Mam pytanie z boku - a dlaczego babcie w ogóle milczały? Znaczy czy to był świadomy wybór, czy raczej dla nich to były rzeczy oczywiste które nie wymagały tłumaczenia? Bo to by zmieniało jak o tym myślimy.
To jest chyba sedno całej tej dyskusji. My dzisiaj musimy oddzielnie decydować 'robię to rytualnie' i zastanawiać się nad intencją, bo te praktyki wypadły z codziennego obiegu. Babcia nie miała tego problemu bo nie musiała nic wyodrębniać. I może właśnie dlatego tak trudno odtworzyć tradycję - bo rekonstruujemy coś co pierwotnie nie było wyodrębnione jako 'tradycja'.
I co z tym zrobić? Serio pytam, nie retorycznie. Bo z jednej strony możemy próbować odtworzyć codzienność - włączyć te praktyki z powrotem w zwykłe działania, nie traktować ich jako specjalnych. Z drugiej - jesteśmy w innym kontekście, inne życie, inne domy. Czy sztuczne 'odcodziennienie' rytuału nie jest lepsze niż nic?
Właśnie to chyba mam u siebie z tymi gestami po mamie. Na początku robiłam to 'uroczyście' i czułam się trochę jak w teatrze. Teraz robię to rano przy kawie i przestało być spektaklem. Nie wiem czy mama robiła to samo - ale moja wersja już jest moja i to mi wystarczy.
Ale Alusia - i tu mam szczere pytanie, nie chcę podważać - czy nie boisz się że jak stanie się za bardzo codzienne, za bardzo automatyczne, to zgubi coś co sprawiało że w ogóle chciałaś to praktykować? Że granica między rytuałem a nawykiem może być kłopotliwa w drugą stronę?
Barwinek, ale to jest chyba napięcie które jest wpisane w każdy nawyk w ogóle? Modlitwa codzienna też może stać się automatyczna i nikt nie mówi że przez to traci sens. Albo mycie rąk przed jedzeniem - kiedyś było rytuałem higienicznym z całą otoczką, teraz jest odruchem. I jakoś oba poziomy istnieją obok siebie.
To jest ciekawe zestawienie bo kawana jest właśnie odpowiedzią na problem który Barwinek opisuje - i w judaizmie talmudycznym toczyły się długie spory czy kawana jest warunkiem koniecznym czy wystarczającym. Część halachistów mówiła że samo wykonanie czynności jest ważne nawet bez intencji, bo zewnętrzne działanie kształtuje wewnętrzne. Inni odwrotnie. Ten spór nie jest rozstrzygnięty do dziś i to nie jest banalny problem teologiczny - to jest pytanie o to jak w ogóle działa praktyka.
Tylko że te przykłady to są systemy z bardzo długą ciągłością - shinto, buddyzm tybetański. Ktoś przez wieki trzymał formę i ona się 'naładowała' przez powtarzanie pokoleń. U nas, jeśli babcia robiła coś raz na jakiś czas a my próbujemy to odtworzyć, to ta ciągłość jest przerwana. Czy sama forma wciąż wystarczy kiedy łańcuch się urwał?
Mam wrażenie że my w tej rozmowie trochę zakładamy że każda babcia robiła te same rzeczy i że te rzeczy były spójnym systemem. A w praktyce? Moja babcia miała garść praktyk które były kompletnie bez związku ze sobą - część katolicka, część coś co wyglądało jak resztki czegoś starszego, część po prostu lokalna i nie wiem skąd. To nie był system tylko zbiór przyzwyczajeń z różnych źródeł.
A może niespójność nie jest problemem? Pytam serio. Może babcia nie dbała o spójność bo jej nie potrzebowała - każda rzecz była dobra na coś swojego i nie musiały tworzyć systemu. To my chcemy systemu, bo jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia że praktyka musi mieć jakąś logikę.
Ale jak nie ma logiki to skąd wiesz że robisz coś dobrze? Tzn. nie w sensie moralnym, ale w sensie że to w ogóle działa tak jak powinno? Mnie brak spójności trochę przeraża bo nie mam punktu odnisienia.
Wracam do tego co powiedziała Spellbound o babciach które miały różne rzeczy z różnych źródeł - i zastanawiam się czy właśnie to nie jest definicja tradycji ludowej. Bo tradycja akademicka, codified, to jedna historia. A to co faktycznie robiły zwykłe kobiety w domach to była zawsze kompilacja. Może szukamy jakiejś czystości która nigdy nie istniała.
Barwinek, to coś zmienia. Jeśli 'oryginał' był zawsze mieszaniną, to każde nasze połączenie jest tak samo uprawomocnione jak to co robiła babcia. Tylko że ona nie myślała o legitymizacji, a my nie możemy przestać.
To jest właśnie problem który wcześniej próbowałem nazwać. Nie chodzi o to że robimy coś inaczej. Chodzi o to że jesteśmy świadomi że robimy coś inaczej i musimy się z tym jakoś ułożyć. Babcia nie miała tej warstwy refleksji i to jest przepaść której nie zasypiesz.
A może po prostu przekazujesz gest i niech następne pokolenie samo sobie dopyta o filozofię jak będzie gotowe. Moja babcia pewnie by się zdziwiła gdyby ktoś jej powiedział że robi coś magicznego, a mimo to coś mi zostawiła.
Gest który nabiera znaczenia. Tak to chyba można podsumować choć to brzmi prościej niż jest. Bo żeby gest cokolwiek znaczył, musisz go w ogóle zobaczyć a potem musisz mieć dość czasu żeby go zapamiętać, a potem musisz - nie wiem - coś przeżyć żeby on do ciebie wrócił. I wszystko to musi się złożyć samo, bez instrukcji.
To co powiedziała Henia ma sens, ale mam jedno pytanie - jak przekazujesz gest komuś kto nie widzi w nim nic? Moja córka jak próbuje jej pokazać jak moja mama robiła coś przy gotowaniu, to ona patrzy na mnie jak na wariatkę. Dosłownie mówi 'mamo ale po co'. I co wtedy?
Ale z drugiej strony czy to uczciwe? Przekazywać coś bez powiedzenia co to jest? Trochę to wygląda jak przemycanie, nie?
To też zależy od relacji. Ja mogłam siedzieć godzinami przy babci i patrzeć. Nie dlatego że chciałam się czegoś nauczyć, tylko że po prostu byłam przy niej. I te rzeczy weszły jakby bokiem. Ale moja kuzynka nie miała tej bliskości i dla niej babcia to był ktoś obcy prawie.
To co mówi Spellbound o tej bliskości jest dla mnie kluczowe. Nie chodzi o przekazanie rytuału jako instrukcji, tylko o to że byłaś w tym samym czasie i przestrzeni. Ta transmisja jest bardziej przez obecność niż przez naukę. I może dlatego tak trudno to odtworzyć z książki czy z internetu - bo brakuje właśnie tej warstwy.
Ale co z osobami które tej bliskości nie miały? Bo spora część ludzi którzy teraz szukają jakichś korzeni, nie miała babci która cokolwiek robiła. Rodziny były zasymilowane, praktyki zaginęły wcześniej. I co, oni są wykluczeni z tej rozmowy?
To jest stary problem w religioznawstwie - kwestia autentyczności. Hobsbawm pisał o 'invented traditions' i pokazywał że wiele rzeczy które uważamy za starodawne zostało stworzonych stosunkowo niedawno, a mimo to działają społecznie tak samo jak te naprawdę stare. Szkocka krata jako symbol klanu to XIX wiek, nie średniowiecze. I co, to znaczy że jest fałszywa?
I tu chyba jest sedno. Bo w tym co robimy chodzi też o to żeby siebie przekonać. Jak wiem że to wymyśliłam ostatnio, to mam w głowie ten głos który mówi 'no ale to nic nieznaczące'. A jak dostałam coś od babci to tego głosu nie ma. Przynajmniej na początku.
Dokładnie, ten wewnętrzny głos to jest coś co mi bardzo przeszkadza. Jak robię coś własnego to zaraz myślę 'po co to w ogóle' i wszystko się sypie. A jak robię to co pamiętam od mamy to jakoś się nie zastanawiam czy ma sens, po prostu robię.
Chyba to jest za ostre. Automat to jest jak jesz przez przyzwyczajenie bez głodu. A tu jednak jest jakiś ładunek emocjonalny, jakaś więź. To nie jest obojętne.
Myślę że Nokturnia pyta o coś innego - czy brak pytania o sens jest zaletą czy wadą tej praktyki. I szczerze nie wiem. Z jednej strony to co mówi Runiarka - ten spokój bez zastanawiania się - jest chyba prawdziwym zyskiem. Z drugiej strony jak coś przestaje działać to bez refleksji nie wiesz dlaczego.
Ja miałam taki moment. Robiłam coś co babcia robiła co roku i nagle przestało mi dawać cokolwiek. I nie wiedziałam co z tym zrobić, bo nigdy się nie zastanawiałam po co to właściwie jest. Musiałam jakby na nowo przepracować coś co miałam z ręki.
