Słuchajcie, to co mówicie o weryfikacji przez czas - to mi pasuje do tego, co w numerologii opisuje się jako różnica między rokiem wyzwania a rokiem integracji. Rok wyzwania to duże wydarzenie, przełom, coś co uderza. Rok integracji, który zwykle przychodzi dwa-trzy lata później, to moment kiedy wiadomo, co z tego zostało. I właśnie ta sekwencja - wydarzenie, a potem sprawdzian - bardzo często wyjaśnia, dlaczego coś co wydawało się przełomem, po czasie okazuje się tylko epizodem.
Przepraszam że się wtrącę, ale czy to nie jest tak po prostu z każdym doświadczeniem życiowym, nie tylko z praktyką? Bo jak coś trudnego się zdarza, to zaraz potem człowiek myśli że się zmienił, a potem życie weryfikuje czy naprawdę. Nie wiem po co nam do tego numerologia.
Tak, to jest dokładnie ta sama pułapka, tylko w innym kostiumie. Rytuał daje bardzo konkretne poczucie sprawczości - zrobiłam coś, uruchomiłam coś, zamknęłam coś. I to uczucie jest tak wyraźne, że bardzo łatwo je pomylić z faktyczną zmianą. Ale praktyka z wiekiem uczy - przynajmniej mnie nauczyła - że rytuał to jest gest w stronę czegoś, a nie to coś samo w sobie. I im więcej lat za sobą, tym wyraźniej to czuć. Wróciłoby się tu do kwestii receptywności, którą Brygida wcześniej opisywała: że energia nie jest wypychana, ale że się otwierasz na coś co ma nastąpić. To jest bardzo inny rodzaj praktyki niż 'robię rytuał żeby zmienić X'.
To jest coś o czym myślę od jakiegoś czasu i nie wiem jak to ująć, ale spróbuję. Czy jest tak, że wiek fizycznie zmienia coś w ciele, co sprawia, że ta receptywność jest łatwiejsza? Bo słyszałam kiedyś coś o tym, że hormony, starzenie się układu nerwowego, wolniejsze tempo - że to może być biologicznie sprzyjające pewnym stanom. Nie wiem skąd mi to zostało w głowie, ale to wróciło teraz.
To mi otwiera inne pytanie. Jeśli te stany są biologicznie łatwiejsze z wiekiem, to czy ludzie którzy zaczynają praktykę bardzo późno - powiedzmy po pięćdziesiątce - mają jakąś przewagę? Czy brak lat wcześniejszej praktyki to i tak handicap?
Z tego co widziałam - i to jest czysto obserwacyjne, nie mam na to żadnego dowodu poza własnym doświadczeniem - osoby zaczynające późno mają często mniej do odpakowania. Nie mają lat nawyków, schematów, błędnych przekonań które trzeba najpierw zobaczyć zanim się je puści. Zaczynają w miejscu, do którego inni dochodzą przez długi czas. Ale mają inne wyzwanie: brakuje im pewnego rodzaju pamięci ciała, która buduje się przez powtórzenie. I tu nie ma drogi na skróty.
Słucham tej dyskusji i wraca do mnie coś, co słyszałam kiedyś w kontekście czakry korony - że z wiekiem otwiera się inaczej, że u młodszych jest bardziej blokowana przez ego, a po pewnym czasie życia to ego po prostu dostaje mniej paliwa. Nie wiem na ile to metafora, a na ile coś co da się odczuć. Czy ktoś miał poczucie, że coś w tym obszarze się zmieniło biologicznie, nie przez praktykę?
Dokładnie i to jest chyba jedno z najtrudniejszych miejsc w tym temacie. Czas w praktyce nie jest linearny. Trzydzieści lat robienia czegoś schematycznie to nie jest to samo co pięć lat uważnego kwestionowania. Ale to też nie jest tak że kwestionowanie samo w sobie wystarczy - widziałam osoby, które przez lata 'kwestionowały' i to też stało się ich schematem.
Przepraszam, ale mam pytanie trochę z boku - jak wy w ogóle wiecie kiedy coś się zmieniło naprawdę? Bo słucham i wszyscy mówią 'prawdziwa zmiana', 'fałszywe poczucie', ale skąd to wiadomo? Czy jest jakiś objaw zewnętrzny, czy to tylko wewnętrzne poczucie? Bo to drugie brzmi bardzo subiektywnie.
To jest niepokojące w dobry sposób. Czyli nawet wracając do pytania z początku - wiek zmienia coś biologicznie, ale to nie znaczy że zmiana jest automatycznie w dobrym kierunku. Może z wiekiem jest się bliżej pewnych stanów, ale też bliżej pewnych pułapek?
To jest temat który rzadko pada, a jest bardzo realny. Znam osoby, które przez wiele lat budowały praktykę opartą na konkretnym zestawie działań - i kiedy ciało przestało za tym nadążać, to było coś w rodzaju żałoby. Jakby praktyka była przywiązana do formy a nie do czegoś głębszego. I to jest weryfikacja - co zostaje kiedy forma odpada.
To trochę smutne ale chyba ważne. Czy można się do tego przygotować? Znaczy - budować praktykę tak, żeby nie była zależna od formy? Albo czy to jest coś co po prostu przychodzi z wiekiem samo?
Mam na to inne spojrzenie. Myślę że przygotowanie się 'z wyprzedzeniem' do zmiany formy może być złudzeniem kontroli. Kiedy rzeczywiście ciało coś traci, to jest zupełnie inne doświadczenie niż kiedy wyobrażałaś sobie że będziesz elastyczna. Nie mówię że nie warto myśleć o tym, ale nie liczę że to przygotowanie naprawdę przygotowuje.
To zależy od tego co masz na myśli pisząc 'dostęp'. Eliade opisywał chorobę inicjacyjną nie jako metaforę, ale jako dosłowne wydarzenie w życiu przyszłego szamana - dezintegrację, która była warunkiem koniecznym do nowej struktury. Nie chodziło o to, że człowiek zaczyna inaczej medytować, ale że granica między stanami się przerzedza. Biologicznie można to łączyć z tym co się dzieje przy przewlekłym bólu albo ekstremalnym wyczerpaniu - Default Mode Network przestaje dominować, zmysły przestają filtrować tak samo. Nie gloryfikuję tego, żeby było jasne. Ale tak, to nie jest tylko symbolika.
Czekajcie, ale to trochę wraca do pytania które było wcześniej - o to, jak odróżnić prawdziwą zmianę od czegoś innego. Jeśli choroba może zmienić strukturę dostępu do stanów, to czy ta zmiana jest trwała? Bo po wyzdrowieniu ciało wraca do jakiegoś stanu wyjściowego, prawda?
Przepraszam że wchodzę z takim podstawowym pytaniem, ale - czy wy naprawdę wierzycie że ciało fizyczne i ta cała strona duchowa są tak bezpośrednio połączone? Znaczy, słucham i to wszystko brzmi bardzo naukowo, ale jednocześnie mówicie o energii i dostępie do stanów. To jest jedno i drugie, czy jedno opisuje drugie?
Wracam do wątku Stefciaa bo mnie to pytanie nie opuszcza. Myślę że dla mnie te dwie warstwy nie są rozdzielne, ale nie dlatego że tak 'wierzę' - raczej dlatego że tak to odczuwam w praktyce. Kiedy coś zmienia się w ciele, zmienia się też to co dociera podczas medytacji. Nie wiem jak to wytłumaczyć inaczej.
Jest jeszcze jeden aspekt który tu nie padł. W miarę starzenia się zmienia się stosunek do śmierci i to wpływa na praktykę bardziej niż cokolwiek innego. Nie mówię o akceptacji w stylu terapeutycznym, ale o tym że śmiertelność przestaje być abstrakcją. Większość tradycji ezoterycznych ma w centrum pracę z tą granicą - i to jest coś do czego młodszy człowiek po prostu nie ma takiego samego dostępu, niezależnie od ile medytuje.
To co Anyzek napisała o uczłowieczaniu pytań - to mi zostaje. Bo myślę o swojej praktyce afirmacyjnej i rzeczywiście są takie warstwy, do których przez lata nie miałam dostępu nie dlatego że czegoś nie wiedziałam, ale że pytanie jeszcze nie miało dla mnie ciężaru. Dopiero jakieś konkretne zderzenie z czymś trudnym nadało mu treść. Ale czy to zawsze musi być trudne? Pytam serio, bo nie wiem.
Dorzucę coś z innej strony - w tradycjach szamańskich inicjacja przez chorobę albo kryzys nie była wyjątkiem, była wręcz warunkiem. Eliade pisał o tym dość szczegółowo. Nie romantyzuję, mówię o mechanizmie: to co kruszy dotychczasową strukturę otwiera na coś co wcześniej było zasłonięte. Wiek działa podobnie, tylko wolniej i bez dramatycznego punktu przełomu.
Wracam do wątku z aranżowanym zderzeniem bo to mi się nie klei. Jeśli wiemy że czekamy na inicjację, jeśli jest forma i przewodnik i oczekiwany wynik - to ego jest cały czas na straży. A to właśnie ego odpuszcza kiedy coś przychodzi nieoczekiwanie. Może dlatego życiowe kryzysy robią inną robotę niż zaprojektowane rytuały przejścia?
ale czy to nie jest trochę idealizowanie spontanicznego cierpienia? Znam ludzi po bardzo ciężkich przeżyciach którzy zamknęli się jeszcze bardziej, a nie otworzyli. Kryzys nie robi nic automatycznie. Może chodzi o to co jest wokół - czy jest ktoś kto pomoże to przepracować, czy są ramy które dają mu sens?
