Mnie zastanawia coś innego. Jeśli zegarek nie był nakręcany i stanął, to jego 'zatrzymanie' nie jest sygnałem, tylko skutkiem zaniedbania. Ale zaniedbanie też może być sygnałem, nie? Kajus go schował, bo nie umiał patrzeć. Więc czy pytanie nie powinno brzmieć raczej: co się stało z Kajem przez te kilka miesięcy, nie z zegarkiem?
Tu wchodzi pytanie o to, jak w ogóle rozumiemy 'sygnał'. Czy sygnałem jest tylko to, co pojawia się bez naszego udziału? Bo jeśli tak, to zegarek Kajusa stanął z jego przyczyny i trudno traktować to jako komunikat z zewnątrz. Ale z drugiej strony, decyzja o schowaniu zegarka też nie była przypadkowa, wynikała z żałoby. Więc cały łańcuch jest spójny, nawet jeśli mechanicznie wyjaśnialny.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może z innej beczki, ale wydaje mi się powiązane. Czy przy pracy z zegarkiem, który ma taką historię, zapach, o którym wcześniej mówiliśmy, powinien być w ogóle taki sam jak przy 'zwykłym' programowaniu przedmiotu? Bo mi się wydaje, że mirra albo cedr to jedno, ale przy rzeczy z tak silnym ładunkiem żałoby może to byc coś innego?
Właśnie to mnie zatrzymuje. Nie wiem jeszcze, czym ten zegarek ma być dla mnie dalej. Relikwią czy przedmiotem do użytku. I chyba dlatego nie zrobiłem z nim nic od kilku miesięcy, bo odpowiedź na to pytanie musiałaby przyjść pierwsza.
A czy to musi być jedno albo drugie? Pytam serio, bo nie rozumiem, dlaczego relikwia nie może chodzić. Mam po babci różaniec, który używam, i nie traktuję tego jak degradację jego statusu.
Ale zegarek to nie ikona. Ikona ma jasno określoną funkcję sakralną, a zegarek jest przedmiotem codziennym, który zyskał znaczenie przez historię właściciela. Czy to nie jest tak, że sami musimy zadecydować, jaką funkcję mu przypisujemy, bo żadna tradycja nie zrobi tego za nas?
A co z moją miską, wracając do początku? Pęknięcie sklejone kintsugi, rozmawialiśmy o tym, że złote linie stają się częścią historii. Ale słucham o tym zegarku i myślę, że tam jest inaczej, bo naprawa mechaniczna jest niewidoczna. Zegarmistrz go naprawi i będzie wyglądał jak nowy. Czy to nie jest problem, że ta naprawa jest 'ukryta'?
Niekoniecznie widoczność. W numerologii patrzymy na to, co jest zakodowane w liczbach, czyli coś, czego też nie widać gołym okiem, a mimo to ma wpływ na to, jak pracujemy z danym elementem. Naprawa mechanizmu jest zdarzeniem w historii zegarka, nawet jeśli jej nie widać. Pytanie, czy Kajus będzie o niej wiedział i co z tą wiedzą zrobi.
Właśnie to mnie zatrzymuje przy tym pytaniu Anastazego. Czy to są dwie odrębne naprawy, czy jedna? Bo ja intuicyjnie czuję, że jak zaniosę zegarek do zegarmistrza i mechanizm zacznie chodzić, to coś się zamknie. Jakiś rozdział. Ale nie wiem, czy to zamknięcie jest magiczne, czy po prostu psychologiczne. I nie mam pewności, czy te dwa określenia w ogóle coś między sobą rozróżniają.
Ale czy to rozróżnienie jest potrzebne? Pytam, bo mam wrażenie, że w tej rozmowie kilka razy wracamy do tego samego miejsca, gdzie ktoś mówi 'to może być psychologia' i dyskusja jakby traci impet. A może te dwa poziomy po prostu działają razem i szukanie, który jest 'prawdziwy', to trochę ślepa uliczka?
No właśnie, i tu wracamy do sedna tematu, bo od początku rozmawiamy o przedmiotach zepsutych, ale chyba nie uzgodniliśmy, co to znaczy 'naprawiony'. Zegarek chodzący mechanicznie, ale noszony z ciężarem, to naprawiony przedmiot czy nie?
Nigdy nie myślałam o zapachach jako o znacznikach momentu, ale to ma sens. Że nie sam zapach jest ważny, tylko to, kiedy go wprowadzasz do pracy z przedmiotem. Czy Welaa próbowała tego kiedyś w praktyce, czy to bardziej teoria?
Słucham tego i zastanawiam się, czy moja misa po kintsugi potrzebowałaby czegoś takiego. Złote linie są widoczne, ale to nie znaczy, że ja emocjonalnie 'przeprowadziłam' tę zmianę. Może zrobiłam kintsugi fizycznie i uznałam, że to wystarczy?
Szczerze? Zależy od dnia. Czasem misa to po prostu misa. A czasem patrzę na te złote linie i coś mnie zatrzymuje. Nie wiem, czy to znaczy, że praca z nią jest niedokończona, czy po prostu taka jest natura rzeczy z historią.
I to jest właśnie ta odpowiedź, której szuka Kajus, tylko przy zegarku. Że może nie ma stanu 'w pełni naprawiony', jest tylko stopień, w którym przedmiot jest zintegrowany z aktualnym życiem właściciela. I ten stopień się zmienia.
To dziwnie przynosi ulgę, co mówi Anastazy. Że nie muszę dojść do jakiegoś finalnego stanu, gdzie zegarek jest albo relikwią, albo przedmiotem codziennym, albo energetycznie oczyszczony. Że to może być płynne. Chociaż jednocześnie nie wiem, czy to nie jest wygodne racjonalizowanie braku decyzji z mojej strony.
A co złego w braku decyzji, jeśli przedmiot czeka spokojnie w szufladzie? On nigdzie nie ucieka. Może po prostu jeszcze nie jest moment, żeby cokolwiek z nim robić, i tyle.
Właśnie, skąd Kajus ma wiedzieć, po czym rozpoznać, które to? Pytam serio, bo sama mam kilka przedmiotów, o których nie podjęłam decyzji, i teraz się zastanawiam, do której kategorii należą.
Myślę, że po tym, czy myśl o nim wywołuje coś w środku. Zegarek wywołuje. Jeszcze. To chyba znaczy, że sprawa nie jest zamknięta i leżenie w szufladzie nie jest tu neutralne.
I to jest chyba najuczciwszy punkt wyjścia w całej tej rozmowie. Nie praca z zepsutym przedmiotem od razu przez rytuał albo zegarmistrza, tylko najpierw ustalenie, jaka relacja z nim w ogóle teraz istnieje. Bo naprawa, czy magiczna, czy mechaniczna, zakłada, że wiemy, co naprawiamy. A Kajus dopiero to odkrywa.
