Ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad czymś, co chyba rzadko ktoś wprost porusza - czy magia w ogóle wymaga samotności, żeby działać? Pytam serio, bo słyszałam różne podejścia. Jedni mówią, że obecność innych rozbija koncentrację i 'niszczy' rytuał. Drudzy robią kółka grupowe i twierdzą, że właśnie wtedy czują więcej. Sama mam mieszane doświadczenia. Raz próbowałam czegoś prostego z koleżanką i kompletnie nie mogłam się skupić, ale nie wiem, czy to kwestia jej obecności, czy po prostu rozmawiałyśmy za dużo i rozpraszałyśmy się nawzajem. Może to nie jest kwestia samotności jako takiej, tylko warunków? A co u was - macie jakieś przemyślenia albo doświadczenia w tym temacie?
Wydaje mi się, że to zależy mocno od rodzaju rytuału. Tradycje, które wywodzą się z magii ceremonialnej - jak hermetyzm, Golden Dawn - zakładają pracę w grupie jako standard, są tam role, hierarchia, każdy robi swoje. Tam samotność byłaby wręcz problemem, bo cały system opiera się na tym, że ludzie trzymają razem przestrzeń. Z drugiej strony szamanizm w wielu kulturach jest ze swojej natury solowy - szaman wychodzi sam, często dosłownie gdzieś w odosobnienie. Więc pytanie 'czy magia wymaga samotności' to trochę jak pytanie czy gotowanie wymaga rondla - zależy co robisz. Co konkretnie cię skłoniło do tego pytania?
No właśnie, Boruta trafił w sedno, ale jest jeszcze jeden aspekt, który mi zawsze umyka w tych dyskusjach - intencja i stan wewnętrzny osoby, nie to czy ktoś stoi obok. Mogę robić rytuał sama i być kompletnie roztargniona, myśleć o zakupach, i to nie zadziała. Mogę robić go z kimś, kto rzeczywiście jest skupiony na tym samym co ja, i efekt jest wyraźniejszy. Mistralia.pl, a ta koleżanka - ona wiedziała po co tam jest, rozumiała co robicie? Bo to robi ogromną różnicę czy ktoś uczestniczy świadomie, czy po prostu 'asystuje' z ciekawości.
To jest pytanie, które badali między innymi parapsycholodzy zajmujący się efektem obserwatora w kontekście psi. Były eksperymenty z telekinezą i psychokinezą, w których obecność sceptycznego obserwatora statystycznie obniżała wyniki - to tzw. sheep-goat effect, opisany przez Gertrude Schmeidler już w latach 40. Owce to wierzący, kozy to sceptycy. Wyniki owiec były lepsze kiedy w sali nie było kóz. Oczywiście to nie jest dowód na mechanizm magiczny, ale wskazuje, że psychologia grupy wpływa na to co się dzieje, i to niezależnie od tego jak tłumaczymy przyczynę.
Słucham tej dyskusji i mam wrażenie, że pomijamy jeden aspekt, który dla mnie jest bardzo istotny - ciało. Kiedy pracuję sama, mam pewne sygnały fizyczne, które traktuję jako wskaźnik że 'coś się dzieje'. Uczucie ciepła w dłoniach, mrowienie wzdłuż kręgosłupa, czasem coś jakby nacisk w okolicach czoła. Kiedy byłam na spotkaniu grupowym, te sygnały były... inne. Nie silniejsze ani słabsze, ale jakby bardziej rozproszone, trudniej je było zlokalizować. Zastanawiam się, czy to nie jest właśnie klucz do odpowiedzi na pytanie z tytułu - nie ideologia 'samotnie czy razem', tylko to co czujesz w ciele podczas pracy.
mam pytanie bo czytam i nie do końca łapię - czy macie na myśli że fizyczne doznania podczas rytuału (to co opisywała Cyprysik) są wiarygodnym sygnałem że coś 'działa', czy to jest bardziej subiektywne? Bo jeśli tak to jak odróżnic prawdziwy sygnał od tego że po prostu dobrze sobiue poradziłeś i czujesz satysfakcję
I tu właśnie wracamy do pytania o samotność - te sygnały z ciała są znacznie łatwiejsze do obserwowania kiedy jest się samemu i nie trzeba jednocześnie monitorować interakcji z innymi ludźmi. Może dlatego tradycje które kładą nacisk na tę uważność cielesną - jak pewne nurty tantryczne czy szamanizm - generalnie zaczynają od długiej pracy solowej. Nie dlatego że magia 'działa tylko samemu', ale dlatego że żeby nauczyć się czytać własne sygnały, potrzebne jest odosobnienie. Potem można wnieść tę umiejętność do pracy grupowej.
miałam na myśli głównie pewne nurty shamańskie i część praktyk tantrycznych - nie tantra w stylu 'warsztaty weekendowe' tylko klasyczna tantra indyjska, gdzie ciało jest precyzyjnym instrumentem pomiarowym i trzeba się nim zajmować bardzo indywidualnie. Ale przyznam, że to było trochę za duże uogólnienie z mojej strony, bo wewnątrz tych tradycji jest ogromne zróżnicowanie
słucham tej dyskusji o sygnałach i myślę sobie, że może problem polega na tym, że szukamy zewnętrznej weryfikacji czegoś co z definicji jest wewnętrzne. Jak chcesz sprawdzić temperaturę własnego ciała termometrem to to ma sens, ale jak chcesz sprawdzić czy twój rytuał 'działa' tym samym termometrem to może po prostu zły instrument. Nie w sensie że sygnały są bez wartości, tylko że pytanie 'czy to prawdziwe' może być z gruntu źle postawione
nie, nie to miałam na myśli. Kryterium może być zewnętrzne - efekty w życiu, zmiany które obserwujesz po czasie. Ale kryterium w czasie samego rytuału, czyli to mrowienie i ciepło - to jest moim zdaniem coś innego, rodzaj nawigacji w trakcie, nie ocena skuteczności
mam wrażenie że trochę zapomniałyśmy o tym aspekcie który Mistralia poruszyła na początku - ta znajoma która przyszła sceptyczna. Pytam bo mam podobną sytuację i ciekawi mnie co Mistralia ostatecznie z tym zrobiła. Zaprosiła ją ponownie, czy zostało solo?
a to co Mistralia mówi - że zarządzanie tym co ktoś myśli - to mnie uderzyło. Bo ja zawsze myślałam o pracy solowej jako o samotności w sensie smutnym, że nie masz z kim. A tu wychodzi że to może być wybór dla wygody i skupienia, nie z braku opcji. To zmienia optykę
to wracając do fizycznych sygnałów - bo mnie ten temat nadal gryzie - Cyprysik mówiła o mrowieniu i cieple, Boruta wspominał raising energy w Wicca. Czy te sygnały są podobne kiedy ktoś pracuje solo i kiedy jest w grupie, czy to są jakościowo inne odczucia? Ktoś ma doświadczenie i z jednym i z drugim?
weszłam tu bo numerologia i to nie moja działka na co dzień, ale w kwestii sygnałów - jest jedna rzecz którą stosuję i która może być ciekawa. Jak skończę coś ważnego, notuję datę, godzinę i jeden fizyczny detal. Potem jak patrzę na wzorce to widzę czy te same numery dat czy godzin powtarzają się przy podobnych odczuciach. To nie rozstrzyga czy to 'prawdziwe', ale daje mi jakiś zewnętrzny punkt odniesienia poza samym odczuciem
bo to i jest medytacja w pewnym sensie. Uważam że sztuczne oddzielanie rytuału od medytacyjnych stanów jest błędem który robimy kiedy chcemy żeby magia wyglądała dramatycznie. A te stany są po prostu stany, różnie się do nich dochodzi.
a czy w takim razie ktoś z was próbował solo czegoś ceremonialnego? Pytam bo moja praktyka była zawsze dość intuicyjna i niesformalizowana, a tu w tym wątku wyszło dużo o strukturze i hierarchii w grupie. Zastanawiam się czy brak tej struktury w pracy solo jest wadą czy zaletą.
próbowałem i to jest specyficzne doświadczenie. Ceremonializm solo ma sens ale jest znacznie bardziej wymagający niż grupowy bo nie ma nikogo kto utrzymuje ramy kiedy ty pracujesz wewnętrznie. Sam musisz dbać o obie rzeczy jednocześnie. Dla mnie to było też bardziej intensywne fizycznie - więcej tych sygnałów o których mówiliśmy.
Mistralia, ja robiłam jakieś quasi-ceremonialne rzeczy solo i mój wniosek był taki że bez grupy traciłam poczucie że coś się 'wydarza' w sensie zbiorowym. Ale zyskiwałam dużo większą swobodę tempa. Nikt nie ciągnie do przodu ani nie hamuje. Sama decydujesz kiedy przejść dalej.
mam może naiwne pytanie ale - czy magia solo jest trudniejsza dla osób które generalnie źle funkcjonują w samotności? Mam na myśli nie filozoficznie ale praktycznie - ktoś kto nie lubi być sam, kto potrzebuje obecności innych żeby się skupić. Czy taka osoba po prostu bardziej skorzysta z pracy grupowej?
jest też kwestia którą chcę dodać - w większości tradycji których historia jest udokumentowana, praca solo była zarezerwowana dla określonych etapów lub celów, a nie była normą. Np. w tradycji szamańskiej w sensie rdzennym, samotna praca to często wymagana inicjacja lub praca z konkretnym zadaniem, ale codzienność to wspólnota. Romantyzujemy solo jako coś wyjątkowego, a może to po prostu jeden tryb z wielu.
tylko że my żyjemy teraz i kontekst się zmienił. Nie mam społeczności która naturalnie rozumie co robię, więc mój wybór jest albo solo albo szukanie ludzi przez internet i praca z osobami których nie znam głęboko. To nie jest ta sama dynamika co wioska gdzie wszyscy się znają od urodzenia. Trochę bez sensu przykładać tamte standardy do tej sytuacji.
to co Mistralia napisała na końcu jest dla mnie kluczowe. Solo jako odpowiedź na okoliczności, nie jako wybór ideologiczny. Myślę że dużo osób, szczególnie teraz, wpada w tę pułapkę że musi sobie udowodnić że potrafi solo, bo to brzmi bardziej autonomicznie. A tymczasem po prostu nie ma z kim pracować i to jest zwykła logistyka.
i tu wrócę do tego co mówiłam o tradycjach - w większości historycznych systemów nie było czegoś takiego jak 'wybór' solo kontra grupowo. To wynikało ze struktury społecznej. Czarownica wiejska nie robiła odpowiednika ankiety 'co mi bardziej służy'. Robiła to co było możliwe i potrzebne. Myślę że to jest zdrowe podejście, które zgubiło się w tej całej indywidualizacji praktyki.
wracając do tego co mówiłem wcześniej o osobach które żle fukcjonują w samotności - Cyprysik mówiła że to argument żeby nie fetyszyzować solo. Ale mam inne pytanie: czy ktoś z was zauważył że ta trudność z samotnością podczas rytuału objawia się jakoś fizycznie? Bo mam wrażenie że to nie jest tylko kwestia psychiczna.
mnie interesuje coś innego w tym co Cyprysik opisuje - czy to napięcie znikało w jakimś momencie rytuału, czy trwało do końca? Bo jak mi się zdarzyło pracować w niekomfortowych warunkach to był taki punkt gdzie albo ciało 'odpuszczało' albo wiedziałam że trzeba skończyć. Nie ma trzeciej opcji.
to brzmi trochę jak opis tego co się dzieje w niektórych medytacjach - że opór pojawia się na początku i trzeba przeczekać albo właśnie zrobić przerwę a nie próbować przebić się przez niego siłą. Czy to jest podobna zasada przy rytuałach solo?
dokładnie to miałam na myśli kiedy zaczynałam ten temat od fizjologii. Mam wrażenie że te sygnały ciała podczas rytuału są inaczej czytane przez osoby które pracują solo i przez te które pracują grupowo. W grupie ktoś inny może powiedzieć 'widzę że nie jesteś teraz tu'. Solo musisz sama to zobaczyć. I to jest ta prawdziwa różnica.
