Ostatnio szłam przez targ i jakiś stragan z przyprawami dosłownie mnie zatrzymał - taki ostry, żywiczny zapach, coś między jałowcem a żywicą sosnową. I pomyślałam sobie, że zapachy mają niesamowitą zdolność do przełamywania czegoś w środku. Nie chodzi mi o aromaterapię ani o relaks, ale o takie dosłowne przestawienie biegu myśli, jakby coś w głowie kliknęło. Zaczęłam się zastanawiać, czy celowe użycie zapachu, dźwięku, faktury - czegoś, co drażni zmysły albo je wyostrza - może w ogóle działać jako rodzaj zaklęcia. Szczególnie w momentach, kiedy coś się kończy albo zaczyna na nowo. Przeprowadzka, odejście z pracy, żałoba, powrót do siebie po długim czasie. Czy ktoś pracuje z takimi przedmiotami albo bodźcami właśnie przy przełomach?
To jest dobre pytanie, bo dotyka czegoś, o czym rzadko się mówi wprost. W tradycyjnych rytuałach przejścia - niekoniecznie tych ceremonialnych, ale tych z folkloru, ze starej praktyki - zmysły były pierwszym progiem, który trzeba było przekroczyć. Nie przypadkowo w wielu kulturach przy przełomach używano substancji o intensywnym zapachu: żywicy, ziół, dymu. Nie żeby 'tworzyć nastrój', ale żeby ciało zarejestrowało, że coś się zmienia. Węch działa bezpośrednio na układ limbiczny, omijając korę - to znaczy, że trafia do warstwy, która nie analizuje, tylko reaguje. Pytanie, które dla mnie jest ważniejsze: czy sam bodziec zmysłowy wystarczy, czy musi być jakoś skierowany intencją? Bo mogę wąchać żywicę i myśleć o zakupach.
To co piszecie o dźwięku jako nośniku, a nie tle, to właściwie wywraca logikę, którą miałam w głowie. Myślałam o tym bardziej tak: bodziec zmysłowy pomaga mi wejść w stan, w którym intencja działa skuteczniej. Ale wy mówicie, że bodziec sam może być działaniem. Jak to rozróżnić w praktyce? Bo z zewnątrz wygląda tak samo - ktoś wącha żywicę i mówi formułę. Tylko jeden traktuje żywicę jako klucz, drugi jako właściwy mechanizm.
Moim zdaniem to rozróżnienie jest czysto akademickie. W praktyce rytuału oboje działają razem i nie ma sensu ich rozdzielać. Sam pracuję z kadzidłami przy kilku typach rytuałów i powiem szczerze - nigdy nie siedziałem i nie analizowałem, czy to zapach działa czy moja intencja. Działało całościowo. Ten podział na 'nośnik' i 'mechanizm' to jest coś, co ma sens w teorii, ale w trakcie rytuału myśl 'teraz aktywuję bodziec zmysłowy' byłaby groteskowa.
Dorzucę perspektywę od strony przedmiotów, bo tym się bardziej zajmuję niż samymi rytuałami. Mam kilka kamieni, które trzymam przy sobie w konkretnych momentach i jest wśród nich jeden - piryt - który ma bardzo specyficzną fakturę i ciężar. Kiedy go trzymam, to jest właśnie to drażnienie zmysłów o którym piszesz na początku wątku. Chropowata powierzchnia, nieregularna, zimna przy dotyku, a potem nagrzewająca się od ręki. I to jest coś, co w momentach przełomowych robi mi bardzo konkretną robotę. Nie wiem jak to nazwać - zaklęciem, kotwicą, czymś innym - ale działa inaczej niż sam kamień leżący na stole.
Weszłam tu, bo tytuł przykuł uwagę. Mam pytanie do tych, którzy pracują z zapachami - czy jest jakiś konkretny rodzaj zapachu, który sprawdza się szczególnie przy nowych początkach? Coś co nie jest tylko 'przyjemne', ale faktycznie robi jakąś różnicę? Piszę, bo stoi przede mną dość duży przełom i szukam czegoś, czego jeszcze nie próbowałam.
ja mam swoje sprawdzone na nowe początki i to jest woń mokrej ziemi po deszczu, ale nie wiem jak to zdobyć w butelce 🙂 w naturalnych warunkach to jest ten geosmin co go produkują bakterie glebowe. Czytałam kiedyś że nosne ma nas skojarzenia z pierwszym deszczem i odnową, i to jest głęboko w pamięci ewolucyjnej. Ale przy przełomach zyciowych to ja bym powiedziała: co drażni zmysły TO znaczy coś dla ciebie osobiście. Nic ogólnego.
To co właśnie napisała Poziomka to jest moim zdaniem sedno całego pytania w tytule wątku. Przedmiot drażniący zmysły może działać na kilku poziomach jednocześnie i nie muszą się wykluczać. Jest warstwa neurobiologiczna - węch, dotyk, dźwięk trafiają do konkretnych obszarów mózgu w konkretny sposób. Jest warstwa symboliczna - co ten bodziec znaczy w systemie, z którego pochodzi. Jest warstwa osobista - co on znaczy dla mnie. W dobrym rytuale przejścia wszystkie trzy są obecne. Pytanie Jalowcowej o 'co działa przy nowych początkach' jest trudne, bo odpowiedź na poziomie symbolicznym to jedno, a na poziomie osobistym to drugie.
Rzadko piszę, ale tu muszę coś dodać. Miałam ostatnio w rękach meteoryt z oliwinem - to jest kamień, który dosłownie boli przy dłuższym trzymaniu, jest ostrokrawędzisty i szorstki. I jakoś przez to ból w dłoni stawał się punktem skupienia w momencie, kiedy za dużo się działo w głowie. Nie wiem czy to magia, ale to działało dokładnie tak jak piszecie - zmysł był rozbity, żeby reszta mogła się uspokoić.
Mam wrażenie, że mówimy tutaj o dwóch różnych funkcjach bodźca zmysłowego. Jedna to bycie progiem - czymś, co wyznacza granicę, moment przejścia. Druga to bycie kotwicą - czymś, co trzyma mnie przy nowym stanie po przejściu. I może różne bodźce sprawdzają się w tych rolach inaczej. Dyskomfort jako próg ma sens. Przyjemny zapach jako kotwica po przejściu ma sens. Zastanawiam się, czy ktoś świadomie rozróżnia te dwie funkcje przy pracy z przedmiotami.
Słucham tej rozmowy i myślę o czymś praktycznym. Przy jednej z moich własnych zmian - takiej naprawdę dużej, prywatnej - wyciągnęłam starą tarotową kartę śmierci i przez kilka tygodni trzymałam ją na biurku. Nie robiłam z nią nic specjalnego, ale każdy raz kiedy ją widziałam, przypominałam sobie, że coś się skończyło i coś się zaczyna. Karta jest wizualnym bodźcem, ma swoją symbolikę, ma ostre barwy i konkretny obraz. Działała jak to co Wincentyna_01 nazywa progiem. I powiem szczerze - to był jeden z bardziej skutecznych 'rytuałów' jakie zrobiłam, choć ledwo można to nazwać rytuałem.
Szczerze? Nie wiem. I właśnie to mnie zastanawia po tej rozmowie. Bo mogło być i tak i tak. Karta śmierci ma bardzo konkretną ikonografię i znaczenie, które znam - transformacja, koniec, początek. Ale może wystarczyłby jakikolwiek przedmiot, który świadomie bym oznaczyła jako 'ten od zmiany'. Nie mam jak tego sprawdzić, bo tamtego czasu nie cofnę.
To jest dokładnie to, co mówiłem o pirycie. Przedmiot, który ma za sobą setki lat konkretnego użycia, niesie coś innego niż przedmiot bez historii. Nie muszę wiedzieć tej historii świadomie - ona jest gdzieś w materiale, w kształcie, w tym, jak jest trzymany. Karta śmierci jest obrazem, który od XV wieku był używany w konkretnych kontekstach przez miliony ludzi. To nie jest neutralne.
Jest jedno pojęcie, które tu pasuje i nie było jeszcze wymienione - egregora. To jest koncept z tradycji okultystycznych, gdzie zbiorowa uwaga i intencja skupiona na symbolu, obiekcie albo idei buduje coś w rodzaju bytu myślowego z własną 'masą'. Karta śmierci, Ankh, pentagram - to są obiekty, na których skupiały się miliony intencji przez wieki. Nie wiem, czy to jest 'fizyczne', ale jako model wyjaśniający jest spójny i ma długą tradycję, od Eliphasa Leviego po Dion Fortune.
To jest ciekawe, ale trochę odchodzimy od tego, o czym mówiłam przy progu i kotwicy. Chciałam się upewnić, że nie gubimy tego wątku. Czy przedmiot z egregorą lepiej sprawdza się jako próg czy jako kotwica? Intuicyjnie myślę, że jako próg - bo ma siłę przejścia. Ale może się mylę.
Wracam do tej rozmowy po chwili i widzę, że egregora to jest termin, którego szukałam przy swoim meteorycie. On nie ma długiej historii użycia przez ludzi, jest kosmiczny w dosłownym sensie - więc raczej nie ma egregory w ludzkim rozumieniu. A mimo to działał. Więc może jest jeszcze coś poza egregorą.
Wcale nie brzmi dziwnie. Właściwie to jest bardzo spójne z tym, o co pytałam w tytule wątku. Przedmiot drażniący zmysły - w twoim przypadku przez ból i samą historię jego istnienia - może być zaklęciem w tym sensie, że wywołuje stan, który sam w sobie jest działaniem. Nie potrzebuje intencji nałożonej z zewnątrz, bo jest intencją przez to, czym jest.
Gruszanka57 dotknęłaś czegoś, co może być kluczem do całej tej rozmowy. Geosmin, czyli ten zapach mokrej ziemi, jest jednym z najsilniej zakorzenionych zapachów ewolucyjnie - badania pokazują, że człowiek jest w stanie go wykryć w stężeniu rzędu części na bilion, czyli lepiej niż rekiny czują krew. To nie jest przypadek, bo nasi przodkowie potrzebowali wyczuwać deszcz i wodę. Ten zapach jest wpisany w nas głębiej niż jakiekolwiek kulturowe skojarzenie. I jeśli on u ciebie otwiera 'coś nowego', to może działasz na warstwie, która jest starsza niż magia jako system.
to co mówi Herga o geosminie i ewolucji to jest trop, który chciałabym ciągnąć dalej. Jeśli pewne bodźce działają na poziomie predwerbalnym, czyli zanim w ogóle włączy się myślenie, to może właśnie tam leży to, co w magii nazywamy działaniem. Nie w intencji świadomej, ale w tym, co zmysł robi z ciałem zanim umysł to przetworzy. Pytanie do Hergi albo Almandynki - czy tradycje magiczne miały jakiś opis tego mechanizmu, zanim pojawiła się neurobiologia?
To co powiedziała Astralka06 o poziomie prewerbalnym jest dla mnie kluczowe właśnie przy runach. Hugr to nie jest pojęcie, które wymyśliłam - pojawiało się w sagach jako oddzielna warstwa psyche, coś co można wysłać do innego miejsca lub osoby, co działa zanim świadome 'ja' w ogóle cokolwiek zdecyduje. I rytuały runiczne zakładały właśnie pracę na tej warstwie. Dźwięk, dotyk, ból - to były drzwi do hugr. Czy ktoś z was miał doświadczenie, że bodziec zadziałał zanim zdążyłaś sformułować intencję?
i właśnie to jest serce tego, o co pytałam w tytule. Jeśli bodziec działa przed intencją, to czy w ogóle potrzebujemy intencji? Bo jeśli tak, to zaklęcie w tradycyjnym rozumieniu - jako świadoma wola skierowana na cel - jest może tylko połową obrazka. A druga połowa to coś, co się dzieje niżej.
ale wtedy każdy silny bodziec mógłby być zaklęciem. Hałas uliczny, nagłe zimno, intensywny zapach. Nie sądzę, że tak to działa - bo nie każde doświadczenie zmysłowe przestawia coś w psychice. Co odróżnia bodziec, który jest zaklęciem, od bodźca, który jest po prostu bodźcem?
To jest właściwe pytanie i nie ma na nie jednej odpowiedzi, ale myślę, że jest kilka składowych. Po pierwsze - kontekst. Bodziec w rytuałe niesie intencję otoczenia, historię użycia, znaczenie nadane przez tradycję. Po drugie - gotowość odbiorcy. Hugr, żeby użyć tej terminologii, musi być w pewnym sensie otwarty. Można to porównać do indukcji hipnotycznej - działa na osoby, które wchodzą w ten stan, nie na każdego jednakowo. Uliczny hałas nie jest zaklęciem, bo brakuje mu obu tych warstw.
ta metafora z kluczem i zamkiem mi się podoba bo przy moim zapachu ziemi to jest dokładnie tak. mokra ziemia po deszczu nie działa u każdego. moja siostra ten sam zapach i nic, zero. a u mnie coś się otwiera. ale to nie znaczy że zapach jest 'nieważny' - bez niego nic by się nie stało. więc może oba są potrzebne?
to co mówi Gruszanka i Almandynka trafia do mnie przy meteorycie, ale od innej strony. On nie miał dla mnie żadnych starych skojarzeń, żadnej babci, żadnego dzieciństwa. A jednak zadziałał. To mnie zastanawia - czy jest więcej niż jeden typ 'klucza'? Jeden zbudowany z osobistej historii, a drugi może z czegoś zupełnie obcego, nieznanego?
