Zaczęłam ostatnio przeglądać stare notatki po babci i trafiłam na coś, co mnie zatrzymało. Ona miała opisane konkretne gesty, które wykonywała przy różnych pracach - coś w stylu jak trzymać ręce przy zbieraniu ziół, jak je potem przenosić, w którą stronę okrążać stół. Nigdy tego głośno nie tłumaczyła, po prostu pokazywała. Zastanawiam się, czy ten przekaz przez ruch to nie jest coś głębszego niż to, co zwykle słyszymy o magii. Że zaklęcie to słowa, że rytuał to świece i krąg. A co jeśli samo ciało jest nośnikiem - że gest nie ilustruje intencji, tylko ją tworzy? Ktoś miał do czynienia z tradycjami, gdzie ruch był centralny, nie dodatkiem?
To bardzo ciekawe pytanie, bo w galdrze - nordyckiej tradycji śpiewu magicznego - gesty rąk i pozycja ciała były równorzędne ze słowami. Galdrstavy, czyli pozy przypisane do poszczególnych run, to nie była pantomima, tylko aktywacja. Starsze źródła skandynawskie sugerują, że wykonywanie galdr bez właściwego ułożenia ciała było uważane za niekompletne, trochę jak mówienie połowy słowa. Mam wrażenie, że we współczesnych pracach o runach ten aspekt jest mocno spłycony. Piszesz, że babcia nigdy nie tłumaczyła - myślisz, że ona w ogóle ujmowała to w kategoriach 'magii', czy dla niej to był zwykły sposób robienia rzeczy?
Chcę tu trochę wyhamować, bo rozmowa idzie w stronę, która może być myląca. Gest bez świadomości tego, co robisz, to żaden gest - to nawyk. I tu jest różnica, którą często się zamazuje. Twoja babcia pewnie wiedziała, co i po co robi, nawet jeśli nie mówiła tego słowami. Przekaz przez pokazywanie działa, bo uczeń patrząc, mimowolnie pyta ciałem: dlaczego tak? I właśnie w tym pytaniu jest miejsce na naukę. Ale jeśli ktoś kopiuje ruch bez żadnego zakorzenienia w rozumieniu - to nie jest kontynuacja tradycji, tylko forma. Sama forma bez treści rzadko cokolwiek daje, w mojej praktyce przynajmniej.
Muszę się tu wtrącić, bo myślę że Zdzislawa i Celestynka mówią o dwóch różnych rzeczach i obie mają rację w swoim zakresie. Zdzislawa mówi o praktyce - że samo małpowanie nie wystarczy. Celestynka pyta o zasadę - czy ciało może być nośnikiem wiedzy niezależnie od głowy. W tradycjach szamańskich mamy coś, co można by nazwać 'pamięcią mięśniową rytuału' - sekwencje ruchów przekazywane tak długo, że stają się częścią ciała praktykującego. Ale tu jest haczyk: te tradycje mają zazwyczaj żywą linię przekazu, kogoś kto stoi za tobą i koryguje, wyjaśnia, czasem bez słów. Sam notes z opisami gestów to nie to samo. Hortensja, jak szczegółowe były te notatki babci?
Przed. Wyraźnie przed. I to jest właśnie ten moment, który mnie zatrzymał przy tych notatkach tak długo. Zobaczyłam narysowany ruch ręki nad misą z wodą - trzy okrążenia zgodnie z ruchem wskazówek, potem jeden krzyżowy ruch. Robię dokładnie to samo przy pewnych pracach. Zaczęłam to robić jakieś pięć lat temu, bez żadnego powodu, po prostu tak wychodziło. I nie miałam pojęcia, że babcia to gdziekolwiek zapisała.
To jest moment, przy którym trudno pozostać obojętną. Mówisz o czymś, co w niektórych tradycjach opisuje się jako 'pamięć krwi' - ale to określenie jest dość obciążone ideologicznie, więc wolę powiedzieć inaczej: istnieje pytanie, czy pewne wzorce zachowań mogą być przekazywane biologicznie albo przez wczesną obserwację, której nie pamiętamy świadomie. Widziałaś babcię w dzieciństwie przy takich pracach?
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i chcę dodać jeden kontekst, bo myślę że jest ważny. W religioznawstwie mówi się o 'ortopraksis' w opozycji do 'ortodoksji' - czyli o tradycjach, gdzie ważniejsze jest robienie rzeczy we właściwy sposób niż wyznawanie właściwych przekonań. Większość tradycji ludowych w Polsce - i szerzej w Europie Środkowej - funkcjonowała właśnie tak. Nie było tam teologii, był rytuał. I ten rytuał był przekazywany dokładnie tak jak opisujesz: przez pokazywanie, bez słów, bez wyjaśniania. Co ciekawe, badania nad transmisją kulturową pokazują, że gesty przekazywane niewerbalnie są często bardziej stabilne przez pokolenia niż te, które mają opisowe wyjaśnienie. Bo opis można uprościć, gest jest albo zrobiony albo nie.
Chcę zapytać o coś nieco z boku, ale wydaje mi się związane. Mówimy o gestach przekazywanych przez pokolenia i ich efekcie - ale czy ktoś z was próbował 'tworzyć' nowe gesty, nie odziedziczone? I czy czujecie różnicę w tym, jak działają? Bo mam wrażenie, że duża część dyskusji zakłada, że tylko stare, ukorzenione gesty mają znaczenie. A co jeśli to nie wiek decyduje, tylko coś innego?
Słucham i myślę o tym, jak to wygląda w pracy z afirmacjami i medytacją, bo tam też ruch bywa istotny - gesty mudry, ułożenie dłoni, pozycja kręgosłupa. I zawsze mnie zastanawiało, czy to są rzeczy, które 'działają' bo rzeczywiście coś robią z przepływem energii w ciele, czy dlatego że sygnalizują mózgowi konkretny stan. Bo jest badanie - chyba Harlequin i in., 2018, ale mogę się mylić w nazwisku - pokazujące, że pozycja ciała podczas podejmowania decyzji wpływa na treść tej decyzji. Wyprostowana postawa, otwarte ramiona - inne wybory niż zgarbiona, zamknięta. Jeśli tak jest, to gest nie musi być 'magiczny' żeby zmieniać rzeczywistość, wystarczy że zmienia ciebie.
Wiem dokładnie, co masz na myśli, Zdzislawo. To moment, kiedy gest przestaje być ruchem ciała, a zaczyna być czymś, co 'idzie samo'. Mam to przy pewnym układzie kart - ręce poruszają się zanim zdążę pomyśleć. I tu wracam do tego, o czym mówiła Hortensja: jeśli jej babcia przekazała gesty bez słów, to może właśnie ten rodzaj automatyzmu był intencją? Nie tłumaczenie, tylko wprawienie ciała w określony tor?
Słucham i mam pytanie do Hilka, bo to mnie najbardziej ciekawi. Mówisz, że działają, ale nie wiesz, czy są poprawne. A jak w ogóle mierzysz, że działają? Co jest dla ciebie sygnałem? Bo wydaje mi się, że to jest sedno całej tej rozmowy - skąd wiemy, że gest coś zmienia, a nie że po prostu lubimy go wykonywać.
To pytanie Naparastnicy jest w zasadzie pytaniem o weryfikację i mam wrażenie, że w tej rozmowie trochę omijamy ten temat. Każdy mówi, że 'czuje różnicę' - ale co to znaczy konkretnie? Ja przy medytacji z mudrami mam bardzo wyraźne sygnały somatyczne - zmiana oddechu, temperatura dłoni, czasem coś w klatce piersiowej. Ale wiem też, że te rzeczy można wywołać samą koncentracją bez żadnego gestu. Więc jak to rozdzielić?
Czytam tę rozmowę od początku i mam może naiwne pytanie, ale serio nie rozumiem. Mówicie o gestach, które 'działają' - ale co to właściwie znaczy, że działają? Co ma się stać, żeby gest 'zadziałał'? Pytam, bo może wychodzę od zupełnie innego rozumienia niż reszta.
I właśnie dlatego ta rozmowa jest trudna - bo rozmawiamy o tym samym słowie, które dla każdego znaczy co innego. Mnie to nie przeszkadza, ale warto to powiedzieć wprost. Gest może zmieniać stan ciała, może zmieniać uwagę, może - jeśli ktoś w to wierzy - zmieniać coś poza ciałem. Każde z tych 'działań' wymaga innego sposobu weryfikacji.
Właśnie. I tu wracam do pytania o gesty odziedziczone kontra tworzone od nowa, bo Naparstnica78 zadała to wcześniej i nie za bardzo dokończyłyśmy. Mam wrażenie, że gesty odziedziczone mogą być bardziej skuteczne w zmienianiu stanu, właśnie dlatego że są nieswoje - jest w nich coś, co ciało traktuje poważniej niż własny wynalazek. Trochę jak placebo działa mocniej, gdy pochodzi od kogoś z autorytetem.
Dokładnie. W tekstach tantrycznych nauczyciel nie tylko pokazuje mudry - on inicjuje. To znaczy, że sam akt przekazu ma swoją wagę, niezależnie od treści. Bez tego kontekstu masz formę bez tła. Ale - i to ważne - różne tradycje różnie to rozwiązują. W niektórych wystarczy tekst, w innych bez inicjacji nic nie przejdzie. Nie wiem, z jakiej tradycji pochodzą twoje notatki.
Właśnie się zastanawiam, czy to rozróżnienie dotyczy wyłącznie tradycji hinduskich, czy można je przyłożyć szerzej. Bo jeśli myślę o tym, jak w słowiańskich praktykach przekazywano znachorstwo - to też zawsze była relacja, nie zapis. Babcia uczyła wnuczkę przy robocie, nie zostawiała instrukcji. Ale nikt tam nie mówił o inicjacji jako czymś formalnym. Czy to ten sam mechanizm, tylko bez nazwy?
Trochę gubię się w tej dyskusji, bo mam wrażenie, że mówicie o dwóch różnych rzeczach jednocześnie. Z jednej strony - czy gest działa bez przekazu linii. Z drugiej - co w ogóle znaczy, że działa. Czy można to jakoś rozdzielić, czy to jest nierozłączne? Bo może odpowiedź na jedno zależy od tego, jak odpowiemy na drugie.
Ale Hilek, czy to nie jest trochę wyjście awaryjne? Mówimy 'może nie da się porównać' i na tym kończymy. A przecież Hortensja ma konkretny problem - ma notatki, chce wiedzieć, czy ma z nimi pracować, czy nie. Co jej to daje?
Mam wrażenie, że zbyt szybko sprowadzamy to do pytania 'próbować czy nie próbować'. Ale jest opcja trzecia - próbować, ale z pełną świadomością, że nie wiem, co robię i że efekt może być inny niż zamierzony. I obserwować to uczciwie. Nie zakładać sukcesu, nie zakładać porażki. Tylko patrzeć.
A może nie trzeba ich odróżniać? Jeśli przyjmiemy, że gest i intencja to jeden system - to odpowiedź ciała jest odpowiedzią na całość, nie na sam ruch. I w takim razie pytanie nie brzmi 'czy gest działa', tylko 'co ten gest robi ze mną'. To przesuwa ciężar z zewnątrz do wewnątrz.
Nie powiedziałbym, że trzeba wybierać. W praktyce tantrycznej jest takie rozróżnienie: kriyashakti - siła działania przez formę, i jnanashakti - siła działania przez świadomość. Mudra może angażować obie, ale proporcje zależą od kontekstu i praktykującego. Gest odziedziczony może mieć więcej kriyashakti, gest wymyślony - więcej jnanashakti. Jeden nie jest z definicji lepszy.
To ciekawe, bo niektóre gesty w notatkach mają bardzo precyzyjne opisy ułożenia palców - dosłownie z zaznaczeniem, który staw ma być zgięty. To brzmi jak właśnie forma zapisana dla samej formy. Inne są opisane bardziej nastrójowo - 'jak przy odpływaniu wody' - i to jest dla mnie nieprzydatne bez kontekstu.
Ten opis 'jak przy odpływaniu wody' - to jest właśnie to, co ginie bez linii. Ktoś wiedział, co to znaczy, bo widział to zrobione. Ty masz obraz bez ruchu.
Ale czy to w ogóle da się odtworzyć bez pomocy? Serio pytam, nie retorycznie. Czy ktoś miał doświadczenie rekonstruowania czegoś podobnego - gestu albo rytuału z niepełnego zapisu?
Przepraszam, że wchodzę z czymś bardziej przyziemnym, ale czytając o tej rekonstrukcji z fragmentów - czy to nie jest po prostu to, co robi każdy etnograf albo historyk religii? Zbierają fragmenty, próbują odtworzyć sens. Tylko że zwykle nie zakładają, że to co odtworzą będzie 'działać magicznie'. Albo jednak zakładają i ja nie wiem o tym?
Wracając do moich notatek - mam teraz poczucie, że te dwa typy opisów, o których mówiłam, to właściwie dwa różne problemy. Te z dokładnym układem palców mogę próbować odtworzyć przez samo ćwiczenie formy. Ale te 'nastrójowe' - tam nie wiem nawet od czego zacząć. Czy ktoś miał do czynienia z czymś podobnym? Jak odtworzyć stan, który ktoś opisał metaforycznie, nie mając żadnego punktu odniesienia?
