Witam wszystkich. Składam swój pierwszy własny zestaw run – jabłoń, ręcznie strugane, jutro kończę ostatnie ryty. Weekend mam wolny i chciałbym podejść do konsekracji. Pytanie do bardziej doświadczonych – od czego zaczynacie? Bo w sieci jest masa wersji i każdy autor ma inną kolejność. Interesuje mnie, jak to wygląda u ludzi, którzy robili to nie raz i nie dwa.
kończyłem niedawno strugać zestaw z gałęzi jabłoni i mam już wszystkie dwadzieścia cztery sztuki. Wyszły porządnie, podobają mi się. Teraz stoję przed konsekracją i przyznam, że mam zamulone myśli – w głowie kotłują mi się różne podejścia, każde z innej strony. Jak to robicie u siebie? Najbardziej ciekaw jestem, od czego konkretnie zaczynacie, jaki jest ten pierwszy krok. Nie chcę walnąć w taką robotę z marszu i potem żałować.
Pierwszy krok u mnie zawsze ten sam – siadam i jeszcze raz idę po każdej rune palcem, żeby się upewnić, że strona ryta jest tą stroną, którą widzę jako wierzchnią. Brzmi banalnie, ale ten jeden moment „zapoznania się” z fizycznością zestawu ustawia mi resztę. Dopiero potem przestrzeń, dopiero potem barwienie.
Klasycznie pracę zaczyna się od oczyszczenia drewna – sucha ścierka, lekkie przetarcie, nic mokrego. Potem przestrzeń, potem znak młota nad płótnem, na którym leżą runy, potem dopiero galdr i barwienie. Kolejność jest istotna, bo każdy etap zamyka poprzedni.
U mnie pierwszy krok to oczyszczenie siebie, nie run. Kąpiel, świeże ubranie, godzina ciszy. Runy poczekają. Zanim się weźmie do nich brudnymi rękami i głową pełną dnia, nic z tego nie wyjdzie.
Najważniejsza rzecz, której nikt jeszcze nie napisał – zaplanuj sobie dzień wolny. Konsekracja w pośpiechu między pracą a obiadem nie ma sensu. Trzeba mieć kilka godzin na sam rytuał plus przerwę na schnięcie barwnika, plus drugą część, czyli pieczętowanie. To minimum dwa wejścia w przestrzeń sakralną, w odstępie kilku godzin.
Wracając do pytania o pierwszy krok – ja zaczynam od ognia. Świeca albo mała miska z drobnym ogniem na ołtarzu, zanim w ogóle dotknę run. Bez ognia nie zaczynam, bo to jego brakuje w skupieniu, gdy jest tylko stół i kawałki drewna.
Ja w ogóle bez oleju lnianego idę. Sama ochra z wodą, kropla krwi, koniec. Olej daje połysk i trwałość, ale dla mnie to już efekt komercyjny. Drewno chłonie suchy proszek nasączony minimalnie i to wystarcza na lata.
Ja olejem lnianym dopiero pieczętuję na końcu, po wyschnięciu krwi i ochry. To wtedy ma sens – zamyka, nie barwi.
Mnie ciekawi temat krwi. Zawsze się tego trochę bałam i odkładałam. Czy ślina zamiast krwi to faktycznie wystarczające zastępstwo, czy to taka pociecha dla niezdecydowanych?
Dziękuję obojgu. Skłaniam się do nakłucia palca, jak będzie czas na własny zestaw. Brzmi mi to czyściej w sensie procedury.
Ważna rzecz przy krwi – co potem ze szmatą i miseczką. U mnie szmata leci do ognia tego samego dnia, a miseczka nie służy już do niczego innego. Stoi w pracowni do ewentualnej rekonsekracji albo do bindrun.
Wracając do galdru – nie wszyscy go używają. Sam zacząłem od głośnego intonowania i po latach przeszedłem na szept. Dla mnie to działa lepiej, dźwięk jest bardziej w ciele niż w powietrzu. Nie jest to konieczność, że musisz krzyczeć w pustym pokoju.
