Coraz częściej spotykam się z pytaniem od znajomych, którzy nie wierzą w nic "ponadnaturalnego", a jednak trafiają do mnie po tym jak coś się u nich dzieje. I teraz mam taki dylemat - czy człowiek, który nie wierzy w magię, może w ogóle się nią bronić? Bo z jednej strony słyszałem różne opinie, że intencja i wiara to fundament każdego działania magicznego. Ale z drugiej - znam przypadki, gdzie ktoś bez żadnego przekonania dostał np. amulet od babci i coś się zmieniło. Czy to placebo, czy jednak działa niezależnie od tego co myślimy? Jestem ciekaw waszych doświadczeń, bo sam nie mam pewności jak to ugryźć.
To jest jedno z tych pytań, przy których zaraz zacznie się dyskusja o tym czy wiara jest warunkiem koniecznym. Ale powiem szczerze - według mnie to zależy od tego, czym właściwie jest ta "obrona". Jeśli mówimy o ochronie przestrzeni, o fizycznym umieszczeniu czegoś - soli, czarnego turmalinu, określonego symbolu - to ta osoba nie musi wiedzieć ani wierzyć. Przedmiot robi swoje. Problem zaczyna się, gdy chcesz żeby ta osoba aktywnie uczestniczyła w rytuale. Wtedy brak intencji faktycznie blokuje przepływ.
Czytam ten wątek i właściwie mam pytanie trochę z innej strony - bo ja jestem osobą, która podchodzi do tego sceptycznie, ale jednak mnie to ciągnie żeby zrozumieć. I ta rozmowa trafia dokładnie w mój dylemat. Czy sceptyk może korzystać z magii "na próbę" nie wierząc? Albo inaczej - czy samo otwarcie się na możliwość wystarczy, czy musi być pełne przekonanie?
A ja mam głupie pytanie pewnie, ale - co to znaczy "aktywny opór"? Bo jak ktoś mówi "nie wierzę w to" to już jest ten opór, czy chodzi o coś innego? Trochę nie rozumiem tej różnicy.
Przeczytałem wszystko i mam inne skojarzenie. Pracuję trochę z medytacją i czakrami i zauważyłem, że ludzie myślący analitycznie często łatwiej wchodzą w pewne stany, bo nie blokują się wyobrażeniami o tym jak to "powinno wyglądać". Technik, programista, naukowiec - oni często lepiej skupiają się na instrukcie i wykonują go precyzyjnie. Emocje i oczekiwania to największy wróg skuteczności w medytacji. Może z magią obronną jest podobnie?
Przepraszam że się wtrącam, ale właśnie o to chciałam zapytać. Czytam i nie wiem czy dobrze rozumiem - czy chodzi o to że sceptyk może stosować rytuały magiczne i one zadziałają, czy że sama zmiana sposobu myślenia i jakieś ćwiczenia psychiczne już jest rodzajem magii? Bo to dla mnie dwie różne rzeczy.
Patrząc od strony run - a tam dość dużo czytałem - Futhark był używany przez Wikingów jako system ochrony i wróżby, i nie ma w żadnym przekazie historycznym że osoba dla której wycinano runy musiała wierzyć. To były znaki działające przez swój kształt i przez tego kto je wycinał. Raczej chodziło o wiedzę wykonawcy niż o wiarę odbiorcy.
Zazwyczaj wycinam i od razu widzę że coś się dzieje w czasie samego procesu. Nie robię osobnej aktywacji. Ale to może zależeć od materiału i od tego jak długo się nad tym siedzi. Drewno trzyma inaczej niż kamień.
Bardzo mi ten wątek otwiera oczy, bo myślałam że bez wiary to w ogóle nie ma sensu próbować czegokolwiek. A tu wychodzi że jednak nie jest tak jednoznacznie. Mam przyjaciela który jest ateistą i od kiedy wziął ode mnie jedno z moich kamieni - obsydian - mówi że czuje się spokojniej w domu. Mówiłam mu że to placebo. A może się myliłam.
To jest może trochę z boku ale - mam wrażenie że ta dyskusja dotknęła czegoś istotnego, co rzadko się mówi wprost: że magia i nauka nie mają wspólnego wroga. Analityczne myślenie nie jest przeciwieństwem magicznego działania. Może być wręcz jego wsparciem, jeśli ktoś potrafi skupić uwagę i działać precyzyjnie. I może właśnie dlatego sceptycy czasem mają lepsze efekty - bo nie czekają na cud, tylko robią.
Właściwie to co Sewer76 napisał na końcu mnie zatrzymało - że analityczne myślenie może być wsparciem dla magii, nie jej przeciwieństwem. Ale jak to miałoby wyglądać w praktyce? Bo mam wrażenie, że mówimy dużo o tym, że sceptyk może 'działać', tylko nikt jeszcze nie powiedział jak konkretnie miałby zacząć. Od czego?
Mam takie własne doświadczenie z tym. Mój znajomy zaczął od bardzo prostego ćwiczenia - wziął jeden kamień, dowolny, i przez tydzień trzymał go w kieszeni, świadomie dotykając gdy czuł napięcie. Bez żadnego rytuału, bez żadnych deklaracji. Po jakimś czasie sam powiedział, że 'to głupie, ale działa'. Nie wiem czy to magia czy nie - ale coś się zmieniło w jego nawykach.
I właśnie to jest to o czym myślałam wcześniej mówiąc o placebo. Ale czym różni się kamień od na przykład spinacza do biurka? Dlaczego nie 'działa' spinacz, a kamień owszem? Czy chodzi o to że kamień jest 'specjalny' obiektywnie, czy że my inaczej do niego podchodzimy? Bo twój znajomy dostał kamień jako kamień - nie gumkę, nie klucz do szafy.
Słucham tego i mam pytanie może głupie - ale skąd w ogóle wiemy, że kamień 'działa' inaczej niż spinacz? Czy ktoś to kiedyś porównywał? Bo jeśli nie, to może każdy przedmiot do którego jesteś przywiązany robi to samo.
Przepraszam że się wtrącę z takim prostym pytaniem, ale ta Damisch - to była psycholog czy ktoś z dziedziny ezoteryki? Bo jeśli to były normalne badania naukowe, to właściwie mamy tu potwierdzenie, że to działa, tylko nie wiemy dlaczego?
Ale czy to nie jest po prostu terapia wtedy? Medytacja, skan ciała - to robi psycholog albo trener mindfulness. Gdzie jest granica między tym a magią?
A przy okazji - wracam do tematu ochrony, bo o to przecież chodziło w tytule. Czy te same zasady działają kiedy chodzi nie o osiąganie czegoś ale o obronę? Bo mój znajomy nie pyta jak coś przyciągnąć, on pyta co zrobić żeby czuł się bezpieczniej w kontekście, który dla niego wygląda niepokojąco - i nie wie jak to nazwać.
A co konkretnie go niepokoi? Bo 'ochrona' to bardzo szeroki termin i w zależności od tego co chcesz chronić - inaczej się do tego podchodzi. Czy chodzi o coś zewnętrznego, o energię miejsca, o osobę w jego otoczeniu?
To jest opisane w psychologii jako interakcja z osobą o tendencjach do tak zwanego 'emotional vampirism' - i nie mówię tu o niczym nadprzyrodzonym. Są badania pokazujące że pewne wzorce zachowań w interakcji faktycznie obciążają układ nerwowy partnera. Z perspektywy magicznej praca z granicami - wizualizacja, przedmiot jako kotwica, świadoma intencja przed kontaktem - robi dokładnie to samo co trening granic psychologicznych, tylko innym językiem.
Dla sceptyka pracującego z tym problemem konkretnie - algiz, runa ochrony, jest jedną z tych, które historycznie wycinano jako znak ochronny bez żadnego wymogu wiary po stronie nosiciela. Sam wycinam ją na drewnie i mogę powiedzieć, że coś w tym jest - ale też rozumiem że ktoś może to traktować czysto jako symbol skupiający intencję i nic poza tym.
Ale zatrzymajmy się tutaj - bo to jest właśnie to o czym myślę od początku tej rozmowy. Ten sceptyk dotyka drewna i 'włącza spokój'. Czy to runa włącza spokój, czy dotyk drewna, czy skojarzenie z intencją, czy wszystkie trzy naraz? I czy to ważne z perspektywy praktycznej?
Myślę że to jest jedno z ważniejszych napięć w całej tej dyskusji. Tradycja magiczna mówi: symbol działa, bo jest częścią systemu znaczeń głębszego niż jednostka. Psychologia mówi: działa, bo zmienia twój stan. Obie odpowiedzi prowadzą do tego samego ćwiczenia, ale implikują coś zupełnie różnego o tym jak działa rzeczywistość. Sceptyk może wybrać drugie wyjaśnienie i nie traci niczego z praktyki.
Wracając do konkretnej sytuacji - tego znajomego Florka i tej wyczerpującej osoby. Niezależnie od mechanizmu, są trzy poziomy na których można pracować. Pierwszy: fizyczny - granice w kontakcie, skracanie spotkań. Drugi: psychologiczny - kotwica skupienia, praca z uważnością po kontakcie. Trzeci: symboliczny - amulet, runa, cokolwiek co dla niego znaczy 'moja granica'. Sceptyk nie musi wybierać tylko jednego z tych poziomów.
Może powiedzieć mu o tym badaniu Damisch? Że to jest psychologia, nie ezoteryka? Mam wrażenie że dla kogoś sceptycznego ważne jest żeby mieć jakieś zakorzenienie w czymś co uznaje za wiarygodne źródło.
Istnieje sformułowanie, które czasem używam przy takich rozmowach - 'przedmiot intencyjny'. Bez żadnych nadprzyrodzonych skojarzeń. To jest obiekt, który fizycznie przypomina ci o decyzji którą podjąłeś. Zegarek po dziadku może być przedmiotem intencyjnym, jeśli dotykając go przypominasz sobie o spokoju który przy nim czułeś. Runa jest tym samym, tylko z dodatkową warstwą historyczną.
Ale czy to nie trochę... omijanie tematu? Jakby się wstydzić powiedzieć że to jest magia, więc zamiast tego mówimy 'przedmiot intencyjny'. Czy nie lepiej po prostu powiedzieć co to jest i zostawić człowiekowi decyzję?
No właśnie, i to jest pytanie które mnie tu rzeczywiście interesuje. Czy magia która nie wie że jest magią, to nadal magia? Bo z perspektywy efektu - wychodzi na to samo. A z perspektywy tradycji?
