbiarz, a czy ta zasada gdzieś pochodzi, z jakiejś tradycji? Czy to raczej coś co wypracowałeś sam? Bo ja czytałam ostatnio o galdr i tam jak już wspominałam wygląda że zawsze była jakaś fizyczna interwencja, ale nie wiem czy to regóła czy przypadek tekstów które akurat przetrwały.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam jedno pytanie które mnie ciągnie - czy ktoś z was rozmawiał kiedyś z kimś bliskim o magii leczniczej i ta rozmowa poszła dobrze? Nie generalnie, konkretnie. Bo tu jest dużo teorii i historii, a mnie ciekawi czy to w ogóle da się przeżyć bez awantury.
Nebularia, ja nie mam jeszcze odpowiedzi na to pytanie w swoim przypadku. Ale to co zrobiłam od kiedy piszę na tym wątku, to przestałam poruszać ten temat bezpośrednio. Rozmawiamy o innych rzeczach. Czekam. Nie wiem czy to strategia czy uciekanie, sama nie wiem jak to nazwać.
To co Ravenna powiedziała wcześniej jest jednak odpowiedzią, tylko nie taką jakiej szukamy. Bo myślę że my chcemy jakiegoś algorytmu - 'jeśli X to Y' - a tego tu nie ma i nie będzie. Mnie bardziej zastanawia co znaczy że coś 'nadaje się' do pracy rytualnej. Elwirka, ty wspominałaś o tym wcześniej - jak ty to oceniasz u siebie?
Elwirka powiedziała coś ważnego i chcę do tego dodać - ta kolejność pytań ma znaczenie. Jak zaczynam od 'co to jest' to często okazuje się że to nie jest to co myślałem. Miałem przez długi czas nawracające bóle głowy, myślałem że to coś fizycznego, potem że napięciowe, a jak naprawdę usiadłem z tym to wyszło że za każdym razem pojawiało się przy kontakcie z jedną konkretną osobą. Nie było potrzeby diagnozować czakr, wystarczyło zauważyć.
ale jak 'usiadłeś z tym' to co konkretnie robiłeś? bo mi się wydaje że jak mam jakiś problem to siedzenie z nim nic nie zmieni, tylko się bardziej nakrecę, sorry za literówke
Mam pytanie trochę z boku - czy ktoś z was pracował z galdr albo w ogóle z dźwiękiem w kontekście zdrowia? Bo czytam różne rzeczy i widzę że w niektórych opisach nordyjskich praktyk śpiew towarzyszył dosłownie przy rodzeniu dzieci i przy umieraniu, nie tylko przy chorobie. Ciekawi mnie czy ktoś to stosuje i czy to się w ogóle daje przenieść na dzisiaj, bo materiałów po polsku prawie nie ma
Przepraszam że wchodzę z czymś mniej teoretycznym, ale ta rozmowa o galdr i ciągłości tradycji jest dla mnie za daleko od tego co mnie tu w ogóle przyciągnęło. Malgosia pisała o siostrze, ja mam podobny problem z mamą. I przez ostatnie kilkadziesiąt postów nic się z tym tematem nie wydarzyło. Czy ktoś ma jakieś doświadczenie z tym że praca rytualna pomogła tobie poradzić sobie z bezsilnością wobec kogoś bliskiego - nie żeby zmienić tę osobę, tylko żebyś ty mogła jakoś oddychać?
Właśnie o to mi chodziło. I dodam jeszcze jedno - jest różnica między pracą żeby ktoś wyzdrowiał a pracą żeby ty mogła być przy kimś chorym. To drugie jest według mnie niedoceniane i w tradycjach które znam pojawia się rzadziej, a jest chyba trudniejsze. Łatwiej zrobić rytuał za kogoś niż rytuał żeby samej mieć z czego dawać.
