Wracając jeszcze do pytania Heliosa z wcześniej o tym, czy menstruacja coś 'rozbiła' - mam jeszcze jeden przykład z notatek. Pracowałam nad czymś długoterminowym, wieloetapowym. Jeden z etapów wypadł w tym czasie i wynik był... niepełny. Nie zły, ale jakby niedokończony. Musiałam wracać do tego samego etapu po kilku dniach. Straciłam czas, ale nie efekt.
U mnie był jeden moment, gdzie poszło wyraźnie nie tak. Ale szczerze? Jak patrzyłam wstecz, to nie dlatego, że byłam w tym czasie, tylko dlatego, że byłam sfrustrowana i weszłam z negatywnym ładunkiem emocjonalnym. Menstruacja tylko wzmocniła to, co i tak było. Gdyby stan emocjonalny był inny, pewnie by wyszło inaczej.
Ale skąd wiedzieć, co jest wynikiem stanu emocjonalnego, a co stanu energetycznego? Dla mnie to jest ta sama rzecz. Jak jestem sfrustrowana, to i energetycznie jestem chyba gdzie indziej, nie?
To jest pytanie, na które odpowiedź różni się u każdej osoby, więc nie ma jednej metody. U mnie wyznacznikiem jest to, czy potrafię usiąść nieruchomo przez kilka minut bez myśli, które mnie gonią. Jeśli nie - nie wchodzę w nic złożonego, niezależnie od cyklu.
To 'do wewnątrz' mnie zatrzymało. Bo jak pracuję z runami i intuicyjnie zostawiam runy introspekcyjne na ten czas - Pertho, Laguz, Berkano - to nie było planowanie z mojej strony. Dopiero teraz słyszę, że może jest jakaś logika za tym, co robiłam instynktownie.
Wchodzę tu, bo obserwuję tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam wątpliwość do całego tego wątku o 'kierunku do wewnątrz'. W tradycjach słowiańskich, z którymi pracuję, ten czas jest opisywany inaczej - jako moment, w którym granica między wewnętrznym a zewnętrznym jest po prostu cieńsza. Nie ma jednoznacznego kierunku. Jest raczej przepuszczalność w obie strony.
