Ostatnio coś mnie zaczęło gryźć i nie mogłam tego zostawić bez przemyślenia. Darowałam znajomej kamień, ale wcześniej przez kilka tygodni przy nim pracowałam - czyściłam go, ładowałam, robiłam konkretną pracę intencyjną. Ona nie wiedziała o żadnym z tych kroków, bo nie chciałam jej nakładać jakiegoś psychicznego ciężaru. Ale teraz zaczynam się zastanawiać, czy to było z mojej strony w porządku. Czy obdarowany w ogóle powinien wiedzieć, że przedmiot był używany do pracy magicznej? I czy zatajenie tego to już jakaś forma naruszenia czyjejś autonomii?
ciekawe pytanie, bo sam tez nie wiem gdzie ta granica jest. z jednej strony jesli dajesz cos z dobra intencja i nic nie robisz czego ta osoba by nie chciala gdyby wiedzala - trudno mowic o naruszeniu czegokolwiek. ale z drugiej strony, ta osoba nie ma mozliwosci powiedzenia "nie dzieki", bo nie wie ze w ogole jest tu cos do odrzucenia. i to mnie troche zatrzymuje.
w tradycjach slowianskich bylo tak ze zamawialo sie ochrone dla kogos bez jego wiedzy - bo wiedza mogla osłabic dzialanie albo wrecz je zniweczyc. no wiadomo, jak mowisz o zyczeniu to sie nie spełni i tak dalej. ten sposob myslenia jest stary i nie dotyczy tylko magii. tylko pytanie, czy to podejscie jest nadal aktualne, czy to cos co zostawiamy za soba.
przepraszam ze wchodze, dopiero czytam i probuje to ogarnaac. ale mam pytanie z innej strony - a co jesli ktos po prostu kupi taki przedmiot na targu albo dostanie od kogoś przypadkowego i tez nie bedzie wiedzial co bylo z nim robione?? to chyba jest czestsze niz myslimy. i co wtedy?
pojawia sie tu pytanie co w ogole znaczy "zaklecie na przedmiocie". bo mam wrazenie ze wrzucamy do jednego worka kompletnie rozne rzeczy. ladowanie kamienia pozytywna intencja to nie to samo co wiazanie do niego konkretnej pracy na inna osobe bez jej wiedzy. w pierwszym przypadku mozna gadac o estetyce etycznej - no bo moze ktos nie chce zadnej pomocy energetycznej. ale w tym drugim mowimy juz o czyms powaazniejszym.
A jak w praktyce rozróżniacie te dwie sytuacje? Rozumiem teorię, ale wyobraźmy sobie że mama daje córce bransoletkę i ładuje ją wcześniej z intencją żeby dobrze jej szło. Czy to też jest ingerencja? Nie umiem stwierdzić czy rodzaj relacji w ogóle cokolwiek zmienia.
no dobra ale to podejscie prowadzi do absurdu. mam powiedziec kazdemu komu cos daruje: "hej trzymalem to przez trzy tygodnie przy oknie w pelnie"? wiekszosc znajomych spojrzy na mnie jak na wariata 😀
wracam do tego co powiedzialem wczesniej, bo chyba sie nie wyrazilem jasno. nie twierdze ze brak zgody jest zawsze neutralny. chodzi mi o to ze w wielu tradycjach intencja darczyncy i jej czystosc byly wazniejsze niz formalna zgoda obdarowanego. to inne podejscie do etyki niz nowozytne. nie mowie ze lepsze - po prostu inne. warto to rozumiec zanim sie zacznie oceniac.
znam to podejscie i rozumiem skad sie bierze, ale mam z nim powazny problem. jesli przyjmujemy ze czysta intencja wystarczy, to otwieramy drzwi dla kazdego kto jest przekonany ze robi komus dobrze - i to przekonanie zwalnia go z odpowiedzialnosci. widzialem za duzo przypadkow gdzie ktos "z czysta intencja" robit przy bliskich rzeczy, ktorych tamci by nigdy nie zaakceptowali.
Mam pytanie do tych co praktykują regularnie. Czy jest jakaś forma pracy z przedmiotem, która jest neutralna - żeby można było go darować bez poczucia, że robi się coś za plecami? Bo z tej rozmowy wynika że albo informujemy, albo się wstrzymujemy. I tyle?
Czytam tę rozmowę od początku i mam wrazenie ze wszyscy zakladaja iz obdarowany na pewno nie jest w stanie sam wyczuc ze cos jest z przedmiotem. a co jesli wyczuje i bedzie mial zupelnie inne skojarzenia niz intencja darczyncy? pytam serio, bo mialem kiedys sytuacje ze dostalem cos od kogos i ten przedmiot od razu sprawial mi dyskomfort, bez zadnego racjonalnego powodu.
to co mowi Lucia_62 bardzo mi sie zgadza z tym co sama przeżylam. dostalam od kolezanki kamien i przez dlugi czas go noslam bez zadnego efektu, a potem okazalo sie ze ona robila przy nim prace z konkretna intencja i sama przestala ja podtrzymywac. jakby kamien byl wlaczony a potem wylaczony. ale ja przez caly czas bylam tym kto go nosi i w ogole nie mialam do tego zadnego stosunku. dziwne uczucie jak sie o tym pozniej dowiedzialam 🙂
To jest właśnie to, co sprawia że ta rozmowa się kręci w kółko. Nie ma jednej definicji "pracy z intencją" która by obowiązywała wszystkich. W jednej tradycji to będzie dowolne skupienie myśli, w innej tylko to co odbywa się w ramach rytuału z określonymi elementami. Bez ustalenia o czym konkretnie mówimy możemy dyskutować do rana.
no ale tak jest z wiekszoscia praktyk. obdarowany nie wie tez czy ktos sie za niego modlil, czy ktos nosi jego zdjecie przy sercu i zyczy mu dobrze kazdego ranka. to wszystko jest forma kierowania intencji, a nikt nie pyta o zgode.
przepraszam, ale skad w ogole to przekonanie ze przedmiot "wchodzi w pole" tej osoby? mowie serio, bo sam pracuje z kamieniami, ale nigdy nie bylem pewien czy to dziala przez sam kontakt fizyczny, czy przez to ze czlowiek o tym mysli i skupia na tym uwage.
A czy ktos tu mial sytuacje ze dostal przedmiot, nie wiedzial ze cos przy nim bylo robione, i dopiero po czasie sie dowiedzial? ciekawa jestem jak to wygladalo od srodka - czy cokolwiek bylo wyczuwalne wczesniej, czy dopiero wiedza zmienila odbior.
To co mówi Lucia_62 jest dla mnie ważne. Kiedy darowałam ten kamień, byłam przekonana że praca przy nim jest "czysta" i że się nie wtrącam. Teraz mam co do tego wątpliwości. Nie dlatego że myślę iż zrobiłam coś złego - ale ta osoba nie miała żadnego klucza do interpretacji tego, co ewentualnie mogła czuć. I to mnie trochę uwiera.
mam pytanie, moze gupie. czy ta praca ktora zrobilas przy kamieniu ma jakis "termin waznosci"?? znaczy sie, czy po jakims czasie sie "rozladowuje" sama, czy trwa dopoki ktos tego nie zdejmie swiadomie?
i wlasnie dlatego warto mowic. bo jesli nie wiesz jak dlugo to trwa i co wygasi efekt, to obdarowany zostaje z czyms o czym nic nie wie i czego nie moze swiadomie zakonczyc, jesli chce.
Tu wychodzi kolejny problem. Jak zaczniesz mówić, musisz umieć wytłumaczyć co robiłaś i po co. A większość ludzi spoza tematu albo się przestraszy, albo uzna to za absurd. Nieraz po prostu lepiej podarować z dobrą myślą i nie komplikować.
to jest chyba ten moment gdzie widac ze etyka i praktyka rozchodza sie w dwoch roznych kierunkach. teorii jest wiecej niz przypadkow w ktorych ktos faktycznie powie wprost co robil i dlaczego. i moze wlasnie o tym warto porozmawiac - nie co powinno byc, tylko co sie robi kiedy powiedzenie jest ryzykowne dla relacji.
No właśnie Szeptacz. I to chyba serce tego tematu, bo do tej pory rozmawiamy dość abstrakcyjnie. Azalia zapytała czy obdarowany powinien wiedzieć, ale może bardziej realistyczne pytanie brzmi: kiedy mówić, a kiedy milczeć - i jak z tym żyć, jeśli się wybrało milczenie.
I tego do końca nie rozwiązałam u siebie. Tamten kamień jest już u tej osoby od dłuższego czasu. Nie powiedziałam. I nie wiem, czy gdybym miała to zrobić jeszcze raz, postąpiłabym inaczej. Chyba tak, ale nie jestem w stu procentach pewna.
no wlasnie, mysle o tym. jak bylabys to zdanie powiedziec? bo nie wyobrazam sobie zaczac od "wiesz, zrobilam przy tym rytual". wiekszosc ludzi by spojrzala na mnie jak na wariata 😛
I tu jest właśnie pułapka. Jeśli mówisz "dałam temu intencję", a w rzeczywistości robiłaś coś bardziej złożonego, to czy nie używasz łagodniejszego języka po to żeby obdarowany się nie przestraszył i nie odmówił przyjęcia? To nadal jest wybór za niego, tylko inaczej opakowany.
ale to zaklada ze "cos wiecej niz kamien" jest faktem, a nie kwestia wiary. jesli efekt jest niepewny nawet wedlug tej dyskusji, to co wlasciwie mamy obowiazek ujawniac? ze probowalismy? ze chcielismy dobrze? to brzmi bardziej jak rozmowa o emocjach niz o magii.
ok ale kto ma weryfikowac ze "cos zostalo z nim zrobione"? sam darczynca? bo jesli nie ma zadnego zewnetrznego kryterium, to kazdy powie ze zrobil albo nie zrobil, zaleznie od tego co mu wygodniej.
