No właśnie, bo czytam tę dyskusję od dłuższego czasu i jest tu dużo o obserwacji i rytmach, ale mnie nurtuje konkretna rzecz. Mam wrażenie, że te rytuały, które wymagają ode mnie skupienia na intencji, w pewnych momentach cyklu idą tak, jakbym mówiła do ściany. Intencja jest, ale jakby nic za nią nie stoi. Czy to jest to, o czym wy mówicie jako zły stan, czy to jest coś innego?
No właśnie o tym mówię, że mam to poczucie 'mówię do ściany', ale nie wiem, czy to kwestia cyklu, czy po prostu pewnych dni, kiedy moja głowa jest gdzie indziej. Jak to odróżnić? Serio pytam, bo może ktoś miał podobnie i jakoś to rozgryzł.
To jest dobre pytanie, ale zakłada, że mamy wybór binarny: robić albo nie robić. A może to jest kwestia doboru formy? Jeśli w tamtym czasie granica jest cieńsza, to może zamiast rytuału wymagającego silnej koncentrowanej intencji, lepiej pracować z czymś bardziej receptywnym, np. obserwacja, medytacja, układy bez pytania konkretnego, tylko otwarcie.
Właśnie tego nie rozumiem w tej dyskusji. Jeśli stan wpływa na efekty, to czy to nie znaczy, że magia jest de facto projekcją własnego stanu? Bo jak cykl zmienia wynik, to może wynik jest zawsze tylko odzwierciedleniem tego, gdzie jesteś psychicznie, a nie czymś niezależnym?
Kilkanaście lat obserwacji to brzmi poważnie, ale to nadal obserwacja bez grupy kontrolnej. Jak wiemy, że to cykl, a nie po prostu faza księżyca, stres w pracy, niedobór snu? Bo te rzeczy często idą razem i trudno to rozplątać.
Słucham tej dyskusji od posta osiemdziesiątego i mam wrażenie, że wracamy do tej samej osi. Nie chodzi o to, żeby udowodnić, że cykl wpływa na magię w sposób mierzalny. Chodzi o to, że dla wielu z nas wpływa na to, jak jesteśmy w stanie pracować. I to jest coś, co każda osoba może sprawdzić sama, bez grupy kontrolnej i bez źródeł. Czarodka miała konkretne pytanie i mam wrażenie, że konkretna odpowiedź jest taka: w tym czasie zmień formę pracy, zamiast walczyć z tym, co czujesz.
Słyszę tę rozmowę i mam jedno pytanie, bo jestem tu trochę z boku. Mówicie o fazie lutealnej, przepuszczalności, pracy receptywnej i aktywnej. Ale skąd wiadomo, w której fazie się jest w danym momencie? Czy to tylko na podstawie dat, czy też jest jakiś sposób, żeby to poczuć bez liczenia?
To ciekawe, że mówisz o snach jako jednym ze wskaźników. Słyszałem, że w fazie lutealnej sny bywają intensywniejsze i bardziej emocjonalne, co ma związek ze zmianami poziomu progesteronu. Czy obserwowałaś coś takiego, że akurat wtedy sny były bardziej... naładowane?
Wątek ze snami jest interesujący sam w sobie, ale żebysmy nie odpłynęli za bardzo, to chcę go zakotwić. Jeśli sny są intensywniejsze przed miesiączką, to jest to jeden z sygnałów, że umysł jest wtedy bardziej aktywny w procesowaniu nieświadomym. I to ma bezpośrednie przełożenie na pytanie z tytułu tego wątku, bo rytuał nie dzieje się tylko podczas wykonywania, dzieje się też w tym co poprzedza i co nastepuje po.
Ale jak ktoś jest na samym początku i nie ma jeszcze tych różnych form w repertuarze, to to nie jest żadna odpowiedź praktyczna. Mam na myśli, że ta cała rozmowa zakłada, że każdy ma już jakiś zestaw praktyk i może wybierać. A co jeśli ktoś ma jedną, dwie rzeczy, które robi?
Trochę mnie zastanawia to 'trudniejsze i mniej wyraźne w efektach', bo to mogłoby sugerować, że wyniki powinny być mierzalne i porównywalne. A to chyba założenie, które samo w sobie jest dyskusyjne. Skąd wiadomo, że efekt był 'słabszy' dlatego, że faza nie sprzyjała, a nie dlatego, że po prostu ten konkretny rytuał po prostu nie zadziałał? Nie mówię, że ta korelacja nie istnieje, ale wydaje mi się, że to trudno oddzielić.
Mam takie wrażenie, że ta rozmowa trochę kręci się wokół tego, czy można to udowodnić, a mnie bardziej interesuje, co z tym w praktyce zrobić. Jeśli ktoś nie ma jeszcze wzorca bo zaczął niedawno, to czy w ogóle warto cokolwiek dostosowywać do cyklu? Czy raczej lepiej najpierw porobić kilka cykli bez zmian, żeby mieć punkt odniesienia?
