Mam wrażenie że w tym wątku trochę mieszamy dwa różne przekazywania. Jedno to tłumaczenie komuś czym jest praktyka magiczna w ogóle. Drugie to dzielenie się własnym podejściem, tym co osobiście z niej wynoszę. I te dwie rzeczy wymagają zupełnie innych rozmów.
I tu znów wracamy do tego co Chryzoberyl mówiła wcześniej - że pytanie 'po co ci to' jest inne niż 'co to robi'. Ale jest jeszcze trzecia wersja - 'jak to jest dla ciebie' - i to już jest zaproszenie do tej drugiej rozmowy, tej o doświadczeniu. Tylko że ludzie rzadko tak pytają, szczególnie na początku.
Czy w ogóle ktoś był w sytuacji gdzie bliska osoba zapytała właśnie w ten trzeci sposób, od razu? Bez wcześniejszego dochodzenia do tego przez pytania o mechanizm czy sens?
Raz mi się to zdarzyło i byłam kompletnie nieprzygotowana, bo spodziewałam się że dostanę najpierw te pytania o logikę i będę się musiała tłumaczyć. A tu od razu dostałam pytanie o to jak się przy tym czuję i przez chwilę nie wiedziałam co powiedzieć. To był mój brat, co chyba nie jest przypadkiem.
To jest piękne i trochę smutne jednocześnie. Że byłaś nieprzygotowana na otwartość. Jakbyś oczekiwała konfliktu i dostałaś coś innego.
A może to nie smutne tylko ludzkie. Bo my tez robimy takie założenia przed rozmową - kalibrujemy się na trudność, na obronę. I jak obrony nie ma, to przez chwilę nie wiadomo co ze sobą zrobić. Mnie się to zdarzało nie tylko przy rozmowach o praktyce.
I wracając do tytułu wątku - to może być wskazówka dla tej osoby która chce coś przekazać. Zamiast czekać na pytanie i reagować na jego formę, można samemu zmienić ton na początku. Zamiast tłumaczyć, powiedzieć po prostu jak się z tym czujesz. Może to odciąża całą resztę.
A może właśnie o to chodzi - żeby nie było równowagi na starcie. Żebyś ty najpierw coś dała, bez oczekiwania że ona odpowie tym samym. Jak zaczynasz od tłumaczenia mechanizmów, to implicite prosisz o ocenę. Jak zaczynasz od doświadczenia, to zapraszasz do słuchania.
I chyba właśnie to jest sedno - skąd wiadomo kiedy ta granica jest blisko. Przy obcej osobie mam jakiś instynkt, czuję kiedy zaczyna się niekomfortowo wiercić. Przy bliskiej nie zawsze.
Bo bliska osoba często nie da po sobie poznać że ma dość, zeby cię nie urazić. I tu wraca ten problem relacji jako stawki. Obca osoba wyjdzie po prostu z pokoju albo zmieni temat bez owijania w bawełnę.
Ale to znaczy że przy bliskich musimy bardziej samodzielnie pilnować tej granicy, bo oni nam sami nie powiedzą. To brzmi wyczerpująco.
Brzmi wyczerpująco, ale z doświadczenia powiem że to się normalnie rozkłada - jak relacja jest naprawdę dobra, to ta osoba jednak w końcu mówi. Może nie wprost, ale mówi. Problem jest kiedy relacja jest dobra na powierzchni, a nie ma w niej przestrzeni na takie rzeczy.
Ale czy on musi przyjść? Mam sporo rozmów z bliską osobą gdzie ona opowiada mi o swoich sprawach z pracy, a ja nie mam analogicznych - i jakoś to nie jest problem. Może to po prostu wymaga zaakceptowania że nie każda wymiana musi być symetryczna.
Różnica jest chyba taka że sprawy z pracy są bardziej neutralne. Jak komuś opowiadasz o magii, to gdzieś w środku czekasz nie tylko na zrozumienie, ale też na jakiś sygnał że to okej - że ona cię z tym akceptuje. I to jest inne oczekiwanie niż przy rozmowie o tym co się zdarzyło w biurze.
Dokładnie i to jest chyba najuczciwsza odpowiedź na pytanie z tytułu. Jak uczyć nie narzucając - najpierw sprawdzić u siebie czy w ogóle chcesz uczyć, czy chcesz być zaakceptowana. Bo to są dwie różne rozmowy i wymagają zupełnie innego podejścia do drugiej osoby.
