Ja mam ten stan zanim zacznę z dość prostym sygnałem: przestaje mi przeszkadzać dźwięk z zewnątrz. Jak słyszę samochód za oknem i mnie to nie wybija, wiem że mogę zaczynać. Jak mnie wybija, siedzę i czekam. Czy to brzmi znajomo dla kogoś innego?
Blanka, dokładnie tak samo. I dokładnie z tego powodu przez długi czas myślałam że potrzebuję idealnej ciszy, a potem okazało się że ten dźwięk za oknem jest po prostu wskaźnikiem mojego stanu, a nie przyczyną problemu. Zmiana perspektywy, ale spora.
To jest ciekawe bo ja mam odwrotnie, cisza mnie wyrywa. Jak jest za cicho zaczynam słyszeć własne myśli za głośno. Potrzebuję jakiegoś tła. Nie muzyki, raczej takiego szumu. Zastanawiam się teraz czy to jest mój marker wejścia w stan czy po prostu preferencja.
Czyli dźwięk, zapach, temperatura pokoju, to wszystko może być markerem? Zastanawiam się czy to znaczy że dom jako całość, nie jeden pokój, może działać jeśli zestawi się odpowiednie warunki w normalnej przestrzeni. Trochę wracamy do tytułu tego wątku.
To jest chyba właśnie sedno tego co chciałam zrozumieć kiedy zaczęłam ten temat. Że może nie chodzi o dedykowane miejsce, tylko o zestawienie konkretnych warunków sensorycznych, które powtarzasz w tym samym układzie niezależnie od tego w którym pokoju jesteś.
To co Blanka napisała na końcu chyba jest kluczem do całej tej rozmowy. Że nie chodzi o pokój tylko o układ warunków. Ale mam pytanie: jeśli te warunki są sensoryczne, dźwięk, zapach, temperatura, to jak je przenosisz między pokojami bez zmieniania ich charakteru? Bo wyobrażam sobie że salon brzmi inaczej niż sypialnia.
Marcelii, to jest świetne pytanie i szczerze nie wiem. W moim przypadku zawsze wracam do tego samego miejsca w kuchni, więc nie testowałam przenoszenia. Ale zastanawia mnie czy to akustyka pokoju jest markerem, czy raczej kombinacja tych elementów razem i mózg po prostu rozpoznaje wzorzec jako całość, a nie każdy składnik oddzielnie.
To nie jest taki prosty przekład. Przeniesienie warunków między pokojami to trochę jak przeniesienie kontekstu między komputerami. Możesz skopiować pliki, ale nie środowisko. Zapach rozprowadza się inaczej w przestrzeni o innych proporcjach, dźwięk tła odbija się od innych powierzchni. Jeśli marker jest zbudowany z kilku elementów naraz, to ich suma w innym pokoju da inny wynik.
A co jeśli nie masz nawet kąta? Mam na myśli dosłownie: mieszkanie z rodziną, wspólna przestrzeń, żadnego miejsca które jest tylko twoje. Czy wtedy te warunki sensoryczne można w ogóle zebrać do kupy czy to jest po prostu niemożliwe?
Runika, to jest coś o czym nie myślałam. Że przestrzeń nie musi być komfortowa, musi być powtarzalna. Te dwa słowa nie są synonimami. Zastanawiam się teraz czy moja kuchnia działa dlatego że jest przyjemna, czy dlatego że zawsze jest taka sama.
Ale jest jeszcze jeden wymiar, chyba. Prywatność. Jeśli ktoś może wejść w dowolnym momencie, to nie tylko zaburza warunki sensoryczne, ale też sam stan. Nie da się być skupionym jeśli część uwagi monitoruje drzwi. Jak wy to rozwiązujecie w praktyce?
O, to ciekawe co Jarek napisał o tym buforze. Że wystarczy przekonanie, niekoniecznie gwarancja. Zastanawiam się czy to nie jest podobne do tych markerów, o których wcześniej rozmawiałyśmy. Marker wejścia w stan to też jakieś przekonanie przekształcone w sygnał dla ciała.
Mam pytanie może trochę z boku. Czy ktoś próbował celowo trenować wchodzenie w ten stan mimo potencjalnych zakłóceń? Nie mówię o ignorowaniu drzwi, ale o jakimś ćwiczeniu odporności na przerywanie. Zastanawiam się czy to w ogóle możliwe czy to zawsze będzie skracało efekt.
Jarek, masz na myśli że najpierw trzeba wiedzieć jak ten stan wygląda w dobrych warunkach, żeby potem umieć go rozpoznać i utrzymać w złych? To ma sens, ale wymaga trochę czasu żeby w ogóle dotrzeć do tego punktu.
Ale wracając do praktycznego pytania, które zadał Marcelii. Jeśli nie masz prywatności, nie masz okna czasowego, nie masz nawet łazienki dla siebie jak Runika, to co? Czy magia w domu jest po prostu niedostępna dla pewnych układów życiowych?
Storczyk, to brzmi jak pytanie na które nie ma dobrej odpowiedzi, ale podejrzewam że część odpowiedzi leży w tym co robi się bez rytualnego opakowania. Mam na myśli że stan skupienia, intencja, te wszystkie elementy które omawiamy jako warunki rytuału, mogą działać w bardzo skondensowanej formie. Minuta przy zlewie, z konkretną myślą, powtarzana regularnie, to też coś.
Blanka, dokładnie to chciałam powiedzieć. Rytuał w minimalnej formie to nadal rytuał jeśli jest powtarzalny i świadomy. Pytanie tylko czy to wystarczy danej osobie pod względem poczucia sprawczości, bo to też ma znaczenie dla efektu.
Poczucie sprawczości. To jest słowo które mnie zatrzymuje. Czy to znaczy że część skuteczności pochodzi z tego że po prostu czujemy że coś robimy? Pytam bez ironii, naprawdę zastanawiam się gdzie przebiega granica między rzeczywistym działaniem a placebo które jednak też działa.
To co napisał Jarek o operacyjnej różnicy, albo jej braku, siedzi mi w głowie. Bo jeśli mechanizm jest drugorzędny wobec efektu, to czy w ogóle ma sens pytanie o to, czy coś 'naprawdę działa'? Przy tej logice wszystko działa jeśli działa na ciebie. Ale to chyba za proste.
Ale chyba nie o choroby tu chodzi, prawda? Magia w tym sensie w jakim omawiamy, praca z intencją, stanem, skupieniem, operuje głównie na poziomie decyzji i percepcji. I na tym poziomie 'placebo' robi realną robotę, bo decyzje są realne.
Dobra, ale wracam do swojego pytania z wcześniej, bo nadal nie mam odpowiedzi. Jeśli ktoś ma zerową prywatność, zero powtarzalnych warunków, nie może zbudować żadnego markera, to co konkretnie może zrobić? Czy magia domowa jest wtedy po prostu zamknięta?
A co macie na myśli mówiąc 'stan wewnętrzny'? Bo to brzmi jak coś bardzo abstrakcyjnego. Czy to jest po prostu skupienie, czy coś więcej? Pytam bo sama nie jestem pewna czy odróżniam 'stan' od zwykłego myślenia o czymś intensywnie.
Eugenka, dzięki za to rozróżnienie, bo rzeczywiście nigdy nie myślałem o tym w kategoriach jakości uwagi versus treści. To mi daje nowy kąt. Ale mam pytanie, trochę z boku: czy ta jakość uwagi jest czymś co możesz zauważyć dopiero po fakcie, czy w trakcie też wiesz czy ją masz?
To porównanie ze snem mnie zatrzymało. Bo jeśli stan świadomości podczas rytuału jest w jakimś sensie podobny do snu w tym sensie że go nie możesz ocenić na bieżąco, to skąd wiadomo że się w nim jest? Czy nie możesz myśleć że jesteś w stanie, a być po prostu zrelaksowanym?
Jarek, to co piszesz się zgadza z moim doświadczeniem. Przez długi czas myślałam że pracuję w stanie skupienia, a potem trafiłam na moment gdzie było wyraźnie inaczej i dopiero wtedy zobaczyłam różnicę wstecz. Ale to znaczy że trzeba trochę poczekać zanim w ogóle wiesz na czym stoisz.
I to jest trochę frustrujące, bo jeśli muszę powtarzać dużo razy żeby wyrobić punkt odniesienia, a nie mam warunków do powtarzania, to koło się zamyka. Nie mówię że rezygnuję, po prostu mówię że ta ścieżka ma konkretne bariery wejścia.
Lipka, ale czy to nie jest po prostu medytacja? Bo jeśli tak, to ciekawe że w sumie dochodzimy do wniosku że podstawa magii domowej jest nieodróżnialna od medytacji.
