Ostatnio robiłem pewien rytuał na harmonię w domu, coś prostego, nic skomplikowanego, zapalona świeca, kilka symboli na papierze, intencja skupiona na spokoju między mną a żoną. I w pewnym momencie sznurek, którym obwiązałem świecę, po prostu się poplątał sam z siebie. Siedziałem, patrzyłem na ten węzeł i miałem wrażenie, że coś mi mówi 'tutaj jest problem'. Zacząłem się zastanawiać, czy to przypadek, czy przedmioty używane w magii mogą odzwierciedlać wewnętrzny stan zamieszania, z jakim przystępujemy do rytuału. Czy ktoś w ogóle obserwował coś podobnego? Że coś się plącze, coś spada, coś nie leży jak powinno, i później można to odczytać jako sygnał?
To nie jest taki rzadki temat, tylko mało kto o tym mówi wprost. W różnych tradycjach, na przykład w Hoodoo albo w niektórych nurtach słowiańskich, fizyczny stan przedmiotu podczas pracy magicznej bywa traktowany jako echo stanu wewnętrznego praktykującego. Nie chodzi o 'błąd w zaklęciu' w jakimś technicznym sensie, bardziej o to, że ciało i otoczenie reagują na napięcie, które wnosisz do rytuału. Pytanie, które mnie tu bardziej interesuje: czy ten sznurek poplątał się przed tym, jak skupiłeś intencję, czy w trakcie?
Znam to uczucie, kiedy coś fizycznego 'nie gra' w trakcie rytuału i masz wrażenie, że to nie jest przypadek. Ale zastanawiam się, czy nie wpadamy trochę w pułapkę interpretacji post hoc. Znaczy: jeśli sznurek by się nie poplątał, w ogóle byś o tym nie myślał. A jak się poplątał, to szukasz sensu. Jak to rozróżnić od zwykłego potwierdzania własnych przekonań? Serio pytam, bo sam mam z tym problem.
To jest akurat uczciwe pytanie. Ale jest w tym jakaś różnica między szukaniem znaków na siłę a faktycznym zauważaniem. Jeśli coś przykuwa uwagę w trakcie skupienia, a nie po fakcie, to jest jednak inny mechanizm. Jaroslaw75 pisze, że zauważył to na bieżąco, nie przy analizie po godzinie.
A czy to nie może być tak, że przedmioty po prostu 'przejmują' stan emocjonalny osoby, która z nimi pracuje? Rozumiem, że brzmi to jak coś oczywistego, ale mam na myśli coś konkretniejszego: że materiał, fizyczne właściwości sznurka czy świecy, reagują inaczej, kiedy człowiek jest napięty? Bo napięte ciało = napięte ruchy = sznurek się plącze bardziej. To by nie wymagało żadnej magii jako takiej.
Ja bym w takiej sytuacji od razu przerwała. Poplątanie, upadnięcie czegoś, zgaśnięcie świecy to są dla mnie zawsze sygnały, że praca nie powinna iść dalej. W snach mam podobne momenty, kiedy coś się blokuje i wiem, że nie ma sensu pchać dalej. Myślę, że to działa tak samo.
No tak, o to mi chodziło, że w obu przypadkach bardziej słuchasz niż analizujesz. We śnie nie zastanawiasz się, czy drzwi, które się nie otwierają, to znak czy przypadek, po prostu to czujesz. I w rytuałach podobnie.
Okej, ale ja się trochę gubię w tym wątku. Czy my rozmawiamy o tym, że poplątanie przedmiotu dosłownie psuje zaklęcie, czy tylko o tym, że jest sygnałem? Bo to są dwie dość różne rzeczy. Pierwsze zakładałoby, że magia działa jak mechanizm, który można uszkodzić. Drugie to tylko kwestia interpretacji stanu wewnętrznego. Jaroslaw75, który scenariusz bardziej miałeś na myśli?
Mnie interesuje jeszcze jedna rzecz w tym wszystkim. Jaroslaw75 mówi o rytuałach na harmonię rodzinną, a to jest specyficzny przypadek, bo tam intencja nie jest skierowana tylko na siebie. Jest tam ktoś drugi, żona, a ona nie jest świadoma rytuału. Czy to mogło mieć związek z poplątaniem? Jakiś wewnętrzny opór, może nieświadomy, przed ingerowaniem w sytuację kogoś innego?
To mnie trochę uspokaja, bo sam tak robię od dłuższego czasu, czyli ta pierwsza osoba, własna przestrzeń, bez żadnych intencji co do innych. Ale wrócę do meritum tego wątku, bo mam wrażenie, że trochę uciekamy od pytania o same przedmioty. Czy ktoś miał sytuację, gdzie poplątanie czy w ogóle nieporządek z przedmiotem w rytuałach pojawił się i potem jednak zdecydował się kontynuować, i co z tego wyszło?
Dziękuję, że ten wątek w ogóle się pojawił, bo właśnie próbowałem ostatnio robić coś na relacje w rodzinie i też miałem trochę 'dziwnych' momentów, choć nie taki wyraźny jak ten sznurek. U mnie to było bardziej, że świeca gasła, zapalałem od nowa, gasła znowu. Nie wiedziałem, czy to znak, czy zwykły przeciąg. Teraz po przeczytaniu tego wszystkiego zaczynam myśleć, że może jednak coś było nie tak z moją intencją, ale nie jestem pewny jak to zbadać.
Ale ile można się tak analizować przy każdym rytuałe? Bo mi się wydaje, że jak za bardzo wejdziesz w głowę i zaczniesz szukać każdego małego oporu czy sprzeczności, to w ogóle nie zrobisz nic. Jaroslaw75, czy ta zmiana intencji na 'tylko o sobie' nie sprawiła, że rytuał stracił dla Ciebie sens? Bo ja jak myślę o spokoju w domu, to siłą rzeczy myślę o dwóch osobach, nie o sobie w izolacji.
Właśnie to mnie zastanawia w pytaniu Lucynki64. Nie chodziło mi o to, żeby analizować każdy oddech w trakcie. Zmiana intencji na 'tylko o sobie' nie była żadnym filozoficznym ćwiczeniem, po prostu usiadłem, rozplątałem ten sznurek i pomyślałem: czego ja tu tak naprawdę chcę. I okazało się, że wychodzi co innego niż myślałem, że wychodzi. Może właśnie o to chodzi z tymi przedmiotami, że jak coś dosłownie się plącze, to zmuszasz się do zatrzymania, którego byś inaczej nie zrobił.
No dobra, ale to zatrzymanie to chyba nie jest specyficzne dla poplątanego sznurka. Świeca gaśnie, kamień spada, cokolwiek. Dlaczego akurat poplątanie miałoby być 'lepszym' sygnałem niż coś innego?
Właśnie, i to mi daje do myślenia. Czy ktoś próbował kiedyś celowo pracować z przedmiotem, który był już wcześniej poplątany albo w jakiś sposób 'nieporządny'? Nie jako błąd, ale jako punkt wyjścia? Zastanawiam się, czy poplątanie może być nie tylko sygnałem, ale i samą materią rytuału.
Trochę mi się tu miesza, bo teraz mam wrażenie, że mówimy o dwóch różnych rzeczach. Raz mówimy o tym, że poplątanie zakłóca rytuał, a raz że poplątanie samo w sobie może być rytuałem. Anastazja05, jak ty to rozróżniasz w praktyce? Skąd wiesz, które jest które?
Ta analogia z przemówieniem jest całkiem dobra, ale mam do niej zastrzeżenie. W przemówieniu wiemy, kiedy zaczęło się 'właściwe', bo jest jakiś punkt startowy. W rytuałach ten punkt jest znacznie bardziej płynny, przynajmniej u mnie. Kiedy ty, Jaroslaw75, uznałeś, że rytuał 'się zaczął'? Zanim poplątał się sznurek, czy po jakimś wyraźnym otwarciu?
Szczerze to nie miałem żadnego wyraźnego 'otwarcia' jako oddzielnego kroku. Zacząłem od wyraźnego powiedzenia intencji na głos, zapalenia świecy i sięgnięcia po sznurek. I właśnie przy tym sięganiu było poplątanie. Więc technicznie byłem może na granicy początku, albo tuż po niej. Nie wiem, czy to zmienia interpretację.
To jest akurat coś, co mnie bardzo interesuje w tym wątku. Czy ten moment 'przed, ale już po' ma jakąś osobną nazwę w jakiejś tradycji? Bo w tym co czytałem o rytuałach widziałem rozróżnienie na czas przygotowania i czas właściwego działania, ale co z tym chwilowym przejściem?
Raczej płynnie. Może to jest właśnie problem. Albo nie problem, ale coś, co sprawia, że trudniej ocenić, co 'liczy się' jako część rytuału, a co nie.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam jedno pytanie, które mnie nurtuje. Czy ktoś z was sprawdzał, co dzieje się z intencją, jeśli przerwiecie rytuał w połowie i zaczynacie od nowa? Chodzi mi o to, czy ta pierwsza, niedokończona intencja jakoś zostaje, czy można ją po prostu nadpisać. Bo jeśli zostaje, to poplątanie sznurka i restart mógłby mieć konsekwencje, których nie planowaliście.
Nie, nie było żadnego formalnego zamknięcia. Po prostu zdmuchnąłem świecę, rozplątałem, usiadłem i zacząłem myśleć od początku. Teraz zastanawiam się, czy powinienem był coś zrobić inaczej. Chociaż to drugie podejście poszło spokojniej, to nie znaczy, że pierwsza intencja była właściwie 'zamknięta'.
Hej, a z tej rozmowy o zamknięciu intencji mam inne pytanie. Czy mówicie o zamknięciu jako o czymś symbolicznym, powiedzeniu czegoś, wykonaniu gestu, czy chodzi o coś bardziej wewnętrznego, że po prostu przestajesz 'trzymać' tę intencję w głowie? Bo jeśli to drugie, to nie wiem, czy da się to zrobić świadomie.
Okej, ale wróćmy do tytułu tego wątku, bo mi się wydaje, że odpłynęliśmy już dość daleko. Czy poplątanie przedmiotu reprezentuje zamieszanie w zaklęciu, tak czy nie? Bo z całej tej rozmowy wynika, że to zależy od tysiąca rzeczy i nikt tak naprawdę nie wie. To jest trochę frustrujące.
Czytam to wszystko i mam jedno małe pytanie na boku. Przy runach, które ja staram się rozumieć, też czasem coś spada albo układa się 'źle'. Czy wy traktujecie to podobnie jak to poplątanie, czy runy to osobna kategoria, bo tam symbol jest z góry zdefiniowany?
Czytam to wszystko i mam jedno małe pytanie na boku. Przy runach, które ja staram się rozumieć, też czasem coś spada albo układa się 'źle'. Czy wy traktujecie to podobnie jak to poplątanie, czy runy to osobna kategoria, bo tam symbol jest z góry zdefiniowany?
Okej, ale wróćmy do meritum, bo mam wrażenie, że to pytanie o runy to już inna rozmowa. Mnie bardziej interesuje to, co Jaroslaw75 napisał wcześniej o tym, że nie miał wyraźnego momentu otwarcia. Czy to znaczy, że cały rytuał był od początku 'źle ustawiony', czy raczej że po prostu pracuje się inaczej niż w podejściach formalnych?
