Pracuję w open space, biurko jak każde inne, komputer służbowy, kamera nad głową i koleżanka która wszystko widzi. I próbuję ogarnąć jak w takich warunkach w ogóle cokolwiek robić magicznie, bo mam wrażenie że ostatnio całkowicie to odpuściłam przez te korporacyjne warunki. Zaczęło się od tego, że zauważyłam pewne powtarzające się rzeczy - konkretne godziny na zegarku, te same numery w mailach, pewne słowa które pojawiały się w rozmowach dokładnie kiedy o czymś myślałam. I zaczęłam się zastanawiać czy to nie jest właśnie ta przestrzeń do pracy, tylko zupełnie inna niż ta domowa przy świeczkach. Macie jakieś doświadczenia z tym? Jak wy to ogarniacacie w pracy, jeśli w ogóle?
To co opisujesz z tymi powtarzającymi się liczbami - to nie jest przypadkowe, ale trzeba uważać żeby nie wpadać w pułapkę szukania wzorców tam gdzie ich nie ma. Synchronizmy mają to do siebie, że działają wtedy kiedy jesteś uważna, a nie kiedy aktywnie ich szukasz. To jest paradoks. W środowisku biurowym jest wręcz dużo materiału do obserwacji - przepływ informacji, decyzje, spotkania. Pytanie tylko co chcesz z tym robić, bo to jest różnica między bierną obserwacją a pracą.
Ja bym powiedział że korporacja to jedno z najlepszych miejsc do magii, właśnie dlatego że jest tyle energii ludzkiej w jednym miejscu. Te wszystkie napięcia, rywalizacje, lęki - to jest materiał. Sam przez chwilę robiłem coś w rodzaju rytuałów przed ważnymi spotkaniami, nic skomplikowanego, bardziej takie ustawianie intencji. Nie wiem czy działało na poziomie magicznym czy po prostu się lepiej skupiałem, ale efekty były.
Ja prowadzę notatki z synchronizmów od dłuższego czasu i to co zaobserwowałam to pewne okresy zagęszczenia i okresy ciszy. W pracy mam tabelkę - nie żartuję, zwykły plik tekstowy - gdzie zapisuję datę, co się wydarzyło i jaki był kontekst. Po kilku miesiącach zaczęłam widzieć wzorzec, że to zagęszczenie pojawia się przy pewnych typach napięcia albo przed ważnymi momentami. Ale Kunisia97 - ty mówisz o obecnej sytuacji, tak? Że teraz to odpuściłaś przez warunki?
Mam aplikację do notatek w telefonie, wchodzi pod pozorem normalnego użycia telefonu. Piszę skrótowo, dwie-trzy słowa, rozwijam wieczorem. Ale wiesz, zapis to połowa - ważniejsze jest to żeby w ogóle złapać ten moment, a nie żeby go od razu analizować. Tę umiejętność wyrabiam od dawna i myślę że to się wprost przekłada na skuteczność całej reszty pracy.
Czytam ten wątek i zastanawiam się nad czymś - czy synchronizmy w miejscu pracy nie są jakoś zaburzone przez to, że w biurze jesteś w innym stanie umysłu? W domu możesz wejść w jakiś spokojniejszy tryb, a tu ciągłe maile, deadliny. Nie wiem czy to nie tłumi tej uważności.
A kamienie? Nikt nie wspomniał o kamieniach. Ja mam labradoryt w kieszeni od miesięcy i w pracy czuję się zupełnie inaczej niż bez niego. To też jest forma pracy magicznej, nie wymaga żadnego przygotowania ani widoczności. I synchronizmy mi się wtedy bardziej kleją, serio.
Kamienie to jedna opcja, ale mnie bardziej interesuje praca ze świadomością w tym środowisku, nie z przedmiotami. Bo kamień mogę mieć w kieszeni, ale i tak działam automatycznie przez osiem godzin. To bardziej problem z uwagą niż z brakiem amuletu.
To jest sedno tego tematu tak naprawdę. Magia w korporacji to przede wszystkim kwestia podtrzymania pewnego trybu percepcji w warunkach które temu nie sprzyjają. Czy jest jakaś praktyka którą dałoby się wbudować w sam rytm dnia roboczego, bez żadnych zewnętrznych obiektów? Pytam bo znam kilka podejść, ale ciekawi mnie co inni próbowali.
Wchodzę z boku bo mnie interesuje ten konkretny fragment z tabelką od Petronelka_54. Mówisz że po kilku miesiącach widziałaś wzorzec przy pewnych typach napięcia - jak to klasyfikowałaś? Napięcie zawodowe, relacyjne, coś innego? I czy wzorzec się potwierdzał kiedy sprawdzałaś wstecz, czy raczej dopasowywałaś post factum?
Przepraszam że wchodzę tak późno w temat, czytałam od początku. Mam pytanie trochę z innej strony - czy synchronizmy można jakoś wywołać albo zaprosić? Czy to zawsze jest coś co przychodzi samo, bez wpływu?
Wracając do pytania Wiechlinki - w mojej tabelce zauważyłam coś co może być odpowiedzią. W okresach gdy intencjonalnie zapisywałam więcej, synchronizmów w notatkach też było więcej, ale nie liniowo. Jakby do pewnego progu uważność naprawdę coś otwierała, a potem plateau. Więc może nie chodzi o to żeby maksymalizować obserwację, tylko żeby utrzymać minimalny poziom otwartości?
Słucham tego i zastanawiam się - czy nie jest tak, że samo prowadzenie takiej tabelki już zmienia twoje zachowanie w pracy? Zaczynasz zwracać uwagę na inne rzeczy, inaczej reagujesz na maile czy rozmowy. I potem synchronizmy 'się dzieją', bo po prostu działasz trochę inaczej.
Mnie ten wątek z obserwatorem interesuje inaczej. Przez jakiś czas próbowałam robić coś podobnego do tabelki i rzuciłam po kilku tygodniach, bo czułam że zaczynam fabrykować połączenia których wcześniej bym nie widziała. Jakby samo szukanie wzorców wymuszało ich znajdowanie. Czy to komuś znajome?
Mnie to spotykało kiedy zaczęłam nosić labradoryt. Na początku każda zbieżność wydawała mi się znacząca, potem trochę ostygłam i wybrałam tylko te które miały jakiś konkretny kontekst. Ale nadal nie wiem gdzie jest ta granica między nadinterpretacją a prawdziwym sygnałem.
Ja mam podobne kryterium co Serpentynka, ale moje jest trochę inne - sprawdzam czy synchronizm powtórzył się w podobnym kontekście. Raz to zbieżność, dwa razy zaczynam notować, trzy razy to już coś do przemyślenia. W biurze mam takie jedno - konkretna osoba pojawia mi się w głowie i w ciągu godziny zazwyczaj coś z nią się dzieje, mail albo spotkanie. To się powtarza na tyle regularnie że przestałem to tłumaczyć przypadkiem.
To jest akurat coś co mogę sprawdzić w warunkach biurowych bez żadnych zewnętrznych przygotowań. Formuła w głowie, obserwacja przez kilka godzin, wieczorem sprawdzam notatki. Właśnie o taki rodzaj praktyki mi chodziło na początku tego wątku - coś co jest możliwe nawet przy otwartym planie biurowym i dziesięciu osobach wokół.
Ale tu jest właśnie to o czym mówiłem wcześniej - jeśli coś nie poddaje się weryfikacji, to jak w ogóle pracować z tym magicznie, a nie tylko psychologicznie? Bo efekty mogą być identyczne, ale coś jest chyba różnicą między 'uważam na znaki bo wierzę że coś je wysyła' a 'uważam na znaki bo to mi pomaga skupiać uwagę'. Kunisia97, ty zaczęłaś ten wątek, masz jakiś pogląd na to?
Szczerze - nie wiem czy ta różnica ma dla mnie praktyczne znaczenie. Zaczęłam ten temat żeby dowiedzieć się jak działać magicznie w środowisku gdzie nie możesz się z niczym ujawnić, i chyba właśnie dlatego synchronizmy mnie ciągną, bo są wewnętrzne. Ale to pytanie Jacentego mnie gryzie. Może ktoś ma na to konkretniejszą odpowiedź?
Dla mnie ta różnica nie jest akademicka. Jak pracujesz magicznie zakładasz że jest coś co odpowiada, coś co wysyła. Jak pracujesz uwagą zakładasz że jesteś sama w tej układance. To zmienia całą relację z praktyką. Nie mówię które jest prawdziwe, mówię że to nie jest to samo doświadczenie i mieszanie tych dwóch podejść w jednym zdaniu prowadzi do zamieszania.
To brzmi jak coś co psychologia poznawcza nazwałaby ramą interpretacyjną, prawda? Nie zarzucam że to nie działa, tylko pytam czy jest jakaś wartość dodana z tego że to jest runa, a nie na przykład losowe słowo dnia albo karta z inspirującą sentencją.
Słucham tej rozmowy i mam głupie pytanie - czy ktoś z was ma konkretny przykład kiedy ta 'magia biurowa' zmieniła jakiś realny wynik? Kontrakt, projekt, relacja z kimś trudnym. Bo do tej pory mówimy o tym jak to przeżywacie wewnętrznie, ale nie wiem czy jest coś więcej.
Ja mam pytanie do całej tej dyskusji, bo siedzę i czytam od dłuższego czasu. Czy ktoś próbował robić coś z intencją ochrony miejsca pracy, a nie tylko synchronizmów i interpretacji? Bo o tym prawie nie było mowy, a biuro jako środowisko ma też sporo toksycznych dynamik których synchronizmy chyba nie rozwiążą.
O, to jest kierunek który mi umknął a wydaje się ważny. Ochrona w sensie energetycznym w biurze to osobna układanka, bo masz mało kontroli nad przestrzenią. Nie możesz postawić świecy ani cokolwiek spalić. Co robicie w takich sytuacjach?
Ochrona bez przedmiotów to dla mnie głównie bariera mentalna. Dosłownie - wyobraź sobie granicę przed wejściem do biura, coś co piszesz w swojej głowie zanim wejdziesz przez drzwi. Nie musi być skomplikowane. Jeden znajomy który pracuje w bardzo trudnym środowisku korporacyjnym mówił że to jest dla niego jak zamknięcie drzwi między tym co jego, a tym co firmy.
To dobre pytanie bo bariera przy wejściu to jedno, a spotkanie twarzą w twarz to zupełnie inna sytuacja. Ja w takich momentach robiłem coś co można nazwać uziemieniem się przed wejściem na spotkanie - kilka sekund skupienia, krótkie wyobrażenie że moje pole jest gęste i zamknięte. Nie wiem czy to 'działa' w sensie energetycznym, ale zdecydowanie zmieniało moje zachowanie podczas spotkania. Byłem mniej reaktywny.
A nie prościej po prostu mieć kamień w kieszeni? Obsydian albo czarny turmalin, wiadomo że chronią. Nie rozumiem po co tyle zachodu z gestami i mentalnym ładowaniem skoro masz coś co działa samo.
