Haha, Kupalo trafił w punkt, sama miałam taką sytuację. Kamień który miałam puścić wylądował na płyciźnie i leżał tam sobie spokojnie przez chwilę. Strasznie to wybija z intencji. Może właśnie dlatego ważne jest dobre miejsce, gdzie woda naprawdę niesie, nie tylko kapiuchy przy brzegu.
To co mówi Jadzieńkaa to praktyczna rzecz, na którą rzadko się zwraca uwagę - że samo miejsce musi fizycznie umożliwiać to co chcesz zrobić symbolicznie. Jak woda nie niesie, to rytuał się nie domyka, cokolwiek byś nie robiła z intencją. Ja na tej rzece gdzie pracuję zawsze wybieram ten jeden zakręt gdzie prąd jest wyraźny, właśnie dlatego.
Dobra, ale to znaczy że przed pierwszym razem trzeba dosłownie pojechać i sprawdzić rzekę? Przejść wzdłuż brzegu, zobaczyć gdzie prąd jest mocny? Bo brzmi jak spory logistics zanim w ogóle cokolwiek zaczniesz.
Zgubiłam się trochę w tej rozmowie - czyli separację i przyciąganie można robić przy tej samej rzece, tylko w innym miejscu? Czy jednak lepiej jakby to były dwa różne miejsca w ogóle, np. rzeka i las? Bo mi się wydaje że jakbyśmy cały czas przy jednej rzece to energia miejsca jest ta sama, nie?
Ja bym jednak rozdzielił te dwie prace miejscowo bardziej radykalnie niż dwa punkty przy tej samej rzece. Nie dlatego że to 'nieczyste' energetycznie, bo to brzmi jak magiczne myślenie którego staram się unikać w myśleniu praktycznym. Ale dlatego że dwie różne lokalizacje to silniejszy sygnał dla ciebie samej, że te dwie intencje naprawdę są rozdzielne. Rzeka jako całość kojarzy ci się z jednym kontekstem.
Czyli z jednej strony Oleandra mówi że miejsce przy tej samej rzece może być wystarczająco inne, a Kupalo że lepiej zupełnie inne środowisko. Czy wy to z praktyki mówicie czy bardziej z teorii? Bo chciałabym wiedzieć czy ktoś faktycznie próbował obu wariantów i porównał.
Ja nie porównywałam świadomie, bo nigdy nie robiłam obu rzeczy tego samego dnia w tym samym miejscu. Ale mam taką obserwację - jak wybieram miejsce to zawsze czuję czy 'pasuje' do tego co mam zamiar zrobić. Raz próbowałam zacząć od pięknego miejsca przy wodzie i po prostu nie byłam w stanie wejść w intencję, coś nie grało. Przeniosłam się w głąb lasu i od razu poczułam że to to. Może o to chodzi - nie tyle o teorię separacji czy przyciągania, tylko o to co dane miejsce ci daje.
To co napisała Znachorka mi bardzo pomaga, dziękuję za to. Ale mam pytanie - jak to 'czuć' że miejsce pasuje, szczególnie na początku kiedy jeszcze nie masz tej intuicji? Bo mam wrażenie że to co wy opisujecie przychodzi z doświadczeniem, a co zrobić gdy się go nie ma?
Dobra, ale nie wszyscy mamy czas żeby spędzać godziny na szukaniu idealnego miejsca, siedzeniu przy drzewie i sprawdzaniu prądu rzeki. Kiedy w końcu dochodzi do robienia czegokolwiek? Pytam serio, bo z tej rozmowy wynika że przygotowanie trwa miesiącami.
Nashira, szybkość i głębokość rzadko idą w parze przy tego rodzaju pracy. Nie mówię żeby cię zniechęcić, tylko żeby powiedzieć wprost - ta konkretna kombinacja, separacja i przyciąganie w jednej sesji, wymaga pewnej uważności. Nie dlatego że się coś 'złego' stanie jak to zlekceważysz, ale dlatego że możesz skończyć z rozmytą intencją i żadnym efektem. A to jest frustrujące.
No dobra, Oleandra, rozumiem. Ale czy naprawdę nie ma jakiegoś skrótu? Nie chodzi mi o byle jak, tylko o to że nie zawsze mam trzy godziny na wyprawę do lasu i siedzenie przy rzece. Czy to naprawdę musi być tak rozbudowane?
A skrzyżowanie dróg to nie jest taki motyw bardziej z folkloru? Pamietam ze coś czytałam o tym ze tam można zostawiać ofiary dla duchów i coś w tym stylu. Czy tu mówimy o tym samym czy to inna tradycja?
Właśnie, i to jest ta różnica między wiedzieć a czuć. Można wiedzieć że skrzyżowanie ma symbolikę separacji, ale jeśli stoisz na skrzyżowaniu przy centrum handlowym o trzynastej w południe i w głowie ci gra muzyka z głośników sklepu, to ta symbolika jest trochę... zakłócona. Miejsce ma swój kontekst, nie tylko definicję.
To jest bardzo dobra obserwacja i właśnie dlatego unikam podawania gotowych recept. Benedyk ma rację co do symboliki, ale Znachorka ma rację co do kontekstu. Skrzyżowanie przy lesie o świcie to zupełnie coś innego niż to samo skrzyżowanie w środku miasta w piątkowe popołudnie. Geometria ta sama, pole zupełnie inne.
Czyli z tego wynika że miasto generalnie odpada? Bo jestem z dużego miasta i te wszystkie opisy - rzeki, lasy, skrzyżowania w lesie - brzmią dla mnie jak coś bardzo daleko. Czy miejska magia w ogóle jest możliwa?
Ja pracuję głównie w mieście i jakoś daję radę. Mam park niedaleko i tam jest stare drzewo przy którym siadam, jest też mały strumień który wiosną ma przyzwoity przepływ. Nie jest to idylliczny las, ale działa - przynajmniej dla mnie. Może chodzi o to żeby nie szukać idealnego miejsca tylko tego co jest.
Dobra, park to mam też. Ale wróćmy do sedna - jeśli chcę zrobić separację i potem przyciąganie, to mogę to wszystko zrobić w parku? Przy tym samym drzewie? Czy muszę iść po separacji do innego drzewa?
Nashira, to zależy co rozumiesz pod słowem 'potem' - bo jeśli chodzi ci o tę samą sesję, to chyba nie. A jeśli o dwa osobne spotkania z tym miejscem, to już inna rozmowa.
I to jest pytanie które Zaneta zadała dużo wcześniej w tej rozmowie i cały czas kręcimy się wokół niego. Mam wrażenie że nie ma jednej odpowiedzi bo każdy tu ma inne rozumienie czym w ogóle jest 'ta sama sesja'. Dla mnie to kwestia intencji i czasu - jeśli między separacją a przyciąganiem jest przerwa i świadome zamknięcie pierwszego etapu, to miejsce może być to samo.
Kierunki swiata przy przyciąganiu i separacji to cos czego nie spotkałam nigdzie opisanego tak konkretnie. Skad to wiesz Benedyk? Czy to z jakiegoś konkretnego systemu?
Muszę tu coś dodać bo Benedyk mówi prawdę, ale żeby to nie zabrzmiało jak przepis - kierunki działają jeśli masz w głowie coś co pozwala ci je odczuć jako różne. Jeśli obrócisz się na wschód i będzie ci to obojętne, to nic z tego nie wyniknie. To jest jeden z tych elementów gdzie wiedza i doświadczenie muszą iść razem, bo sama wiedza jest bezużyteczna.
Oleandra, to brzmi trochę jak paradoks - żeby to poczuć, trzeba to poczuć. Jak to się w ogóle zaczyna? Czy wy zaczęliście odczuwać kierunki poprzez jakieś konkretne ćwiczenie czy samo przychodziło z praktyką?
U mnie to nie było ćwiczenie, tylko obserwacja. Przez dłuższy czas jak byłam na zewnątrz notowałam gdzie jest słońce rano a gdzie wieczorem, gdzie wieje wiatr, gdzie jest cień. Po jakimś czasie zanim w ogóle pomyślałam o jakimkolwiek działaniu, po prostu wiedziałam gdzie jest wschód bo to było fizycznie wbudowane. Może nie jest to romantyczna historia o przebudzeniu, ale tak mi to wyszło.
Przepraszam że wchodzę tu z boku, ale mam pytanie do Znachorki - czy to obserwowanie to było coś zaplanowanego, że postanowiłaś tak robić, czy po prostu zaczęłaś i dopiero po czasie zobaczyłaś że to coś dało?
Wracając do tego co Znachorka powiedziała - że to było przypadkowe i nie wie czy da się to powtórzyć świadomie - to mnie zastanawia. Większość rzeczy których się uczyłam o magii była podawana jako zestaw kroków do wykonania. A tu wychodzi że najskuteczniejsze rzeczy dzieją się poza instrukcją. Czy ktoś jeszcze miał podobnie?
To nie jest wyjątek, to raczej norma której nikt głośno nie mówi. Instrukcja jest po to żeby mieć jakiś punkt wyjścia, ale jeśli instrukcja staje się celem samym w sobie, to nic z tego nie wyniknie. Problem polega na tym że ludzie czytają o metodach i myślą że sama metoda robi robotę.
Właśnie, dziękuję że ktoś to podniósł. Bo ta rozmowa o kierunkach i odczuwaniu jest ciekawa ale ja nadal nie wiem co zrobić z moim parkiem.
