Siedziałam ostatnio nad notatkami z kilku rytuałów, które robiłam w różnych stanach emocjonalnych, i uderzyło mnie coś dziwnego - te wykonane w smutku, albo tuż po jakimś stracie, często dawały bardziej wyraźne efekty niż te robione w spokoju i skupieniu. Zastanawiam się, czy to w ogóle ma sens z jakiegoś punktu widzenia, czy po prostu mi się zdawało. Ktoś pracował świadomie z żałobą albo smutkiem jako elementem rytuału? Nie chodzi mi o to, żeby celowo się dołować - raczej o to, czy ten stan sam w sobie coś uruchamia.
To nie jest nowy pomysł. W tradycji goecji i szerzej w magii operacyjnej emocje były traktowane jako paliwo - im silniejsza, tym więcej energii wnosisz w intencję. Smutek akurat jest ciekawy, bo w przeciwieństwie do gniewu nie rozładowuje się szybko - działa długo, tli się. Część praktyków ceremonialnych celowo pracowała w momentach kryzysu właśnie dlatego. Ale jest jedno 'ale' - kiedy jesteś mocno w smutku, trudno utrzymać klarowną intencję. I to chyba jest ten główny problem.
Seiðr to nordycka praktyka szamańska, tak - i przy okazji moja ksywka tu nie jest przypadkowa 🙂 Ale serio, ten wątek z emocjami jako 'paliwem' to coś, co pojawia się w bardzo różnych tradycjach. W magii chaosu jest pojęcie gnostic state - chodzi o stan zmienionej świadomości, który otwiera umysł na głębszą pracę. I smutek, szczególnie głęboki, może być jedną z dróg dojścia do takiego stanu. Nie jedyną, ale prawdziwą. Mam tylko wątpliwości co do jednej rzeczy - czy to działa, bo smutek ma jakąś wyjątkową 'jakość', czy dlatego, że po prostu mocniej skupiasz się na intencji, kiedy naprawdę ci na czymś zależy?
Dobra, ale to nie jest trochę samospełniające się proroctwo? Kiedy jesteś smutny i robisz rytuał zamknięcia, to i tak jesteś bardziej zmotywowany żeby coś zakończyć, więc efekt jest bardziej widoczny - niekoniecznie przez magię, tylko przez to, że bardziej się starasz i bardziej zwracasz uwagę na zmiany. Jak odróżnić jedno od drugiego?
Ale zaraz, bo chyba mieszacie dwie rzeczy - pracę z emocjami jako sposóbm magicznym i po prostu efekt psychologiczny żałoby. Mnie bardziej interesuje to pierwsze. Czy ktoś na tym forum świadomie wchodził w smutek, żeby zrobić jakiś rytuał? Nie z przypadku, że był smutny - tylko celowo?
Dokładnie to samo widzę od strony pracy z czakrami - jest teoria, że anāhata, czyli serce, otwiera się właśnie przez smutek i stratę, a nie przez radość. Radość ją utrzymuje, ale ból ją otwiera. To tłumaczyłoby, dlaczego w takich stanach można mieć większy dostęp do pewnych poziomów pracy. Tylko że to nie jest zaproszenie, żeby dołować się na siłę - to bardziej obserwacja, co dzieje się naturalnie.
Czekajcie, bo chcę dobrze zrozumieć - mówicie, że smutek 'otwiera' jakiś kanał energetyczny? To znaczy, że w każdym smutku jest coś, co można wykorzystać? Bo ja np. miałam bardzo ciężki okres kilka miesięcy temu i pamiętam, że miałam wtedy wrażenie, że cokolwiek pomyślę - jakoś głębiej zapada. Nie robiłam żadnych rytuałów, ale to uczucie było dziwne.
W Kabale jest pojęcie biny - to jedna z sefir, związana z rozumieniem, ale też ze śmiercią, stratą i żałobą. Binah jest często opisywana jako 'wielkie morze' albo 'czarne morze' - jest w niej ta sama energetyczna jakość co w smutku, ale nie jako stan negatywny, tylko jako stan głębokiego zrozumienia. Adepci kabalistyczni pracowali ze smutkiem nie żeby być smutni, ale żeby dotrzeć do Binah. Nie twierdzę, że to jedyna perspektywa, ale warto mieć to z tyłu głowy.
Drzwiami do czego konkretnie? Bo to brzmi poetycko, ale co to oznacza w praktyce dla kogoś, kto chce zrobić jakiś rytuał, a nie studiować filozofię?
Ale czy smutek nie przyciąga złych energii albo duchów? Gdzieś czytałam, że kiedy masz niskie wibracje, łatwiej do ciebie coś niepożądanego dociera. Chyba że to mit?
To jest dokładnie to pytanie, które sobie zadawałem, kiedy zacząłem bliżej przyglądać się gnostic state. W magii chaosu często mówi się o intensywności stanu, a nie jego długości - więc krótki, ostry smutek może być w praktyce bardziej 'użyteczny' niż długa, ciągnąca się żałoba, która w pewnym momencie staje się po prostu zmęczeniem. Ale żałoba ma coś, czego chwilowy smutek nie ma - ona zmienia cię strukturalnie. Pytanie, który z tych procesów jest lepszym paliwem do rytuału, to kwestia, na którą nie mam jednej odpowiedzi.
Poczekajcie, bo to jest bardzo ważna różnica - chodzi o barierę ego, nie o energię samą w sobie? Czyli smutek nie daje ci jakiegoś 'paliwa', tylko po prostu zdejmuje pewien filtr?
nie powiedziałabym, że 'najlepszy', bo to brzmi jak optymalizacja czegoś, co nie powinno być optymalizowane. Raczej - jest moment, kiedy energia smutku jest jeszcze świeża i ukierunkowana, a nie skamieniała. To jest różnica. Nie chodzi o to, żeby chwytać żałobę za ogon, kiedy jest użyteczna - to jest właśnie podejście, które może zaszkodzić. Chodzi o to, żeby nie ignorować tego, co i tak już jest.
Ale skąd masz wiedzieć że to już nie jest 'świeże'? Minął miesiąc, pół roku - kiedy to przestaje być żałoba, a zaczyna być to skamienienie, o którym mówisz?
Okay ale w takim razie mam pytanie bardziej przyziemne - ktoś z was faktycznie robił jakiś rytuał celowo w smutku i widział efekty, których nie można wytłumaczyć po prostu zmianą nastroju po rytuale? Bo ta dyskusja jest bardzo ciekawa teoretycznie, ale ciekawiłoby mnie, co macie na poziomie doświadczenia, nie teorii.
