Domicela zadała to pytanie i zrobiłam sobie ten test mentalnie teraz. I odpowiedź jest że czułabym się nieswojo. Co nie znaczy że od razu wiem czy to lęk przed porażką czy po prostu mam swój rytm. Ale przynajmniej wiem że jest coś do zbadania.
Kometkaa nie jest sama w tym - u mnie przez długi czas sam dyskomfort na myśl o uproszczeniu rytuału był odpowiedzią. Ale dopiero jak faktycznie raz zrobiłem coś prostszego i nic strasznego się nie stało, to ten dyskomfort się trochę poluzował. Nie zniknął od razu, ale stał się mniejszy.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i jedno pytanie mi się kręci - czy to znaczy że te oczekiwania i lęk przed porażką to zawsze przeszkoda? Czy może być sytuacja gdzie silne oczekiwanie napędza zamiast blokować? Pytam bo gdzieś czytałam o roli pragnienia w magii i to brzmiało inaczej niż to co tu opisujecie.
A da się w ogóle mieć jedno bez drugiego? Klarowną intencję bez przywiązania do scenariusza? Mnie to brzmi jak coś bardzo trudnego do utrzymania bo jak masz jasny cel to automatycznie masz jakiś obraz jak ma wyglądać.
Heniek pyta o klarowną intencję bez przywiązania do scenariusza i to jest coś z czym ja też długo się zmagałem. Ale chyba kluczowe jest to że obraz jak coś ma wyglądać i przywiązanie do tego obrazu to nie to samo. Można wiedzieć dokąd się zmierza i jednocześnie nie kurczowo trzymać się konkretnej ścieżki czy formy w jakiej to ma dotrzeć. Łatwo powiedzieć, wiem.
To co mówi Igorek93 jest dla mnie jakieś... nie wiem, za miękkie? Jakbyśmy teraz rozmawiali bardziej o duchowości ogólnie niż o magii. Bo co to znaczy w kontekście konkretnego rytuału - że 'wracasz do stanu'? Wracasz jak? Robisz coś? Albo po prostu siedzisz i czekasz aż minie?
Heniek mnie tu rozśmieszył bo ja dokładnie tak to sobie kiedyś wyobrażałam - że to jest jakiś stan który się osiąga i potem trzyma. A potem zobaczyłam że u mnie to bardziej wygląda jak że po prostu odkładam temat w głowie. Nie myślę aktywnie żeby nie myśleć, tylko po prostu przestaję do tego wracać. Idę coś zrobić, zagotuję wodę, cokolwiek. I to działa lepiej niż każde 'ćwiczenie nieprzywiązania' które próbowałam.
To co Cynamonka opisuje jest dla mnie bardzo rozpoznawalne. U mnie podobnie - jak przestaję aktywnie pilnować czy coś się dzieje, to zazwyczaj właśnie wtedy zaczyna się coś ruszać. Ale zastanawiam się czy to nie jest po prostu efekt tego że sama jestem mniej spięta i inaczej interpretuję sygnały, a nie że coś realnie zaszło.
Ravenna dotknęła tematu który w takich rozmowach zwykle jest omijany bo to jest wejście w filozofię. Ale jak ktoś serio zajmuje się magią, to prędzej czy później musi sobie na to jakoś odpowiedzieć. Albo przynajmniej zdecydować czy ta różnica jest dla niego istotna w praktyce.
Ja długo próbowałam to rozdzielić - co jest 'w świecie' a co 'we mnie' - i doszłam do wniosku że dla moich celów ten podział nie jest szczególnie użyteczny. Ale to może być kwestia tego po co ktoś w ogóle robi rytuały. Jeśli ktoś oczekuje konkretnych zewnętrznych efektów, ta różnica jest ogromna. Jeśli głównie pracuje z czymś wewnętrznym, mniej.
Heniek pyta o coś co mnie też kiedyś blokowało. Ale może to fałszywa granica? Jak zmienisz coś w tym jak działasz, myślisz, decydujesz - to zmienia też to co się wokół ciebie dzieje. To jest zewnętrzny efekt, tylko dłużej do niego droga i mniej widowiskowa.
Irenka.1 ma rację ale mi to brzmi trochę jak tłumaczenie po fakcie gdy rytuał nie zadziałał w sposób oczekiwany. Nie mówię że to nieprawda, bo pewnie coś w tym jest. Ale jak ktoś robił rytuał z myślą o konkretnym celu a wyszło 'tylko' że się zmienił wewnętrznie - to czy jest zadowolony z tego efektu?
I tu wracamy do tytułu tego wątku bo właśnie o to chodzi. Oczekiwanie konkretnego efektu zewnętrznego w konkretnym czasie - to jest dokładnie ten schemat który omawiamy od początku. Nie zmieniam zdania że to ważna obserwacja, ale może pytanie nie jest 'wewnętrzne czy zewnętrzne' tylko 'jakie mam faktycznie oczekiwania i skąd one przyszły'.
Cynamonka podsumowuje to ładnie ale ja się zatrzymuję na tym 'skąd przyszły'. To znaczy - oczekiwania mogą być nauczył mnie ich ktoś kto sam je miał błędne, mogę je mieć od przeczytania czegoś, mogę sama sobie coś wypracować. Czy to ma znaczenie skąd się wzięły? Czy ważne jest tylko żeby je teraz zobaczyć?
Igorek93 mówi coś co jest dla mnie nowe w tym wątku. Bo ja właśnie teraz siedzę i myślę skąd wzięłam swoje oczekiwania co do tego jak szybko i jak wyraźnie magia 'powinna' działać. I szczerze nie jestem pewna. Chyba trochę od innych, trochę z własnych pierwszych doświadczeń, trochę z chcenia żeby tak było.
Kometkaa mówi o czymś co moim zdaniem jest niedocenianym problemem - te pierwsze doświadczenia ustawiają nam wzorzec. Jak coś zadziałało szybko na początku, zakładamy że tak powinno być zawsze. Jak zadziałało wolno, szukamy błędu w sobie. Ani jedno ani drugie nie jest pewnym wzorcem, ale bardzo trudno to zobaczyć kiedy już się ma ten punkt odniesienia w głowie.
Ja też zacząłem notować w pewnym momencie i pierwsze co mnie uderzyło to nie to że oczekiwania były za duże, ale że były bardzo niespójne. Raz oczekiwałem bardzo konkretnego efektu, raz czegoś mglisto 'lepszego'. I wyniki których się doczekałem były podobnie niespójne. Nie wiem czy to zbieżność ale jakoś od tamtej pory staram się wiedzieć co chcę zanim zaczną.
To co Hubert72 mówi o niespójności mnie zastanawia. Czy te oczekiwania muszą być spójne przez cały czas trwania rytuału, czy chodzi o spójność na samym początku? Bo jak coś trwa dłużej, to chyba naturalne że intencja trochę się zmienia po drodze?
Sigilia pyta o coś co jest dla mnie codziennością szczerze mówiąc. Mnie oczekiwania zmieniają się w trakcie. Zaczynam z jednym nastawieniem, po kilku dniach już myślę inaczej - czy to zepsuje rytuał? Nie wiem. Ale chyba nie jest to tylko mój problem skoro Hubert72 to zauważył też u siebie.
Ale tu wychodzi pytanie które mnie już od jakiegoś czasu chodzi po głowie - czy w ogóle powinniśmy wiedzieć dokładnie czego chcemy? Bo z jednej strony słyszę że intencja ma być precyzyjna, z drugiej że nie możemy ograniczać jak to ma wyjść. To trochę sprzeczne.
Mnie trochę brakuje w tej dyskusji rozmowy o tym co robimy jak oczekiwanie się nie spełniło i wiemy o tym na sto procent. Bo tu piszemy o tym jak korygować nastawienie przed i w trakcie, ale co po? Jak ktoś zrobił rytuał, minęło pół roku i nic z tego co chciał - to co wtedy?
Zbyszek68 mówi o czymś ważnym ale wydaje mi się że to może być też obrona - bo jak efekt jest 'twoja sprawczość a nie magia', to zawsze możesz powiedzieć że nie wystarczylo działania. A jak efekt przyszedł to był rytuał. Nie mowie że tak jest, ale takie myślenie może być wygodną pułapką.
Słucham tej wymiany i mi się nasuwa pytanie - czy w momencie kiedy zaczynamy analizować czy 'zrobiliśmy dość' bo magia nie zadziałała, to nie jesteśmy już z powrotem w tym samym miejscu co na początku wątku? Czyli znowu oceniamy, szukamy przyczyny, liczymy co i jak. Może to jest właśnie ta pętla o której była mowa wcześniej.
Ravenna trafia w coś co czuję ale nie umiałam nazwać. Jakby każda analiza po fakcie wciągała z powrotem w tryb kontrolowania. I nie mówię że analiza jest zła - bo Wincentyna_01 dobrze robi że notuje i sprawdza. Ale jest różnica między obserwowaniem a rozliczaniem, chyba.
Co masz na myśli mówiąc obserwowanie kontra rozliczanie? Bo z zewnątrz obie czynności wyglądają podobnie - siedzisz i patrzysz co wyszło. Skąd wiesz w którym trybie jesteś?
Ja próbuję odpowiedzieć sobie na to pytanie przez to jak reaguję na wynik. Jak coś nie wyszło i czuję że szukam kto lub co zawinił - mój błąd, zły moment, za mało działania - to wiem że jestem w trybie rozliczania. Jak tylko odnotuję że tak wyszło i zastanawiam się co to mówi o tym co chciałam, to może bliżej obserwowania. Choć przyznam że granica jest płynna i chyba zależy od dnia.
Mnie Wincentyna_01 trochę otworzyła oczy bo ja chyba zawsze byłam w trybie rozliczania i w ogóle nie wiedziałam że można inaczej. Jak coś nie wyszło to pierwsza myśl to 'co zrobiłam źle'. Czy można w ogóle wyjść z tego nawyku jak się go ma od początku?
