Ja przez długi czas działałam bez takiej sieci i w praktyce robiłam to tak, że prowadziłam cos w rodzaju zapisków - nie dziennika w sensie opisowym, ale krtókie notatki zaraz po doświadczeniu i potem co kilka dni. jak po tygodniu czytałam to co pisałam wcześniej, zmiany w samopoczuciu byly bardziej widoczne niż gdybym polegała tylko na bieżącym odczuciu. To nie zastępuje spojrzenia z zewnątrz, ale daje przynajmniej jakieś odniesienie.
To jest uczciwa metoda. Sama zaczęłam coś podobnego robić po tej sytuacji, którą opisywałam. I faktycznie - jak się patrzy wstecz na notatki, to widać rzeczy ktorych wtedy nie dostrzegałam. Chociaż mam wrażenie że to wciąż jest mierzenie skutków, a nie praca z przyczyną.
Szczerze? W momencie decyzji nic nie sugerowało żebym się zatrzymała. Wlasnie o to chodzi - to nie było pochopne, przemyślałam to, miejsce "siedziało". Dyskomfort pojawił sie już po powrocie, zupełnie osobno. Jakby działanie było okej, ale potem coś w mojej codzienności potrzebowało czasu żeby to ułożyć. Więc nie wiem czy to w ogóle była kwestia błędu w decyzji, czy po prostu naturalny efekt pracy z miejscem ktore miiało własną specyfikę.
To co opisujesz - że decyzja była przemyślana, ale efekt i tak wymagał tygodni - to jest wlasnie ten argument za tym żeby do podrozy magicznych podchodzić jak do czegoś co ma dłuższy ogon niż samo doświadczenie. I mnie się wydaje że ten "ogon" jest prawie zawsze, różni sie tlko długością i intensywnością. Pytanie czy on sam w sobie jest problemem, czy po prostu integracją.
