Właśnie dlatego mnie ta rozmowa ciągnie w stronę synchronizmów i pracy wewnętrznej - bo tam w ogóle nie ma granicy do wyznaczenia. Nikt w biurze nie wie że obserwujesz pewne wzorce, nikt nie wie że masz intencję ustawioną rano. To jest magia całkowicie niewidoczna.
Miałem sytuację z projektem. Przez kilka tygodni pracowałem z intencją ustawianą na konkretny wynik - dosłownie przed każdym spotkaniem dotyczącym tego projektu robiłem krótkie skupienie z bardzo precyzyjnie sformułowaną intencją. Projekt przeszedł. Nie wiem czy to było to. Ale robiłem to na tyle świadomie że zauważyłem też że inaczej mówiłem na tych spotkaniach.
Mam podobne obserwacje z notatkami które prowadzę. Jak porównuję tygodnie gdy rano robiłam intencję przez runę z tygodniami gdy o tym zapominałam, to różnica jest głównie w tym jak reaguję na nieoczekiwane sytuacje w ciągu dnia. Nie w samych zdarzeniach, tylko w reakcji. Nie wiem czy to magia czy nawyk, ale efekt jest powtarzalny.
No ale właśnie tu mam problem. Jeśli efekt osiągasz przez zmianę własnego zachowania, to po co w ogóle nazywać to magią? Mógłbyś powiedzieć dokładnie to samo o terapii, o medytacji uważności, o zwykłym prowadzeniu dziennika. Gdzie jest punkt gdzie to przestaje być samorozwojem a zaczyna być czymś innym?
Może dlatego że sportowiec nie zakłada że istnieje mechanizm poza jego własnym umysłem. Praca magiczna zakłada że intencja oddziałuje na coś zewnętrznego. Przynajmniej w części tradycji. Sam nie wiem czy w to wierzę, ale takie jest założenie które odróżnia te dwa podejścia na poziomie teorii.
A w korporacji to rozróżnienie jest może najmniej ważne ze wszystkich. Bo nikogo tam nie obchodzi czy twoja koncentracja przed spotkaniem to medytacja, modlitwa czy praca z intencją magiczną. Liczy się co z niej wychodzi. Dlatego właśnie to środowisko jest ciekawe do takich eksperymentów - jest bardzo wyraźna miara.
Właśnie. I dlatego wróciłem do tego tematu po kilku miesiącach przerwy. Zacząłem mierzyć nie to czy 'magia działa' tylko to czy moje zachowanie się zmienia gdy ją praktykuję. I to jest mierzalne. Ile razy przerywam rozmówcy, jak szybko odpowiadam na trudne maile, czy kończę dzień z poczuciem że kontrolowałem swoje reakcje.
To jest właśnie ten problem z każdą praktyką wewnętrzną - nie możesz odizolować zmiennej. I może właśnie nie powinnaś. Kiedy próbuję oceniać czy konkretna technika działa w oderwaniu od całej reszty rytuału, zwykle wychodzi mi że nic nie działa. Jak traktuję to jako całość, wyniki są inne.
Dla mnie kamień w kieszeni działa dokładnie przez to co Judytka mówi - jest częścią całości. Rano go biorę świadomie, to przypomina mi że mam jakiś zamiar na ten dzień. W sensie to nie jest tak że on sam coś robi, ale że ja przez niego pamiętam co chciałam zrobić.
Wchodzę w to że kamień może być skrótem do stanu. Noszę pewien wisior od kilku lat i naprawdę wystarczy że go dotknę i coś się przestawia. Ale też pamiętam że na początku nic się nie przestawiało. To zbudowało się przez czas i przez konkretne sytuacje kiedy go dotykałam i się skupiałam. Więc może mają rację obydwie strony tej rozmowy.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i zastanawiam się o synchronizmach bo Kunisia wspominała o nich wcześniej. Czy ktoś z was aktywnie obserwuje synchronizmy w pracy, nie tylko jako znaki że idziesz dobrą drogą ale jako coś co próbuje wam coś powiedzieć o konkretnej sytuacji?
O to mi właśnie chodziło kiedy pisałam o magii niewidocznej. Synchronizm w biurze to coś co możesz obserwować bez żadnego rekwizytu, bez rytuału, bez czegokolwiek co wyglądałoby inaczej niż siedzenie przy biurku. Ostatnio mam taki wzorzec że konkretne osoby piszą do mnie akurat kiedy o nich myślę. I nie mówię że to magia - mówię że to jest coś co zaczynam notować.
Ale jak odróżnisz synchronizm od zwykłego przypadku? Bo ludzie piszą do nas dużo, więc statystycznie będą się trafiać momenty gdy ktoś napisze akurat gdy o nim pomyślałaś. Jak ty to filtrujesz?
Dobra, ale to notowanie synchronizmów o którym Kunisia mówi - jak wy to w ogóle robicie technicznie? Bo ja próbowałem zwykły notatnik i po tygodniu przestałem, bo albo nie miałem go przy sobie, albo zapominałem zapisywać w momencie gdy coś się działo, a potem już nie pamiętałem kontekstu.
Właśnie ta zasada żeby nie analizować w momencie zdarzenia jest dla mnie kluczowa. Jak zaczynam natychmiast zastanawiać się czy to synchronizm czy przypadek, to gubię samo doświadczenie. Najpierw zapis, potem interpretacja, i to z odstępem czasowym. Inaczej mózg sam buduje wzorce których nie ma.
Ale właśnie, to co mówisz o mózgu budującym wzorce - czy ty w ogóle zakładasz że jakiś procent tego co notujesz to będzie czysta statystyka i nic więcej? Znaczy, czy wchodzisz w ten projekt z założeniem że synchronizmy istnieją, czy że chcesz sprawdzić czy istnieją?
To jest uczciwe podejście, muszę przyznać. Ale mam pytanie do tej metody - jak długo zbierasz dane zanim zaczniesz wyciągać wnioski? Bo jeśli miesiąc to mało, to kiedy w ogóle masz dość żeby powiedzieć cokolwiek sensownego?
Synchronizmy mają to do siebie że im dłużej je obserwujesz tym trudniej ocenić czy naprawdę widzisz wzorzec czy po prostu nauczyłaś się na co patrzeć. Jung pisał o tym jako o akasalnej zasadzie łączności, ale sam miał problem z falsyfikowalnością swojej koncepcji. Nie mówię że to zły powód żeby obserwować, mówię że wyciąganie wniosków jest trudniejsze niż się wydaje.
Słucham tej dyskusji i mam inne wejście. Zamiast pytać czy synchronizm jest 'prawdziwy' czy nie, można zapytać co on robi z osobą która go przeżywa. I tu jest coś konkretnego - osoby które aktywnie obserwują synchronizmy zazwyczaj zaczynają bardziej uważnie rejestrować swoje własne stany mentalne, bo bez tego nie masz punktu odniesienia. To jest jakiś efekt niezależnie od tego czy zjawisko jest 'prawdziwe'.
A wracając do samej korporacji - czy ktoś z was ma doświadczenie z tym że synchronizmy pojawiają się częściej w pewnych miejscach w biurze niż innych? Pytam bo mam takie wrażenie z jedną konkretną salą konferencyjną i zastanawiam się czy to nie jest po prostu efekt tego że tam mam ważniejsze spotkania i jestem bardziej uważny.
