Klasyczny temat - mało jest tak częstych doświadczeń paranormalnych jak ta postać w nogach łóżka. Pytałem znajomych przez lata - prawie każdy ma jakąś wersję tego. Wysoki cień, czasem w kapeluszu, czasem w kapturze, stoi i obserwuje. Trwa parę sekund i znika. Ofiara nie może się ruszyć, czasem nie może krzyknąć. Tłumaczenia są dwa - paraliż senny z halucynacjami albo realna obecność. Spór ma już kilkadziesiąt lat i nie widzę żadnego rozstrzygnięcia.
Tłumaczenie neurologiczne jest mocne. Mózg wybudza się przed ciałem, REM trzyma paraliż mięśni, ciało migdałowate generuje strach, kora przedczołowa nie nadaje racjonalnej kontroli. Wszystko razem - efekt "obcego w pokoju". Plus lokalizacja w nogach łóżka jest wytłumaczalna - to obszar peryferyjnego widzenia, gdzie mózg najłatwiej "dorabia" sylwetki z cieni.
Mam swoją historię z 2003 roku. Obudziłam się o 3 nad ranem, leżałam na plecach, otworzyłam oczy. W nogach łóżka stała sylwetka - czarna, bez twarzy, w czymś jak długi płaszcz. Nie miałam paraliżu, mogłam się ruszać. Usiadłam, zapaliłam światło - sylwetka znikła. Wstałam, sprawdziłam mieszkanie. Drzwi zamknięte, okna zamknięte, wszystko jak trzeba. Od tego dnia śpię ze światełkiem nocnym. Nigdy więcej tego nie widziałam.
Co mnie ciekawi w tej postaci - to jej PASYWNOŚĆ. Stoi i obserwuje. Nie atakuje, nie podchodzi, nie mówi. Zmora dusi, sukub uwodzi, klasyczny duch coś chce. Hat Man po prostu STOI. To jest dziwne. Nawet w halucynacjach paraliżu sennego "intruder" zazwyczaj się przybliża, dotyka, dusi. Tu - obserwuje z dystansu. Inny wzorzec.
