Siedziałam ostatnio i myślałam o tym, jak bardzo zmieniło się moje podejście do pracy z energią przez lata. Nie chodzi mi o wiedzę - bo ta rośnie liniowo, czytasz, praktykujesz, rozumiesz więcej. Chodzi mi o coś innego. O to, że sam kontakt z energią jest inny. Jakby ciało i umysł inaczej przepuszczały przez siebie to, z czym pracujesz. Zaczęłam się zastanawiać, czy to kwestia doświadczenia, czy faktycznie czegoś biologicznego. Mam wrażenie, że w pewnym wieku próg wrażliwości się obniża - mniej wysiłku, żeby wejść w odpowiedni stan, mniej rozproszenia. Ale słyszałam też od znajomych, że u nich było odwrotnie - że z wiekiem musieli bardziej się starać. Ciekawi mnie, czy macie podobne obserwacje ze swojej praktyki. Czy macie wrażenie, że wiek - w jakimkolwiek kierunku - cokolwiek zmienia?
To ciekawe pytanie, bo ja akurat jestem na początku tej drogi i nigdy o tym nie myślałam w tych kategoriach. Czy chodzi ci o coś konkretnego, jak medytacja albo praca z przedmiotami, czy raczej o ogólne odczucie podczas rytuałów?
Ja bym tu rozdzieliła dwie rzeczy, bo mi się wydaje, że często je mieszamy. Jedno to wrażliwość - czyli zdolność do odbierania subtelnych sygnałów, i to rzeczywiście może się zmieniać z wiekiem, w obu kierunkach. Drugie to skuteczność praktyki, a to już zupełnie inna para butów. Znam osoby po sześćdziesiątce, które od niedawna pracują z energią i ich wyniki są o wiele bardziej wyraziste niż u dwudziestolatków z pięcioletnim stażem. I odwrotnie. Więc pytanie, o którym aspekcie rozmawiamy, bo to dość istotne dla kierunku tej dyskusji.
To co opisujesz, Anyzek, ma zresztą pewne pokrycie w badaniach nad interocepcją - zdolnością do odbierania sygnałów z wnętrza ciała. Interocepcja zmienia się z wiekiem i z praktyką uważności, a niektórzy badacze, między innymi z grupy Antonia Damasia, sugerują, że osoby z dłuższą praktyką medytacyjną mają wyższy próg świadomości tych sygnałów. Nie twierdzę, że to tłumaczy całość doświadczeń magicznych, ale może tłumaczyć właśnie tę fizyczność odczuć, o której mówisz. Z wiekiem i przy regularnej praktyce po prostu lepiej słyszysz swoje ciało.
Wtrącę się tu, bo mam jedno konkretne pytanie do całego tego wątku o wiek. Czy rozmawiamy o tym, że z wiekiem zmienia się dostęp do pewnych stanów, czy o tym, że zmieniają się same energie, z którymi pracujemy? Bo to dla mnie dwie różne sprawy. Mam wrażenie, że np. po przejściu menopauzy kobiety opisują radykalną zmianę w pracy z energią - ale nie zawsze na gorsze. Często mówią o większej klarowności, mniejszym szumie. To może być biologiczne, ale może też być związane z tym, że odpada pewien rodzaj rozproszenia życiowego?
próbowałam wracać. I to był błąd. Im bardziej forsowałam stare rytuały, tym bardziej czułam opór. Jakbym próbowała włożyć stopę w but, który już nie pasuje. Dopiero kiedy zaczęłam eksperymentować bez założeń - siadać z kamieniami, ze świecą, bez konkretnego celu - coś zaczęło wracać. Ale nie to samo. Coś innego.
Przepraszam, że wchodzę, bo ja właściwie nie wiem zbyt dużo o tych wszystkich rzeczach, ale ta rozmowa mnie wciągnęła. Chciałam zapytać - czy to, o czym mówicie, że w pewnym wieku zmienia się 'dostęp' do energii albo coś się przebudowuje - to jest coś, czego można się w ogóle spodziewać z góry? Znaczy, czy da się na to jakoś przygotować, czy to zawsze przychodzi znienacka?
Czytam tę rozmowę i zastanawiam się - mówicie o kobietach i bardzo konkretnych biologicznych zmianach jak menopauza. A co z mężczyznami? Czy u nich też są jakieś przesunięcia energetyczne z wiekiem, czy to jest zupełnie inaczej zbudowane? Pytam szczerze, bo w tym, co czytam na ten temat, mężczyźni są jakby niewidoczni.
To dobre pytanie i chyba ja mogę powiedzieć, że tak. Pracuję głównie w obrębie jednej linii i obserwuję siebie od dwudziestu kilku lat. To, co widzę, to nie są zmiany 'co system mówi', tylko zmiany w tym, co czuję podczas tych samych praktyk. Rytuał, który robiłam w trzydziestce, teraz wygląda zewnętrznie tak samo, a wewnętrznie to jest zupełnie inne doświadczenie. Nie lepsze ani gorsze - inne. I to jest to, o co mi chodziło od początku tego wątku.
A jak opisałabyś tę różnicę? Chodzi mi o to, co konkretnie jest inne - tempo, głębokość, łatwość wejścia w stan, coś jeszcze? Pytam, bo sama zauważam zmiany, ale mam trudność z ich nazwaniem.
To co Anyzek opisuje z tą ciszą - ja to znam. I chcę tu dodać jedną rzecz, bo myślę, że to ważne: ta zmiana nie przyszła do mnie płynnie. Był moment, kiedy straciłam tę 'energię wiru' i przez dłuższy czas czułam tylko pustkę, i myślałam, że coś ze mną nie tak. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że cisza, którą teraz mam, musiała tamto wyprzeć. Ale przejście przez środek nie było przyjemne.
Słucham tej rozmowy i myślę o tym, że numerologia ma w sobie ciekawy mechanizm właśnie na takie momenty przejścia. Rok osobisty 9 jest rokiem zamknięcia - kończy się cykl dziewięcioletni i bardzo często ludzie opisują go jako czas, kiedy nic nowego nie chce startować, stare odpada. To nie jest awaria systemu, to jest faza. Brygida, masz może ochotę sprawdzić, czy ten moment, który opisujesz, przypadał na dziewiątkę?
Przepraszam, że znowu się tu wtrącam z głupim pytaniem, ale czy to znaczy, że te zmiany, o których mówicie - ta cisza, przebudowanie, utrata wiru - to jest coś, przez co przechodzi każdy kto praktykuje? Czy to tylko jeśli robi się to od bardzo dawna? Bo ja słucham i zastanawiam się, czy to jest kwestia wieku, czy raczej ile czasu ktoś już to robi.
Ta 'gotowość do patrzenia na siebie uczciwie' - to jest sformułowanie, które bardzo lubię, bo trafia w coś realnego. Ale chcę dodać, że w kontekście tego wątku jest jeszcze jeden element. Z wiekiem zmienia się też to, czego się już nie daje udawać. W trzydziestce można robić praktykę i jednocześnie unikać pewnych tematów w sobie. Po czterdziestce te tematy zaczynają się po prostu pojawiać w trakcie rytuałów, bez zaproszenia.
To brzmi trochę niepokojąco, jeśli mam być szczera. Że praktyka z wiekiem zaczyna wyciągać rzeczy, których się nie zapraszało. Jak to wyglądało u was kiedy coś takiego się pojawiło? Pytam, bo nie wiem, czy to jest coś, na co się można przygotować, czy po prostu tak przychodzi.
To co Novella pyta - czy można się przygotować - to jest jedno z trudniejszych pytań, bo szczera odpowiedź jest taka, że nie bardzo. Można wiedzieć, że coś takiego może się zdarzyć, można mieć jakiś kontekst teoretyczny. Ale kiedy to przychodzi, to i tak robi swoje. U mnie był moment, kiedy zaczęło się wyciągać coś, co uważałam za dawno przepracowane, i byłam zupełnie nieprzygotowana mimo że 'wiedziałam' o takich procesach. Wiedza a doświadczenie to są dwie osobne rzeczy.
Receptywne kontra projekcja na zewnątrz - możesz to jakoś rozwinąć? Bo rozumiem mniej więcej o co chodzi, ale chciałabym się upewnić, że dobrze to rozumiem.
Ja też bym poprosiła o doprecyzowanie, bo to rozróżnienie pojawia się w różnych tradycjach pod różnymi nazwami i nie zawsze mówi się o tym samym. W niektórych ujęciach yin/yang, w innych ściąganie kontra wysyłanie, w jeszcze innych modlitwę prośbę kontra modlitwa otwarta. Ciekawi mnie jak Brygida to rozumie w swoim kontekście.
To jest bardzo typowe i rozumiem to dobrze, bo sama przez to przechodziłam. Jest takie przekonanie, szczególnie na początku, że skuteczność praktyki jest wprost proporcjonalna do ilości włożonego wysiłku. A potem okazuje się, że bywa odwrotnie - że im bardziej 'starasz się', tym bardziej uciekasz od tego, co ma się wydarzyć. Ale z wiekiem to przestaje być tylko wiedzą, zaczyna być odczuwanym mechanizmem. I to jest ta zmiana, o której tu rozmawiamy.
To co Anyzek piszesz - że z wiekiem to staje się odczuwanym mechanizmem a nie tylko wiedzą - bardzo mi pomaga poukładać pewne rzeczy w głowie. Ale mam pytanie: czy to przychodzi samo z czasem, czy jest jakiś moment kiedy człowiek to sobie uświadamia i od tego momentu zaczyna inaczej pracować?
Przepraszam, że znowu, ale Saturn return to słyszałam nieraz i zawsze mnie zastanawia - to jest coś, co faktycznie czuć, czy to jest tylko taki koncept który potem przykładamy do rzeczy które i tak by się wydarzyły? Bo tak patrząc, to każdy ma jakiś trudny okres koło trzydziestki.
Mnie to trochę kłóci się z tym, co czuję na co dzień, bo jeśli Saturn return jest u każdego i jest przewidywalny z góry, to czy praktyka może w ogóle coś tu zmienić - przyspieszyć, złagodzić, pomóc przejść inaczej? Czy raczej jest tak, że pewne rzeczy po prostu muszą się wydarzyć i praktyka tylko daje inny kontekst?
Ale właśnie to jest dla mnie najtrudniejsze do ogarnięcia. Jeśli granica między zmianą rzeczywistości a zmianą perspektywy jest płynna, to skąd wiadomo, że cokolwiek w ogóle 'zadziałało'? Jak to sprawdzacie u siebie?
To co Sylka mówi o dowodzie - to jest coś, co u mnie też się zmieniło i chyba jest niedocenianym aspektem dojrzewania w praktyce. Na początku jest taka potrzeba potwierdzenia, że to działa, że nie jestem naiwna, że coś realnego się wydarza. Potem ta potrzeba odpada nie dlatego, że przestajesz myśleć krytycznie, tylko dlatego, że twoje rozumienie tego co jest 'realne' staje się innym pytaniem.
To co Sylka mówi o dowodzie to mi przypomina coś, co słyszałam od osoby, która praktykowała bardzo długo i powiedziała mniej więcej tak: na początku chcesz widzieć efekty, żeby wiedzieć, że nie jesteś głupia. Potem chcesz efektów, żeby potwierdzić metodę. A potem po prostu przestajesz potrzebować tego zewnętrznego potwierdzenia, bo masz inne wewnętrzne rozeznanie. I teraz zastanawiam się, czy to jest kwestia wieku czy kwestia liczby godzin praktyki. Bo to mogą być dwie różne rzeczy.
To jest bardzo dobre pytanie i szczerze - nie mam pewności. Ale z tego co obserwuję, to są dwa równoległe procesy i czasem jeden wyprzedza drugi. Znałam osoby z bardzo długim stażem, które wciąż operowały na poziomie 'sprawdzam czy zadziałało'. I znałam osoby z krótszą praktyką, które przez życiowe doświadczenie - chorobę, stratę, duży przełom - przeskoczyły gdzieś indziej całkowicie poza tym schematem. Jakby życie zrobiło za nie coś, do czego inne dochodziły przez lata siedzenia.
To mnie coś zastanawia od strony praktycznej. Czy można celowo przyspieszyć tę zmianę, czy ona wymaga jakiegoś czasu biologicznego, żeby po prostu się wydarzyć? Bo jeśli życiowe wstrząsy robią to szybciej, to brzmi trochę jakbyśmy mówili, że ból uczy lepiej niż spokój.
