Nie wiem czy ktoś jeszcze o tym myślał, ale od jakiegoś czasu mnie to męczy. Przez lata słyszałam różne teorie - że w trakcie menstruacji nie powinno się pracować magicznie, bo 'moc idzie na marne', albo odwrotnie, że to szczyt możliwości. Sama mam mieszane doświadczenia. Są cykle, kiedy praca podczas krwawienia jest wyjątkowo wyostrzona - sny diwinacyjne, odpowiedzi przychodzą szybciej. Ale są też takie, kiedy kompletnie nic nie działa i czuję się jak wyciśnięta gąbka. Zastanawiam się, czy to ma jakiś stały wzorzec, czy to po prostu kwestia stanu fizycznego w danym momencie.
Też o tym myślałam nie raz. Czytałam gdzieś o koncepcji, że menstruacja to czas tzw. 'inner winter' w modelu czterech faz cyklu - i że wtedy energia jest skierowana do środka, nie na zewnątrz. Jak to zestawić z rytuałami, które wymagają projekcji energii na coś zewnętrznego? Bo to już nie jest takie oczywiste. Mnie bardziej ciekawi, czy ta różnica w skuteczności, którą opisujesz, pojawia się w konkretnych dniach krwawienia, czy to się rozkłada równomiernie przez cały okres?
Ten podział na cztery fazy to w sumie dość nowe opakowanie czegoś starszego. W tradycjach słowiańskich kobiety podczas menstruacji były odseparowane od pewnych czynności rytualnych - nie dlatego, że były 'słabsze', ale że ten stan był uważany za zbyt intensywny, wręcz nieobliczalny. Nie chodziło o zakaz, raczej o respekt wobec tego, co się dzieje. Ale ja bym nie przykładała do tego dzisiejszej praktyki bez zastrzeżeń. Kontekst kulturowy jest zupełnie inny.
To co piszesz o tych dniach trzecim i czwartym ma sens z perspektywy hormonalnej, choć rozumiem, że tu nie o fizjologię chodzi. Ale te dwa poziomy - biologiczny i energetyczny - nie są od siebie oderwane. Przy intensywnym krwawieniu ciało pochłania masę zasobów. Pytanie brzmi: co w takiej sytuacji z intencją? Czy ona też ma 'mniejszy zasięg', czy wręcz przeciwnie, jest bardziej skupiona, bo nie rozchodzi się na boki?
Słucham tego i mam pytanie, bo sam jestem w temacie z zewnątrz - czy ktoś z was faktycznie prowadzi jakieś notatki z tych obserwacji? Bo to, co tu padło, to są jednostkowe wrażenia, które mogą być ze sobą sprzeczne i każda z was ma inne ciało, inny cykl, inne podejście do pracy. Nie mówię, że to złe, ale bez porównania własnych danych z kolejnych cykli ciężko wyciągnąć coś poza 'u mnie raz tak, raz siak'.
U mnie szczyt jest zawsze przed menstruacją, w tej ostatniej fazie luteralnej. Napięcie, trochę jak przed burzą, ale w pracy z kartami to jest mój najlepszy czas. Podczas samego krwawienia jest coś w rodzaju pustki - nie złej, ale jakby przerwy. I dopiero przy owulacji znowu jest przepływ. Ale zastanawiam się, czy to nie jest po prostu kwestia tego, że jestem wtedy w innym miejscu psychicznie, a nie że energia obiektywnie jest inna.
Czytam to i mam pytanie do Wieszczka00 - jak rozróżniasz, czy efekt w pracy pochodzi z energii zewnętrznej czy z własnego stanu emocjonalnego? Bo ja przez długi czas myślałam, że podczas menstruacji mam gorszą pracę z czakrami, a potem zrozumiałam, że po prostu byłam wtedy bardziej drażliwa i niecierpliwa, i to sabotowało wszystko. Czy to nie może być po prostu lustro nastroju?
To jest dokładnie ten problem z całą dyskusją o energii - skąd wiemy, co pochodzi z czego? Ale ja bym nie odrzucała subiektywnego doświadczenia tylko dlatego, że nie da się go rozdzielić od nastroju. W magii ten podział jest umowny.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale czy ktoś mógłby wytłumaczyć, co to znaczy 'biegun energii' w tym kontekście? Czytam od początku i mam wrażenie, że każda z was ma trochę inne rozumienie tego pojęcia. Jedna mówi o kierunku, inna o intensywności, inna o dostępności. Czy to jest ustalona kategoria, czy każda rozumie to po swojemu?
Dorzucę perspektywę, która może trochę namieszać. W szamanizmie syberyjskim istnieje pojęcie 'czystości' w sensie rytualnym, ale rozumiane inaczej niż w abrahamicznych tradycjach. Kobieta w czasie krwawienia jest w stanie przejścia, granicy - a szamanizm pracuje właśnie na granicach. Nie jest to ani górka, ani dołek. To jest próg. I z tego progu można bardzo dużo zrobić - ale trzeba wiedzieć po co się tam staje.
Mi się wydaje, że za bardzo szukamy jednej odpowiedzi na coś, co jest bardzo indywidualne. Słowiańskie tradycje mówiły jedno, szamanizm mówi co innego, wicca trzecie. I każda z nas ma inne ciało, inny cykl, inne doświadczenia. Może zamiast pytać 'czy menstruacja wpływa na biegun energii' powinnyśmy zapytać - wpływa jak, u kogo, przy jakim rodzaju pracy? Bo to brzmi jak pytanie bez jednej odpowiedzi.
Mogę spróbować to doprecyzować, bo myślę o tym od dłuższego czasu. Biegun to nie jest intensywność - to orientacja. W fizyce magnes ma dwa bieguny, które przyciągają różne rzeczy. Jeśli przenieść to na pracę energetyczną, to pytanie brzmi: czy podczas menstruacji zmienia się to, co przyciągasz, czy to, co odpychasz? I z moich obserwacji - tak, zmienia się. Nie w sensie, że wszystko idzie gorzej, ale w sensie, że inne rzeczy wchodzą, inne wychodzą.
Mam pytanie trochę z innej strony - czy ktoś z was miał sytuację, że menstruacja całkowicie rozbiła coś, co zaplanowała? Mówię o konkretnym rytualne albo pracy, nie o ogólnym samopoczuciu.
Kilka razy. Najbardziej pamiętna sytuacja to praca z kartami, którą zaplanowałam na konkretny dzień - i akurat pierwszego dnia krwawienia. Karty były dziwne, jakby zdesynchronizowane. Nie złe odczyty, ale jakby z innego kanału. Dałam sobie kilka dni i powtórzyłam - zupełnie inne odpowiedzi, bardziej spójne. Nie wiem, co o tym myśleć.
Mam podobne. I mam to w notatkach. Podczas pierwszego i drugiego dnia krwawienia odczyty są u mnie bardziej archetypiczne, głębsze warstwy, mniej szczegółowe. Jakby głębokość zamiast precyzji. Po kilku dniach wraca konkret. Czy to 'rozbiło' pracę? Nie wiem - zmieniło jej charakter na pewno.
Ten wątek z kartami jest dla mnie bardzo wymowny. W pracy szamańskiej stan graniczny to nie jest czas do precyzyjnych pytań - to jest czas do słuchania bez pytania. Najgorsze, co można zrobić w stanie przepuszczalności, to wchodzić z konkretną agendą. To trochę jak otwieranie drzwi w ciemności z listą zakupów.
I tu wracamy do pytania, które próbowałam postawić wcześniej. Czy biegun jest w substancji, czy w stanie? Bo od odpowiedzi na to zależy, jak w ogóle myślimy o pracy w tym czasie.
Ale to oznacza, że w praktyce i tak trzeba brać pod uwagę stan - bo substancja sama nic nie zrobi, jeśli kierunek jest chaotyczny. Czyli jednak wraca pytanie o tę kontrolę i intencję.
Przepraszam, że wchodzę, bo trochę się zgubiłam w tej dyskusji - ktoś mówił wcześniej o czakrze sakralnej jako otwartej podczas menstruacji. Czy to znaczy, że nie powinno się robić wtedy medytacji z tą czakrą? Czy wręcz przeciwnie?
To jest ciekawe, co mówisz o obserwacyjnym podejściu - bo ja właśnie próbowałam ostatnio zamiast kierować medytację, po prostu być i patrzeć. I to był zupełnie inny rodzaj doświadczenia. Może o to właśnie chodzi z tym bieguniem - nie zmieniać jego kierunku, tylko z nim płynąć?
Ale czy 'płynąć z nim' to jest strategia? Dla kogoś, kto traktuje pracę magiczną poważnie i ma konkretne rzeczy do zrobienia - nie zawsze jest luksus czekania na odpowiedni moment.
Też pracuję wtedy uproszczonymi strukturami, jeśli nie ma wyboru. Ale chcę dodać coś, co wydaje mi się ważne - intencja musi być wtedy bardziej ogólna, nie precyzyjna. Nie 'chcę tego konkretnego efektu w tym czasie', tylko coś w rodzaju ustawienia kierunku. Precyzja wraca po trzecim, czwartym dniu.
A to upraszczanie intencji - czy to nie prowadzi do tego, że efekty są mniej przewidywalne? Bo jak dajesz ogólny kierunek, to energia może pójść gdziekolwiek, nie tylko tam, gdzie chciałaś.
Wchodzę w to pytanie Jarosława, bo sama się z tym zmagam. Pracuję głównie z rytuałami opartymi na konkretnych prośbach, krokach, symbolach. I nie wiem, jak miałabym to 'uprościć', żeby to nadal było tym samym rytuałem, a nie czymś zupełnie innym.
Właśnie o to mi chodziło wcześniej, kiedy pytałam o substancję kontra stan. Jeśli forma rytuału opiera się na substancji - ziołach, świecy, konkretnym symbolu - to ona niesie swoją własną logikę i nie potrzebuje od ciebie precyzji w danej chwili. Intencja jest jak adres, ale substancja jest jak nośnik, który nie gubi się po drodze.
Ten podział jest interesujący, ale mam wątpliwość. Substancja też reaguje na stan wykonującego - to jest podstawa alchemii i dużej części tradycji ceremonialnych. Jeśli jesteś rozbita energetycznie, to nawet najlepsza substancja może dać nieoczekiwany wynik. Gdzie kończy się nośnik, a zaczyna operator?
Ten wątek z substancją jako nośnikiem jest bardzo zbliżony do tego, co znam z tradycji szamańskich. Tam materialne składniki rytuału - rośliny, kości, kamienie - mają własne 'opinie' o tym, czego chcesz. Operator ich nie tworzy, tylko z nimi rozmawia. I tak, w stanie granicznym ta rozmowa może być głośniejsza, ale też bardziej chaotyczna. Dlatego nie wykonuje się wtedy złożonych negocjacji.
