Zimna woda na nadgarstki to jest coś co słyszę od lat i sama stosuję, ale zastanawiam się czy to nie jest zbyt gwałtowne przed rytuałem. Nie chodzi mi o temperaturę, ale o to że to jest dość szorstki bodziec fizyczny. Czy nie wyprowadza cię z jakiegoś delikatniejszego stanu zamiast do niego wprowadzać?
To mi otwiera głowę trochę. Bo ja zawsze próbowałam przejść z pracy bezpośrednio do rytuału jak przez bramkę. A może problem jest właśnie w tym że między nimi nie ma żadnego buforu. Że to jest za gwałtowna zmiana trybu bez żadnej przerwy.
Blanka, ja miałam dokładnie ten sam problem. I dla mnie tym buforem okazało się mycie naczyń. Nie żartuję. Jest w tym coś mechanicznego i kończącego, i po tym zupełnie inaczej siadałam. Nie wiem czy to ma głębsze znaczenie czy to po prostu mój mózg potrzebuje jasnego sygnału zamknięcia jednej rzeczy zanim otworzy kolejną.
Izoldka, a czy to nie jest trochę tak jak rytuały przejścia w sensie antropologicznym? Tzn. żeby wejść w inny stan, najpierw trzeba symbolicznie zakończyć poprzedni. Czytałam kiedyś o tym w kontekście obrzędów w różnych kulturach i tam zawsze jest ten element zamknięcia zanim coś nowego.
No i właśnie tu teoria spotyka się z praktyką. Bo niezależnie czy to nazwiemy fazą liminalną czy buforem czy resetem, chodzi o to samo. Zmiana stanu nie dzieje się skokowo. Potrzebuje przejścia. I to co mnie uderza w tej rozmowie to że każdy z nas wypracował to samodzielnie, inaczej, bo kawałek mięty, mycie naczyń, zimna woda, ale wszyscy doszli do tej samej konkluzji że to jest konieczne.
Ja nie wypracowałem jeszcze nic takiego i teraz się trochę czuję jakbym opuścił jakiś ważny krok. Ale mam pytanie, bo mnie to naprawdę interesuje. Czy ten bufor musi być zawsze ten sam? Czy może być różny w zależności od dnia, od nastroju?
Mam wrażenie że cała ta rozmowa kręci się wokół jednej rzeczy której nikt wprost nie nazwał. Że problem z pracowaniem w jednej przestrzeni do wielu rzeczy nie jest problemem przestrzeni, tylko problemem tożsamości. Tzn. twój umysł w tej przestrzeni nie wie kim jest w danym momencie. I wszystkie te bufory i zakotwiczenia to są sposoby żeby mu powiedzieć: teraz jesteś kimś innym niż pięć minut temu.
Lipka, to jest sformułowanie które mi zostanie. Tożsamość w przestrzeni. I teraz rozumiem czemu czuję że te warstwy się nakładają, bo dla mnie to jest wciąż ta sama ja w tym samym miejscu, niezależnie co robię. I może o to chodzi, żeby przez rytuał samego przejścia stworzyć choć chwilowo kogoś innego. Albo przynajmniej wejść w inny tryb.
Dobra, to ja się jednak przyznam że ta rozmowa mnie trochę zmieniła w patrzeniu na to. Byłam sceptyczna wobec całej idei rytuałów w kawałku pokoju gdzie też jesz i pracujesz, ale argumenty o buforach i zakotwiczeniach są dla mnie bardziej przekonujące niż gdybyście mówili o energii miejsca. To drugie jest dla mnie abstrakcyjne. To pierwsze rozumiem. Pytanie tylko czy to w ogóle działa jeśli nie wierzysz w magiczną część.
To co Lipka napisała o tożsamości w przestrzeni jakoś mi nie wychodzi z głowy. Zastanawiam się czy to nie tłumaczy też dlaczego niektóre osoby w ogóle nie mają problemu z pracą bez dedykowanego miejsca, a inne czują że nic nie wychodzi. Może to kwestia tego jak bardzo dana osoba jest przywiązana do zewnętrznych markerów stanu?
To mnie trochę uspokaja, bo miałam poczucie że wszyscy tutaj opisują jakieś bardzo czyste i bezbłędne przejścia między trybami. A ja mam po prostu chaos. Ale jeśli zewnętrzne markery to coś co poprzedza to wewnętrzne, to może jestem we właściwym miejscu, tylko na wcześniejszym etapie tej drogi.
Eugenka, a czy był jakiś moment kiedy zorientowałaś się że te zewnętrzne rzeczy zaczynają być opcjonalne? Że możesz bez nich, ale nie musisz? Bo mnie interesuje jak to przejście wygląda w praktyce, nie w teorii.
był. I wcale nie był spektakularny. Po prostu raz nie miałam przy sobie nic z tego co zwykle biorę, zrobiłam coś w pośpiechu, i ku mojemu zaskoczeniu działało. Nie tak samo, ale działało. Wtedy zdałam sobie sprawę że przez lata nie budowałam zależności od świecy czy kadzidła, tylko budowałam coś w środku, a te rzeczy były scaffolding.
Scaffolding to dobre słowo. Rusztowanie które zdejmujesz jak budynek stoi. Tylko że część ludzi nigdy nie zdejmuje rusztowania i potem myśli że bez niego budynek się posypie.
A co z tym że niektóre rytuały po prostu wymagają określonych przedmiotów czy miejsca? Nie dlatego że jesteśmy od nich zależni, ale dlatego że są częścią struktury rytuału? Pytam bo mam wrażenie że mieszamy dwie rzeczy, uzależnienie psychologiczne i celowe użycie elementów jako części praktyki.
To znaczy że możemy mówić o dwóch różnych funkcjach przedmiotów w rytuałach? Jedne pomagają wejść w stan, a drugie są częścią samego działania? Dobrze rozumiem?
To mi otwiera zupełnie nowy sposób myślenia o tym co zbieram. Mam skrzynkę różnych rzeczy których używam i dopiero teraz zaczynam się zastanawiać czy je stosuję dlatego że je potrzebuję do konkretnego działania, czy dlatego że przyzwyczaiłam się do nich jako do wejścia w stan. Chyba nigdy tego nie rozróżniałam.
Blanka, a jak będziesz to sortować, to byłoby ciekawe wiedzieć co wychodzi. Podejrzewam że większość z nas nie wie tego o własnych praktykach.
To jest może głupie pytanie, ale jak właściwie sprawdzić do której kategorii należy dany element? Czy to jest kwestia eksperymentu czy jest jakiś sposób żeby to ocenić z góry?
Jeszcze wracając do tego co napisałeś wcześniej, Jarek, o dwóch funkcjach przedmiotów. Mam pytanie praktyczne: co jeśli jeden przedmiot pełni obie funkcje jednocześnie? Tzn. jest i markerem wejścia, i elementem działania? Czy to w ogóle możliwe czy jednak muszą być rozdzielone?
To mnie zatrzymuje przy tej skrzynce o której mówiłam. Mam tam świecę którą kupuję zawsze tego samego koloru, zapalam ją zawsze na początku i zawsze wracam do niej w połowie rytuału żeby przypomnieć sobie intencję. W takim razie ona chyba jest tym podwójnym przypadkiem o którym mówi Jarek?
Blanka, i co robisz jeśli tej świecy nie masz? Pytam serio, bo to chyba najszybsza odpowiedź na pytanie którą z tych funkcji pełni.
To co Blanka opisuje to jest dokładnie ten moment przed przejściem o którym mówiłam wcześniej. Człowiek dba żeby element był, bo jeszcze nie wie czy go potrzebuje. Ja też przez długi czas robiłam zakupy świec jak gdyby od tego zależało życie, a potem okazało się że to był lęk, nie konieczność.
Ale czy to złe że dbasz o to żeby mieć? Rozumiem że Eugenka mówi o lęku, ale z zewnątrz to wygląda po prostu jak dobra organizacja. Jak mam odróżnić troskę o praktykę od uzależnienia od konkretnych rzeczy?
Mam takie samo co Storczyk, ale od innej strony. Czy to możliwe że ta granica między troską a uzależnieniem jest po prostu subiektywna i różna dla różnych ludzi? Bo co dla jednej osoby jest blokerem, dla innej może być po prostu silnym preferencją i żadnym problemem.
Hm, nie jestem pewna czy ograniczenie to właściwe słowo. Gitarzysta który gra tylko na swojej gitarze, nie pożyczonej, też ma jakieś wymagania. Nikt mu nie mówi że jest uzależniony od instrumentu.
Czy stan o którym mówicie to jest coś co można opisać bardziej konkretnie? Bo czytam tę rozmowę od początku i chyba intuicyjnie rozumiem o co chodzi, ale brakuje mi jakiegoś opisu co się wtedy dzieje. Nie w sensie mistycznym, bardziej fizycznie albo mentalnie.
