Siedzę nad tym tematem od jakiegoś czasu i chciałem go tu rzucić, bo nigdzie nie widziałem sensownej dyskusji na ten temat. Chodzi mi o to, czy wiek osoby praktykującej magię realnie wpływa na to, jak ta magia działa, albo raczej jak ta osoba do niej podchodzi. Mam na myśli nie tylko wiedzę czy doświadczenie, ale coś głębszego. Młodszy człowiek patrzy inaczej na czas, ma inną relację z cierpliwością, inaczej rozumie straty i zmiany. A w magii te rzeczy mają znaczenie. Sam zauważam, że rytuały, które robiłem kilkanaście lat temu, robiłem zupełnie inaczej niż teraz, i nie chodzi mi o technikę. Chodzi mi o to, że wtedy chciałem, żeby coś się stało. Teraz bardziej... pozwalam, żeby się stało. Zastanawia mnie, czy to kwestia wieku jako takiego, czy po prostu czasu spędzonego na praktyce.
Dokładnie to samo mam. Ale właśnie nie wiem, czy to wiek, czy lata praktyki, czy może po prostu to, ile różnych rzeczy się przeżyło poza magią. Bo znam osoby starsze, które praktykują od niedawna i nadal mają to 'chcę, żeby zadziałało teraz', a znam też stosunkowo młode osoby, które mają tę spokojną postawę, o której piszesz. Więc może to nie jest kwestia metryki, tylko tego, co wiek ze sobą przynosi w sensie życiowym?
A ja mam inne pytanie do tego wątku - czy starszy wiek nie zamyka czasem na pewne rzeczy? Bo mam wrażenie, że im człowiek starszy, tym bardziej przywiązany do jednej metody, jednej tradycji, i mniej skłonny sprawdzać coś nowego. I nie mówię tego złośliwie, po prostu obserwuję. Czy to nie jest przypadkiem bariera?
Zastanawiam się, czy nie mieszamy tu dwóch różnych rzeczy. Wiek biologiczny to jedno, a dojrzałość do praktyki to drugie. Znam nastolatki, które mają zaskakująco głębokie podejście do tego, co robią, i znam dorosłe osoby po pięćdziesiątce, które traktują magię jak grę. Może zamiast pytać 'czy wiek ma znaczenie', powinniśmy pytać 'co wiek zazwyczaj ze sobą przynosi i czy to pomaga'?
Moim zdaniem czakra korony otwiera się pełniej po czterdziestce, bo dopiero wtedy człowiek przestaje walczyć o przetrwanie i może naprawdę wejść w kontakt z wyższymi energiami. Czytałam o tym w kilku źródłach i u mnie tak właśnie było - przed czterdziestką praktyka była bardziej powierzchowna. Myślę, że to po prostu biologiczny fakt.
Dodam coś z innej strony. Pracuję regularnie z medytacją i bioenergią i obserwuję, że ciało młodego człowieka inaczej reaguje na głęboką pracę energetyczną. Jest więcej 'szumu', układ nerwowy jest bardziej reaktywny, trudniej o stabilizację. To nie jest kwestia chęci ani nastawienia, to jest fizjologia. Starsze osoby mają z reguły spokojniejszy układ nerwowy, co w pewnych praktykach realnie pomaga. Ale czy to jest zaleta? Zależy od tego, co się robi.
A co z osobami, które zaczęły późno, powiedzmy po sześćdziesiątce? Moja mama zaczęła interesować się tym wszystkim dopiero po przejściu na emeryturę i mówi, że ma na to teraz więcej cierpliwości niż kiedykolwiek, bo nie goni jej czas. Ale jednocześnie ma różne obawy, że 'za późno zaczęła'. Czy to cokolwiek znaczy, za późno?
Nie ma czegoś takiego jak za późno, ale rozumiem skąd te obawy. Twoja mama pewnie czuje, że inni mają już lata za sobą i ona startuje od zera. Tylko że to złudne porównanie. Bo w magii lata to nie są 'poziomy', które trzeba odblokować. Powiedziałbym, że ktoś, kto zaczyna po sześćdziesiątce, przynosi ze sobą tyle materiału - tyle przeżytych rzeczy, zrozumianych strat, decyzji - że to jest zupełnie inny start niż u dwudziestolatka, który zaczyna na czystej kartce. Nie gorszy, po prostu inny.
To ciekawe, bo właśnie pomyślałam sobie - czy w tradycjach, które mają długą historię, starsi praktycy byli jakoś wyróżniani? Bo mam wrażenie, że w wielu kulturach to właśnie starszyzna była depozytariuszem wiedzy magicznej. Ale czy dlatego, że wiek sam w sobie coś dawał, czy dlatego, że po prostu mieli więcej czasu na naukę?
No właśnie, kryzys i choroba jako inicjacja - to się zgadza z tym, co mówiłam o czterdziestce. Wiele osób w tym wieku przechodzi pierwsze poważne kryzysy zdrowotne albo życiowe i to właśnie otwiera ich na głębszą pracę.
Ja mam pytanie do was, bo mnie to nurtuje od dawna. Czy ktoś z was miał do czynienia z sytuacją, gdzie ktoś starszy dosłownie blokował młodszą osobę w praktyce? Bo słyszałam kilka takich historii, że starsi praktycy mówili młodym 'jesteś za młody na to', 'najpierw naucz się podstaw przez dziesięć lat'. I zastanawiam się, czy to jest autentyczna troska, czy może jakaś forma zachowania hierarchii.
A jak to odróżnić? Serio pytam, bo jako osoba, która dopiero się w to wgryza, nie zawsze wiem, czy ktoś mnie ostrzega z dobrej woli, czy po prostu chce zachować pozycję.
Czytam tę rozmowę od początku i chcę zapytać o coś, co mnie osobiście dotyczy. Mam 28 lat i czuję, że moja praktyka jest przez niektórych traktowana jako 'młodzieńczy zapał', który minie. Jakby to, co robię, nie mogło być traktowane poważnie tylko dlatego, że nie mam za sobą dekad. Jak sobie z tym radzić, żeby nie wpaść w kompleks, ale też nie zamknąć się na to, że może faktycznie czegoś mi brakuje?
No właśnie, bo to chyba nie pochodzi z żadnej tradycji, tylko z jakiegoś zbiorowego wyobrażenia o tym, jak powinna wyglądać 'dojrzała praktyka'. Trochę jak z winem - niby im starsze tym lepsze, ale to nieprawda w każdym przypadku i zależy od mnóstwa innych czynników.
Ta analogia z winem mi się podoba, ale ma jedną wadę. Wino dojrzewa samo. Praktyka magiczna - niekoniecznie, jeśli przez lata robisz to samo bez refleksji. Można być w tym dwadzieścia lat i stać w miejscu.
Tylko że Golden Dawn miało też swoje ciemne strony jeśli chodzi o hierarchię i kontrolę. Nie zawsze to, co demonstrowałeś starszym, było weryfikowane uczciwie. Więc pytanie, czy takie systemy naprawdę mierzyły dojrzałość, czy tylko lojalność wobec struktury.
Wracając do wieku - bo trochę odpłynęliśmy - mam takie obserwacje z pracy z czakrami, że osoby starsze rzadziej mają problem z uziemieniem, a częściej z otwarciem się. Młodsze odwrotnie. I to ma przełożenie na to, jak pracują z energią. Nie mówię, że jeden jest lepszy, ale są to różne wyzwania.
Kamilka ma punkt. Poza tym znam chłopaka dwudziestodwuletniego, który ma uziemienie w kość i starszą panią po sześćdzisiąntce, która jest jak liść na wietrze energetycznie. Więc ta prawidłowość nie jest może tak powszechna jak byśmy chcieli.
Mam pytanie do wątku, który poruszył Wieszczbiarz - o relację mistrz-uczeń. Czy ktoś z was miał taką relację, i jak to wyglądało w praktyce? Bo ja słyszałem o tym dużo w teorii, ale w Polsce to chyba rzadkość, żeby ktoś wprost przyjął rolę mistrza.
Ja miałam coś bliskiego tej relacji, choć nikt tego tak nie nazywał. Starsza kobieta, która pracowała z ziołami i ziemią - to była tradycja jej rodziny, nie szkoła. Uczyłam się od niej przez kilka lat obserwując i pytając. Ona mnie nie 'uczyła', po prostu robiła swoje i pozwalała mi być obok. Czy wiek miał tu znaczenie? Tak, ale nie dlatego, że miała więcej lat - tylko dlatego, że miała za sobą konkretne doświadczenia, które ja dopiero miałam przed sobą.
Właśnie, to 'zasługiwanie' to dziwna kategoria w kontekście magii. W nauce masz egzaminy bo coś albo rozumiesz albo nie. Ale tu co sprawdzasz - szczerość intencji? Czystość serca? To są rzeczy nieweryfikowalne z zewnątrz.
Wieszczbiarz już coś podobnego mówił wcześniej - czy dają ci coś zamiast. Ale mam wrażenie, że jest jeszcze jeden wskaźnik. Czy ta osoba w ogóle chce, żebyś kiedyś stała się niezależna? Jeśli relacja mistrz-uczeń jest skonstruowana tak, że nigdy nie możesz 'wyjść', to coś jest nie tak niezależnie od wieku któregokolwiek z was.
To jest bardzo trafne, Feliksie. I właściwie to wraca do tego, o czym rozmawialiśmy od początku - że wiek jest tu mylącą zmienną. Pytanie nie brzmi 'ile masz lat', tylko 'dokąd cię prowadzi ta praktyka i ta relacja'. I to pytanie jest jednakowo ważne dla dwudziestolatka i sześćdziesięciolatka.
Chociaż... jest jedna rzecz, gdzie wiek chyba naprawdę ma znaczenie i nikt jeszcze tego nie powiedział wprost. Chodzi o perspektywę czasową. Osoba starsza po prostu widzi więcej cykli - pór roku, powrotów tych samych tematów w życiu. I to daje inną jakość pracy z rytmami, z kalendarzem, z magią lunarną. Nie dlatego, że jest mądrzejsza, tylko że ma więcej obserwacji w pamięci.
To co mówi Glozka o cyklach mnie trochę zatrzymuje. Bo z jednej strony tak - dłuższe życie to więcej obrotów koła. Ale z drugiej strony, czy widzenie cykli to efekt lat, czy po prostu uważności? Bo znam ludzi w okolicach sześćdziesiątki, którzy te same wzorce powtarzają od dekad i zupełnie ich nie widzą. A młodszy człowiek, który przeszedł przez kilka intensywnych kryzysów w krótkim czasie, może mieć tę perspektywę zbudowaną inaczej, szybciej.
Ale czy to nie jest po prostu wyrobiona intuicja, która u każdego pracuje inaczej? Bo ja znam kogoś, kto intensywnie pracuje z księżycem od trzech lat i ma to samo. A kogoś innego, kto robi to od piętnastu i ciągle zagląda do kalendarza. Ilość czasu nie jest jedynym czynnikiem.
Mnie w tym wątku zastanawia jedno - czy mówimy o dojrzałości w sensie technicznym, czy w sensie... nie wiem jak to powiedzieć... egzystencjalnym? Bo to są naprawdę dwie różne rzeczy. Ktoś może perfekcyjnie wiedzieć kiedy siać i zbierać, pracować ze świecą bez zerkania do notatek, i jednocześnie nie mieć żadnego głębszego rozumienia po co to robi.
