Ostatnio przyłapałam się na tym, że siedzę przy ołtarzyku i po prostu... nic mi się nie chce. Świeczka stoi, zioła leżą, a ja gapiłam się w ścianę z poczuciem winy, że nie robię nic 'produktywnego' magicznie. I zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogóle jest OK? Czy przerwy w praktyce to coś normalnego, czy może to znak, że coś idzie nie tak? Bo z jednej strony rozumiem, że nie każdy dzień jest dobry na rytuał, ale z drugiej czytałam różne podejścia i część osób twierdzi, że regularność to podstawa. No i mam teraz w głowie mętlik. Czy wy w ogóle bierzecie pauzy i jak sobie to tłumaczycie?
To jest temat, który wraca co jakiś czas i dobrze, że się pojawił. Nordycka tradycja runicznych praktyk, na którą się powołuję najczęściej, w ogóle nie zakłada codziennej, niezmiennej rutyny rytualnej. Są okresy intensywnej pracy i okresy tzw. 'dvala' - czegoś w rodzaju uśpionego stanu między cyklami. Celowo nie piszę, że to coś 'ważnego', bo to zwykłe oddychanie systemu. Praktyka bez przerw traci na głębi, bo nie dajesz sobie czasu na integrację tego, co zrobiłaś. Poczucie winy przy odstawieniu rytuałów to moim zdaniem jeden z bardziej powszechnych i jednocześnie bezsensownych stanów, jakie fundujemy sobie sami w tej robocie.
No ale jak to rozróżnić - że to 'dvala' albo normalna pauza - a nie zwykłe lenistwo albo ucieczka od czegoś trudnego? Bo ja sam miałem okresy, kiedy odstawiłam praktykę i myślałem, że to naturalne przesilenie, a potem się okazało, że uciekałem od konkretnego tematu, który mi wychodził przy pracy. I do dziś nie wiem, czy pauzowanie w tym przypadku mi pomogło, czy tylko oddaliło konfrontację.
Nie wiem po co tu cytować jakieś badania psychologiczne, bo magia to nie jest psychologia. Mamy rytmy księżycowe, mamy pory roku, mamy energie planetarne i to one wyznaczają kiedy powinniśmy pracować a kiedy odpoczywać. Jak jesteś w bliźniętach na Merkurym retrograde to nic dziwnego że nie masz siły na rytuały bo transmisja jest zaburzona. To nie ma nic wspólnego z żadnymi badaniami.
A jnie chodzi o to ze ciało też potrzeuje odopoczynku? Bo jak ćwiczę sport i mam przetrenowanie to trener mi mówi żeby odpocząć a nie na siłę ciągnąc. Moze tu jest to samo? Pytam bo nie rozumiem czy magia to cos takiego ze moze sie przetrenować 🙂
Moim zdaniem zbyt dużo tu filozofowania. Jeśli ktoś nie chce robić rytuału, to po prostu go nie robi i koniec. Żadna pauzaa ani dvala. Magia albo jest w stylu życia, albo jej nie ma. Przerwy w praktyce to zwykła niekonysekwencja i tyle.
Mogę dodać z własnego doświadczenia - praktykowałam kiedyś bez żadnych przerw przez kilka miesięcy, bo byłam przekonana że 'prawdziwa' praca wymaga ciągłości. Efekt był taki, że rytuały zaczęły wyglądać coraz bardziej jak odzwyczajenie, machanie rękami nad świeczkami. Nic tam nie było żywego. I paradoksalnie dopiero kiedy wzięłam kilka tygodni przerwy i wróciłam, poczułam że coś się ruszyło. Teraz celowo buduję okresy wycofania, jakby to była część cyklu.
A jak wy odróżniacie taką naturalną przerwę od zwykłego odkładania na później? Bo mnie to dotyczy - dużo obserwuję, ale się boję że moje 'przerwy' to po prostu odkładanie i że w ogóle nie zaczynam naprawdę.
Fortune faktycznie o tym pisał, ale warto uważać na kontekst - u niego to dotyczyło głównie pracy grupowej, hermetycznych zakonów, gdzie rytmy były synchronizowane z pracą całej loży, nie z indywidualną codziennością. Żeby nie rozciągać za bardzo jego obserwacji na osobistą praktykę solową, bo to jest trochę inne środowisko. Chociaż analogia jest sensowna - natura przypływu i odpływu jako metafora to coś, co pojawia się w wielu tekstach, od Agrippy wzwyż. Tylko że każdy z nich miał inny system, do którego to przypisywał.
Mnie bardziej interesuje to praktyczne - okej, biorę pauze, ale co wtedy z rzeczami które mam w toku? Np jak coś zaczęłam - pracę z konkretnym intencją przez kilka tygodni - i nagle mi odpada energia i nie mam sił kontynuować. Czy przerywam i ryzyukję że to 'wygaśnie', czy ciągnę na siłę? Bo nigdzie nie mogłam znaleźć sensownej odpowiedzi na to.
Czytam tę całą dyskusję i mam wrażenie, że nikt nie mówi o jednej rzeczy - o strachu. Mnie nie chodzi o to czy przerwa 'technicznie' szkodzi intencji. Bardziej boję się, że jak zacznę brać przerwy, to po prostu przestanę wracać. Że to będzie wymówka. I nie wiem czy to jest mój problem osobisty czy coś, co w ogóle macie na myśli mówiąc o poczuciu winy z tytułu posta.
Mnie to w sumie przypomina coś z własnego doświadczenia. Przez długi czas myślałem, że jak nie mam ochoty na rytuał, to znaczy, że 'odpadam' od praktyki. Ale potem zacząłem zauważać, że w tych 'przerwach' dużo więcej czytałem, więcej notowałem, miałem intensywniejsze sny. Jakby energia szła gdzie indziej, nie wyparowywała. Dopiero z perspektywy widać, że to nie było porzucenie.
No ale to nadal jest kwestia energii planetarnych, które po prostu nie sprzyjają. Jak masz Saturna na ascendencie to on dosłownie blokuje inicjatywe i działanie, to jest znane w astrologii. Nie ma tu co filozofować, po prostu sprawdź swój chart i zobaczysz dlaczego nie możesz pracować. Przerwa wymuszona przez planety to nie odkładanie, to dostoswanie się do rytmu.
Właśnie na to chciałam zwrócić uwagę. Pracowałam przez chwilę z kimś, kto podchodził do magii wyłącznie przez pryzmat chartów i planet. Problem był taki, że zawsze znalazło się coś niesprzyjającego - jeśli nie Saturn, to retrograd, jeśli nie retrograd, to Wenus w złym domu. I praktyka właściwie nie istniała, bo zawsze był jakiś powód żeby czekać. To może być bardzo wygodna pułapka.
Ciekawi mnie czy ktoś z was próbował robić cokolwiek z tą przerwą intencjonalnie - czyli nie po prostu 'odpoczywam', ale świadomie powiedzieć sobie: ok, przez ten czas obserwuję co się dzieje kiedy nie robię nic aktywnie. Bo to jest właściwie odrębna praktyka. W tradycjach zen mówi się o 'shikantaza' - siedzeniu bez celu, bez oczekiwania. Nie wiem czy da się to przełożyć na pauzy w magii, ale coś w tym jest.
Przepraszam że wchodzę bo raczej czytam - ale mam pytanie, może naiwne. Skąd w ogóle pochodzi to poczucie winy przy przerwach? Bo słyszę, że dużo osób to czuje, ale nie rozumiem co je powoduje. Czy to jest coś, co ktoś wam kiedyś mówił, czy bardziej wewnętrzne?
To jest bardzo celna obserwacja. Jeśli spojrzeć na stare podręczniki ceremonialnej magii - Regardie, Fortune, Crowley nawet - tam jest bardzo dużo języka nakazowego. 'Musisz', 'nie wolno przerywać', 'wymagana jest dyscyplina'. I to wchodzi do głowy jako norma, nawet jeśli nikt ci tego bezpośrednio nie mówi. Pytanie co z tym robić kiedy to zauważysz.
Słucham tej rozmowy i myślę o tym jak runy traktują czas odpoczynku - bo tam jest to dosłownie zakodowane w systemie. Isa, runa lodu i bezruchu, nie jest uważana za wadę ani przeszkodę. Jest stanem koniecznym przed przełomem. Thurisaz wymaga okresu inkubacji zanim zadziała. To nie jest moje wymyślanie - tak to jest opisywane w źródłach runicznych, m.in. u Edred Thorssona, który podchodzi do run bardzo metodycznie. Pytam zatem - dlaczego w magii opartej na rytuale budujemy sobie narrację, że zatrzymanie jest porażką, skoro nawet w obrębie konkretnych systemów zatrzymanie jest częścią procesu? Coś się gdzieś po drodze rozszczelniło w tym przekazie.
