No właśnie. I zastanawiam się czy ludzie na tym forum w ogóle chcą wybierać. Bo jak słucham tej rozmowy to mam wrażenie że wszyscy trochę owijają w bawełnę żeby nie powiedzieć wprost ani 'to jest psychologia' ani 'to jest coś nadnaturalnego'.
Ale placebo działa na ból czy nastrój, nie na coś zewnętrznego. Jeśli ktoś robi rytuał żeby zmienić swoje nastawienie do pracy - okej, może efekt psychologiczny wystarczy. Ale jeśli oczekuje że ktoś mu oddzwoni albo coś w świecie fizycznym się zmieni, to tu analogia z placebo nie bardzo trzyma.
Mnie nie boli ta różnica ale boli mi kiedy ktoś zakłada że magia to albo coś nadnaturalnego albo iluzja. Jakby nie było trzeciej opcji. Przy runach ja nie zakładam że kamienie same sobie coś robią. Ale proces przez który przechodzę kiedy je rczucam i interpretuję - to jest coś co zmienia moje myślenie realnie. I czy to 'tylko' psychologia czy coś więcej, to mnie szczerze mało interesuje.
Czytam to od dłuższego czasu i ta część dyskusji mnie zatrzymuje. Bo chyba jest też kwestia że język magiczny nie jest tylko opisem mechanizmu - on jest częścią praktyki. Jak mówię że 'kieruję intencję' to nie robię tego dlatego że wierzę dosłownie w energię która leci przez przestrzeń. Robię to bo taki język pomaga mi się skupić i nadać znaczenie temu co robię. Czy to czyni go fałszywym?
To co Mistralia80 pisze to jest chyba klucz do tej dyskusji. Język rytuału jest performatywny, nie opisowy. To znaczy że nie opisuje stanu rzeczy, tylko coś robi. Austin pisał o tym przy mowie performatywnej - wypowiedź nie jest prawdziwa ani fałszywa, ona coś sprawia. Rytuał działa podobnie. Możesz być sceptyczny co do ontologii i jednocześnie uczciwie praktykować.
Dobra ale wróćmy na chwilę do tego co zaczęło wątek, bo trochę odpłynęliśmy. Ta kwestia języka i mechanizmu to interesujące terytorium samo w sobie, ale co z pierwotnym pytaniem - czy to działa inaczej kiedy jesteś sam czy w grupie? Bo jeśli mechanizmem jest właśnie zmiana myślenia i skupienie intencji, to czy obecność innych ludzi zmienia coś w tym mechanizmie?
Zmienia i to dość znacząco, przynajmniej w moim przypadku. Kiedy robię coś solo, jestem ze sobą szczera bo nikt nie patrzy. W grupie jest jakiś element reprezentacji siebie przed innymi, który albo pomaga albo przeszkadza. Pamiętam rytuał gdzie jedna z osób wyraźnie 'grała' skupienie i to się udzielało reszcie - wszyscy zaczęliśmy być trochę teatralni zamiast autentyczni. Nie wiem czy to był efekt grupy dobry czy zły, ale był inny.
Gabka to ciekawe bo ja miałam coś odwrotnego - że obecnosc kogoś innego mnie zmuszała do skupienia bo czułam że nie mogę 'wypaść' z rytuału. Sama często mam problem z rozproszeniem. Może to zależy od osoby jakie dynaimki się włączają?
I od tego czy grupa się zna. Z obcymi mam zupełnie inne doswiadczenie niż z osobami które znam od lat. Z nieznanymi jest jakiś dystans który nie odpuszcza nawet kiedy rytuał trwa dość długo. Z bliskimi ten próg wchodzenia w skupienie jest znacznie niższy.
A jak w ogóle wiadomo że coś zadziałało na poziomie grupy a nie przypadkowo u jednej osoby? Mam na myśli - jeśli intencja była np. żeby coś się zmieniło dla każdego z uczestników osobno, to jak oceniasz czy to był efekt wspólny?
Zastanawiam się czy ten temat w ogóle da się porównywać między różnymi praktykami. Bo to co działa grupowo przy runach czy przy fizycznym rytuale, to raczej nie ma odpowiednika w numerologii którą ja robię. Numerologia jest dla mnie bardzo solowa. Czy ktoś w ogóle próbował czegoś grupowego w sensowny sposób przy praktykach które z natury są bardziej 'głównymi w głowie'?
Przy czakrach jest trochę inaczej bo medytacje grupowe robię czasem z innymi i tam naprawdę czuć różnicę. Nie wiem czy to synchronizacja czy zwykłe wzajemne wyciszanie się, ale jest. Chociaż przy samej pracy z czakrami która jest bardziej wizualizacyjna - to już zdecydowanie solo. Nie umiałabym tego robić z kimś obok.
To co wyłania się z tej rozmowy to chyba że nie ma jednej odpowiedzi dla 'magii grupowej' w ogóle. Są praktyki które zyskują na grupie, są takie które lepiej działają solo, i są takie gdzie obecność grupy zmienia charakter doświadczenia ale niekoniecznie jego efektywność. I wiara - wracając do punktu wyjścia tego wątku - też nie jest jednym elementem. Możesz wierzyć mocno solo i wątpić w grupie, i odwrotnie. Nie ma jednego kierunku.
Dobra ale żeby nie zostawiać tego w zawieszeniu - czy ktoś próbował kiedyś zebrać grupę specjalnie pod jeden cel, nie towarzysko, nie dla praktyki w ogóle, ale żeby zrobić konkretny rytuał razem? Bo mam wrażenie że większość tu opisywanych grup to takie regularne spotkania, gdzie ludzie się znają, a to jest jednak inny kontekst niż zebranie grupy ad hoc.
To co Gabka opisuje z tą grupą ad hoc - czy ta wspólna intencja była wcześniej ustalona przez kogoś konkretnego czy wszyscy wypracowali ją razem? Bo to chyba robi dużą różnicę czy ktoś narzuca narrację rytuału czy wypracowujecie ją wspólnie.
To jest jeden z argumentów za prowadzącym w rytuale grupowym. Decyzje zostały podjęte zanim rytuał się zaczął, w trakcie nie ma napięcia 'co teraz robimy'. Ale jest ryzyko - jeśli prowadzący traci skupienie albo popełnia błąd w strukturze, cała reszta idzie za tym automatycznie. Solo możesz się zatrzymać, poprawić, wróćić. W grupie jest pęd naprzód który ciężko zatrzymać.
ja miałam raz że prowadziłam coś małego dla 3 osób i w połowie straciłam nitkę - dosłownie zapomniałam co miało być kolejne. i byłam tak skupiona na tym żeby tego nie pokazać że chyba wypadłam z rytualnego nastroju bardziej niż gdybym była solo i po prostu zrobiła przerwę. to ta scena o której Gabka pisała wcześniej, serio.
Myślę że tu jest ukryte założenie którego nie kwestionujemy - że w rytuale grupowym zawsze ktoś prowadzi. Ale są tradycje gdzie nie ma lidera, jest wspólna struktura znana wszystkim i każdy uczestniczy równo. Jak to wygląda w praktyce, bo nie mam tu własnego doświadczenia?
Przy medytacjach grupowych czasem tak to działa - wszyscy znają sekwencję i po prostu razem przez nią przechodzą. Cisza, ruch, dźwięk. Nikt nie mówi co teraz, bo wszyscy wiedzą. Ale to wymaga naprawdę dobrego przygotowania i często wielokrotnego powtarzania tej samej struktury aż stanie się wspólną.
a czy te tradycje bez lidera mają jakiś sposób na resynchronizację jeśli ktoś się zdezsynchronizuje? Bo wyobrażam sobie że to jest największy problem - jeśli nie ma osoby która trzyma rytm, kto wyciągnie grupę jeśli coś pójdzie nie tak.
ale czy taki zewnętrzny rytm nie sprawia że rytuał staje się bardziej mechaniczny? pytam serio, bo mam wrażenie że magia przez niektórych jest opisywana jako coś co wymaga aktywnej intencji, a jeśli wszyscy po prostu podążają za bębnem to gdzie jest ta intencja?
dokładnie to. przy runach mam swój stały porządek rzucania i interpretacji który jest na tyle wyuczony że nie muszę go pilnować. dzięki temu mogę skupić się na tym co widzę a nie na tym jak mam postąpić. to nie jest automat, to jest raczej zwolnione pole dla czegoś innego.
Ale to jest jednak solo. Przy grupie ta sama zasada działa jeśli wszyscy mają wyuczoną tę samą sekwencję, ale co jeśli mają różne poziomy znajomości tej struktury? Czy jeden niezsynchronizowany uczestnik psuje to innym?
no to wychodzi na to że magia grupowa jest trudniejsza logistycznie niż solowa, wymaga więcej przygotowania, więcej zaufania, bardziej jednolitej struktury - i to wszystko zanim w ogóle zaczniemy pytać czy działa lepiej czy gorzej. może dlatego większość ludzi jednak pracuje solo?
Myślę że Idzik ma rację co do tej logistyki, ale chcę się zatrzymać przy jednej rzeczy - czy trudność przygotowania grupy to na pewno wada? Jak się do czegoś długo przygotowujesz, to samo przygotowanie staje się częścią praktyki. Solo możesz wejść w rytuał półprzypadkowo, bo masz wolne popołudnie. Grupy tak nie działają. Nie wiem czy to gorzej.
to jest coś o czym nie myślałam wcześniej. że przygotowanie do spotkania grupy - ustalenie czasu, co kto robi, jakie materiały - może samo w sobie budować jakiś rodzaj nastawienia. zanim w ogóle stoisz w kole to już jesteś w innym trybie niż normalnie
poczekaj, mówisz o kimś kto jest po prostu managerem rytuału? to się w ogóle da połączyć z tym że to ma być coś duchowego? trochę rozbija mi to obraz
