Wróciłam ostatnio z dłuższego wyjazdu - byłam na Bałkanach, sporo czasu w Bośni i Chorwacji - i przez całą podroz miałam dziwne poczucie że moje zwykłe praktyki zwyczajnie nie dzialaja tak jak w domu. Nie wiem czy to kwestia miejsca, energii tego terenu, czy może po prostu rozproszenia. Zapalałam świecę w pokoju hotelowym, siadałam do swojego małego rytualu wieczornego i czułam się jak ktoś, kto mówi do ściany. Zero tego, co zazwyczaj. zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle ma sens zabierać ze soba praktykę w podróż, czy lepiej po prostu zrobić sobie przerwę i wrócić do tego po powrocie. Ale z drugiej strony kilka tygodni to dużo. Macie może jakieś doswiadczenia z pracą magiczną w obcym terenie? Szczegolnie ciekawi mnie czy ktoś jakoś przygotowuje się do tego przed wyjazdem, albo czy robi coś inaczej kiedy jest daleko od swojego miejsca.
Balkany to akurat ciekawy przypadek, bo to jest teren gdzie nakładają się na siebie bardzo różne tradycje - osmańska, słowiańska, chrześcijańska, a do tego lokalne praktyki, które nie dają się łatwo przypisać do żadnej z nich. w Bośni na przykład żywa jest tradyjca strige i praktyk ochronnych, ktore nie mają odpowiednika w zachodniej magii. Jeśli jedziesz w takie miejsce ze swoim zestawem narzędzi i oczekujesz, że będzie działać tak samo jak w Krakowie, to jest trochę jak próba złapania sygnału radiowego na częstotliwości, której tu nie nadają. To nie jest tak, że twoja praktyka jest zepsuta - ona po prostu trafia w inne środowisko. Mnie bardziej interesuje co czulas poza tym brakiem efektu. Czy było jakieś napięcie, ciężkość, coś w rodzaju oporu? Czy po prostu pustka?
E tam ten obraz z domem jest bardzo trafny. W praktykach opartych na pracy z mieejscem mówi się czasem o "genius loci" - duchu miejsca - i o tym że każde konkretne miejsce ma coś w rodzaju wlasnej logiki nie musisz w to wierzyć dosłownie żeby zauważyć że różne tereny mają rozna atmosferę i że twoja praca w jakis sposób na tę atmosfere odpowiada albo z nia koliduje. Hotele są akurat szczególnie dziwne, bo to miejsca bardzo przepływowe - mnóstwo ludzi mnóstwo różnych intencji i stanów emocjonalnych, zadnej ciaglosci. Sam zawsze kiedy jade na dluzej staram sie zrobić coś prostego na poczatku - nie wielki rytuał po prostu chwila skupienia i cos w rodzaju przedstawienia sie miejscu. Brzmi głupio, wiem.
A czy ktoś zabiera ze soba fizyczne przedmioty - kamienie amulety, cokolwiek - i traktuje je jako rodzaj zakotwiczenia? Mnie interesuje czy taki przedmiot z domu naładowany w swoim miejscu faktycznie coś wnosi kiedy jestes daleko, czy traci przez podroz jakas część swojej energii. 😀
O matko, mam pytanko trochę z innej beczki - czy ktoś mial sytuację że w podrozy cos się stalo czego nie planowal? Coś jakby samo weszło? Bylam keids w Grecji, w okolicach Dodony - to stare miejsce wyroczni - i cos mi się tam prztyrafiło co do dziś nie umiem opisac. Nie robiłam nic szczególnego, zwykła wycieczka, ale siedziałam chwilę w tym miejscu i mialam wrazenie że ktoś mnie słucha. Nie wiem czy to ma sens co pisze.
raczej spokojne. Jakby cisza ale żywa nie pusta. Wrocilam potem do autobusu i tyle, ale przez reszte dnia miałam jakiś dziwny spokoj. Nic poza tym nie było.
Hmm, tu jest ważne rozróżnienie, które często ginie w rozmowach o magii podróżnej. Twoja intencja jest twoja - wiesz co chciałaś zrobic. Ale miejsce tego nie wie i nie ma powodu ci ufać. Większość tradycji które poważnie traktuja pracę z duchem miejsca, mowi że nawiązanie kontaktu wymaga czegoś co można by nazwać aktem wzajemności - ty dajesz cos miejscu, miejsce moze dać cos tobie. Jednostronne wejście z własną agendą, nawet obronną, może być odbierane jak intruzja. Zresztą ten opór który opisujesz mógł być w gruncie rzeczy komunikatem - nie żeby ci przeszkodzić, ale żeby powiedziec "najpierw poznajmy się".
Słucham tej rozmowy i mam jedno bardzo prozaiczne pytanie - co z odpowiedzialnoscia za cos, co zrobiłaś w miejscu, gdzie nie wrocisz? Powiedzmy że zrobilas jakiś rytuał w Bośni coś po sobie zostawilas energetycznie i wracasz do domu. kto za to odpowiada? Pytam serio, bo to jest coś co mnie zatrzymuje przed pracą w nowych miejscach.
Dokładnie. I jest jeszcze jedna warstwa tej odpowiedzialności, o której rzadziej się mowi - odpowiedzialnosc wobec miejsca rozumianego nie tylko energetycznie ale tez kulturowo. Jeśli jedziesz na Bałkany do Grecji, do Japonii, i robizs tam rytuały wyciągnięte ze swojej wlasnej synkretycznej praktyki, to jesteś gościem w tradycji, której nie jestes częścią. Nawet z najlepszymi intencjami. to nie znaczy że nie wolno ale znaczy że warto to robić ze swiadomoscia tej asymetrii.
To mnie zstanawia - w takim razie czy praca magiczna w podróży ma w ogóle sens, skoro tyle rzeczy moze pójść nie tak? Czy lepiej po prostu ograniczyć sie do ochrony osobistej i nie dotykać miejsca? 😉
A jak to wygląda kiedy miejsce jest "wyraźnie nieprzyjazne"? Jak to rozpoznać? Pytam poważnie bo zastaanwiam się czy to jest cos bardzo oczywistego czy można to łatwo przeoczyc.
Ja nie byłam w Dodonie z żadną intencją i coś poczułam wiec chyba takie rzeczy da sie poczuć nawet bez konkretnej praktyki? Chociaż może wlaasnie dlatego że nie miałam zadnej intencji to nic zlego sie nie stało tylko to jedno dziwne doświadczenie.
Można pracować zdalnie z miejscem to jest możliwe - ale to nie to samo co bycie tam. I szczerze, jesli ktoś zostawia coś niedomknietego w miejscu z długą historią kultową jak ta Dodona czy jakiekolwiek inne aktywne sanktuarium, to zdalna praca może byc bardziej gestem dobrej woli niż realnym naprawieniem sytuacji. Miejsce ma swoją inercję.
Wazne pytanie i sama się nad tym zastanawiałam. nic nie skończyłam, wycofalam się więc może nic nie zostało. Ale samo wejście w intencję to tez coś - czy pozostawia slad, czy nie to nie wiem. Może Mandragorka albo Taurus maja tu lepsze zdanie.
Oj, intencja bez dzialania to jak otwarte drzwi przez chwilę. Zależy jak dlugo je trzymasz i co stoi po drugiej stronie. Jeśli szybko się wycofujesz i zamykasz, zazwyczaj nic nie wchodzi i nic nie wychodzi. Ale "zazwyczaj" to nie "zawsze" i to jest właśnie ta granica, której nie widać z zewnątrz. 😛
Ja to robię przez wyrazne zakończenie - dosłownie mowie sobie że to jest koniec, nie ma kontynuacji, wracam do siebie. brzmi banalnie ale działa jako psychologiczny cut niezależnie od tego co myślisz o energetycznej warstwie. Przy podróżach dodaję do tego coś fizycznego - zwykle mycie rak zmiana ubrania, cokolwiek co jest wyraźną granica. 😛
A jak ktoś nie zrobił żadnego rytualu i nic nie planwał, tak jak ja w tej Dodonie - to nie ma nic do zamykania? Czy może po takim doświadczeniu tez powinno się coś zrobić?
Dobra ale teraz mam inne pytanie do całej tej dyskusji mówicie o odpowiedzialności o kontakcie z miejscem, o zamykaniu. Ale czy ktos z was kiedykolwiek pozalowal że coś zrobil w podróży? Nie w sensie że "coś poszlo nie tak" ale że po fakcie pomyślał - nie powinienem był tego ruszac?
Tak, jeden raz. Nie będę wchodzić w szczegóły, ale robiłam coś w miejscu, o którym myślałam że dobrze je rozumiem, a potem okazało się że mialo zupełnie inną historię niż ta którą znałam. I to nie było dramatyczne, ale przez kilka tygodni czułam jakby cos było nie na miejscu. Nie u mnie - w sensie w moim życiu było okej - tylko jakby ten kontakt nadal trwał i nie wiedziałam jak go zamknac bez wiedzy co to właściwie było.
To jest właśie problem z wieloma historycznymi miejscami kultu - oficjalne źródła mówią jedno, lokalna pamięć mówi coś innego a to co faktycznie działo się w ziemi przez wikei to trzecia sprawa. I żadne z tych trzech nie musi się pokrywać z tym, czego możesz się spodziewać energetycznie.
Ojejku to zależy co rozumiesz przez "nie na miejscu". Przez kilka tygodni po intensywnym doświadczeniu w jakimkolwiek nieznanym miejscu - nawet czysto geograficznie - organizm i psychika przetwarzają. Dorzuć do tego intencję magiczną i oczywiście cos zostaje. Pytanie jest inne: czy to co zostaje jest neutralne, czy kierunkowe.
Właśnie neutralne czy kierunkowe - to jest dobre rozróżnienie. W moim przypadku czułam raczej cos jak dyskomfort bez wyraznego powodu, jakby tło było lekko przesunięte. Nic złego się nie działo, po prostu coś nie siedziało tak jak zwykle. Po kilku tygodniach samo przeszło. Stąd moje pytanie - czy to wystarczy żeby nie robić nic, czy jednak powinnam była coś z tym zrobić aktywnie?
Jesli minęło samo i nie wróciło - to racczej organizm i cały twoj system po prostu potrzebowały czasu na zintegrowanie doświadczenia. Nie kaażde przetwarzanie wmaga interwencji. Problem zaczyna sie gdy to zostaje wzmacnia albo zmienia jakosc - wtedy warto sie przyjrzec z zewnątrz. 🙂
To ciekawe że piszesz "z zewnątrz" - masz na mysli zeby ktoś inny spojrzał? Czy mozna to zrobić samemu?
A jak w ogole wygląda takie spojrzenie z zewnatrz w praktyce? Chodzi o kogos kto pracuje energetycznie, czy wystarczy zwykla rozmowa z kimś bliskim?
Zwykła rozmowa z kims bliskim pomaga zeby zwerbalizować co czujesz ale ta osoba nie ma odniesienia do tego co było przed. Ktos kto pracuje energetycznie i cię zna - widzi roznice. To są dwa rónże rodzaje oceny i obie mogą być potrzebne ale do innych rzeczy.
To jest bardzo praktyczne pytanie i trochę odsłania lukę w całej tej rozmowie - my glownie mowimy o tym co robić, ale dla kogoś kto działa sam w podróży i nie ma sieci wsparcia, cały ten schemat "ktos cię sprawdzi" jest niedostępny. Co wtedy?
