Ale to chyba jest normalne przy każdej praktyce, nie? Jak ktoś medytuje i ciągle układa poduszkę, zapala kadzidło, poprawia pozycję i nigdy tak naprawdę nie siada w ciszy? Czy to jest typowo coś dla pracy z głosem?
Wracam jeszcze do tej bezbronności o której mówiłam. Przy tarota też jest coś podobnego, szczególnie kiedy czytasz dla siebie po przerwie. Karty nie kłamią ale też nie są delikatne. I podobnie chyba jest z głosem, tylko że przy kartach możesz odłożyć talię jeśli nie jesteś gotowa, a głos masz zawsze przy sobie.
To jest trochę jak z pisaniem. Długopis masz zawsze i papier gdzieś jest, ale i tak siadanie do pisania bywa trudne.
W wielu kulturach zanim pismo w ogóle istniało, formuły, modlitwy i zaklęcia żyły wyłącznie w przekazie ustnym. Nie było możliwości zapisania ich, utrwalenia poza pamięcią i gardłem. I ten brak możliwości cofnięcia, brak możliwości poprawki, brak fizycznego obiektu do którego można wrócić, to według wielu tradycji była właśnie źródłem ich działania, a nie wadą. Pismo dało nam możliwość korekty, ale zabrało tę nieodwracalność.
I teraz rozumiem trochę lepiej czemu mam ten opór. Moje poprzednie praktyki były właśnie w tym rejestrze, bez notatek, bez nagrań. To co robiłam, robiłam tylko raz w danym kształcie. A teraz boję się że to co wyjdzie po powrocie będzie inne i nie wiem czy to będzie kontynuacja czy coś nowego udającego stare.
To co Pytia napisała na końcu mnie zatrzymało. Że boi się że to co wyjdzie po powrocie będzie inne. Ale co to miałoby znaczyć że gorsze? Bo jeśli praktyka oralna jest żywa, to zmiena to nie degradacja, to kontynuacja.
Nie wiem czy gorsze. Raczej nierozpoznawalne. Że wyjdzie coś czego nie będę umiała umieścić w tym co robiłam wcześniej. I wtedy to nie będzie powrót, tylko zupełnie nowe zaczęcie, a ja nie chcę zaczynać od nowa.
ale skąd to założenie że powrót musi być ciągłością? Przerwa zmienia człowieka, to normalne. Może to co wyjdzie po niej i tak będzie wynikać z poprzedniego, tylko ty tego nie rozpoznasz od razu bo szukasz identyczności, a nie pokrewieństwa.
Myślę że w tradycjach gdzie przekaz był wyłącznie ustny, nie istniało pojęcie powrotu do identycznej formy. Każde wykonanie było trochę inne, bo wykonawca był inny w czasie. I to nie osłabiało praktyki, wręcz przeciwnie, jej żywotność polegała właśnie na tym że oddychała z człowiekiem. Cisza między praktykami nie była przerwą w transmisji, była częścią rytmu.
Czekajcie, to znaczy że ta cała trudność z powrotem, o której Pytia pisała od początku, może być po prostu kwestią tego że chce trafić w coś czego już nie ma? Trochę jak śpiewanie piosenki którą znałaś na pamięć dziesięć lat temu i denerwujesz się że wychodzą inne słowa?
