Mnie Wincentyna_01 trochę otworzyła oczy bo ja chyba zawsze byłam w trybie rozliczania i w ogóle nie wiedziałam że można inaczej. Jak coś nie wyszło to pierwsza myśl to 'co zrobiłam źle'. Czy można w ogóle wyjść z tego nawyku jak się go ma od początku?
To co Sigilia opisuje to właściwie klasyczny problem z każdym nawykiem myślowym - rozpoznajesz go po fakcie. I nie ma tu żadnego skrótu, przynajmniej ja nie znalazłem. Jedyne co mi pomogło to właśnie to notowanie o którym mówiłem wcześniej, ale nie żeby analizować, tylko żeby w ogóle zobaczyć schemat. Bo jak masz kilkanaście wpisów i za każdym razem piszesz 'co poszło nie tak', to w końcu to widzisz.
Zastanawiam się czy ta cała rozmowa o notowaniu i obserwowaniu nie jest trochę odwróceniem problemu. Bo zaczęliśmy od oczekiwań i tego że są za duże albo za szybkie, a teraz rozmawiamy głównie o tym jak je lepiej kontrolować. Czy nie jest tak że samo skupienie się na tym mechanizmie to już forma kontrolowania?
Ravenna dotyka czegoś co mnie też kręci w kółko. Z jednej strony widzę sens w tym żeby rozumieć własne nastawienie, z drugiej - jak za dużo o tym myślę, to przestaje działać cokolwiek bo jestem cały czas w głowie. Może jest jakaś granica między użyteczną refleksją a nadmiernym analizowaniem ale naprawdę nie wiem gdzie ją postawić.
Myślę że ta granica nie jest w ilości refleksji tylko w tym kiedy ją robisz. Analiza przed i po - okej, ma sens. Analiza w trakcie rytuału czy w trakcie czekania na efekt - to już raczej przeszkadza. Ale to tylko moje obserwacje, pewnie inni mają inne doświadczenia.
Szukanie potwierdzeń w każdej drobnostce - to jest akurat mój problem i nie wiem jak z tym pracować. Jak coś zrobię to potem przez tygodnie widzę znaki wszędzie i nie wiem czy to ma sens czy to jest tylko mój mózg który szuka wzorców.
To co Heniek opisuje to w sumie jest inny wymiar tego o czym mówiła Cynamonka na początku wątku. Bo jak oczekujesz zbyt szybko, to nie tylko chodzi o to że wynik ma przyjść prędko, ale że cały czas jesteś w stanie gotowości żeby go zauważyć. I to jest chyba bardziej wyczerpujące niż samo oczekiwanie.
Damianek60 powiedział to lepiej niż ja bym potrafiła. Dokładnie o to mi chodziło kiedy zaczynałam ten temat. To nie jest tak że oczekiwanie trwa chwilę i potem odpuszczasz - ono potrafi trwać tygodniami i zajmować głowę bardziej niż sam rytuał. A im dłużej trwa, tym bardziej zaczynam wątpić w to co robiłam.
Słyszę w tym co mówi Cynamonka coś znajomego. Mnie też się zdarza że rytuał sam w sobie jest spokojny, a to co po nim - to dopiero jest napięcie. Jakby sama praca była łatwiejsza niż potem puszczenie tego. I tutaj nie mam dobrej metody, próbowałam różnych rzeczy i żadna nie działa za każdym razem.
To co Irenka mówi o 'oddaniu tego' mnie uderza, bo sama tego używam i teraz zastanawiam się czy to nie jest trochę autosugestia żeby się uspokoić, a nie realna zmiana nastawienia. Znaczy - mówię sobie że oddałam, a gdzieś tam i tak czekam. Czy ty masz poczucie że ta formuła naprawdę coś zmienia, czy tylko na chwilę ucisza ten głos?
Zastanawiam sie czy w ogóle jest sens szukać metody na puszczenie, czy to nie jest tak że samo puszczenie przychodzi kiedy naprawde wiesz że zrobiłeś co mogłeś. Bo jak mam z tyłu głowy że może powinienem był coś zrobić inaczej, to żadna formuła nie pomoże - i tak bedę wracał do tego w kółko.
Chyba chodzi o spokojniejszą narrację, bo ta zupełna pustka to raczej ideał niż coś osiągalnego na co dzień. Mnie bardziej interesuje coś innego - czy ta różnica między 'puszczeniem prawdziwym' a 'udawanym' w ogóle przekłada się na wyniki, czy to tylko różnica w samopoczuciu?
Moim zdaniem tak, przekłada się. Jak jesteś wewnętrznie spięty i tylko udajesz że odpuściłaś, to energia którą wysyłasz jest inna niż jak naprawdę nie trzymasz kurczowo. Przynajmniej tak to czuję w swojej praktyce - jest dosłownie inna jakość.
Igorek dotknął tu czegoś czego się trochę boję w tej dyskusji. Bo jak zaczynam myśleć 'może nie puściłam wystarczająco, dlatego nie wyszło', to to jest dokładnie ta sama pułapka co na początku wątku, tylko inaczej nazwana. Zamiast 'może nie dość długo, może nie dość intensywnie' mam 'może nie dość szczerze, może nie dość głęboko'. Wymiana jednego rozliczania na drugie.
O właśnie. Mnie to uderzyło jak Cynamonka to napisała. Bo jak słuchałem tej rozmowy, to w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy ja kiedykolwiek puszczałem wystarczająco. I to jest nowe napięcie którego wcześniej nie miałem, a pojawiło się właśnie przez tę rozmowę. Trochę ironiczne.
To co mówi Heniek jest dosyć niepokojące z mojej perspektywy, bo zaczęłam czytać ten wątek żeby zobaczyć jak pracować lepiej, a tu wychodzi że można się zakręcić na każdym etapie. Czy jest jakiś punkt w którym po prostu przestaje się nad tym wszystkim siedzieć?
Ale to jest może właśnie ta zmiana nastawienia o której pisała Cynamonka na początku? Że nie chodzi o osiągnięcie jakiegoś stanu gdzie już jest dobrze i bez napięcia, tylko o to że sam stosunek do tych oczekiwań się zmienia. Mniej bólu w tym że są, a nie ich brak.
Ravenna pyta o coś czego mi brakowało na początku - bo naprawdę myślałam że samo rozumienie wystarczy. Że jak widzę mechanizm, to przestaje działać. A to nie tak. Widzenie mechanizmu to zupełnie inny mięsień niż niedziałanie wedle niego. Musiałam się o to potknąć kilkanaście razy.
Tzn to co mówi Irenka mam wrażenie że mozna powiedzieć tak: rozumienie jest potrzebne ale nie wystarczające. A co wystarczające? No właśnie chyba tylko czas i powtarzanie, i trochę łaski że akurat coś zadziałało w odpowiednim momencie żeby zobaczyć różnicę.
Trochę przewrotnie, ale ta rozmowa jest sama w sobie przykładem tematu wątku - zaczęłyśmy od oczekiwań i chciałyśmy szybko znaleźć odpowiedź jak to naprawić, a teraz siedzimy przy tym już kilkadziesiąt postów i ciągle kręcimy się między różnymi aspektami bez żadnego gotowego rozwiązania. I może to jest właśnie właściwe.
Właśnie. Jak zaczynałam ten wątek, miałam gdzieś z tyłu głowy że może ktoś powie coś co kliknie i będzie aha, teraz wiem jak to robić inaczej. A tu zamiast tego mam więcej pytań, kilka rzeczy do sprawdzenia we własnej praktyce i sporo do przemyślenia. Co śmiesznie dobrze pasuje do tego o czym rozmawiamy.
A mnie ciekawi jeszcze jedno - czy wy w ogóle umiecie odróżnić kiedy coś nie wyszło bo rzeczywiście oczekiwałyście za szybko i za mocno, a kiedy po prostu nie wyszło i tyle? Bo mam wrażenie że czasem szukamy psychologicznego wyjaśnienia tam gdzie może po prostu wynik był inny niż chciałyśmy.
To jest dobre pytanie i chyba trochę do siebie też je zadaję. Bo mi się zdarzyło kilka razy że coś nie wyszło i zaraz szukałam gdzie popełniłam błąd - może intencja była zła, może za bardzo się trzymałam, może zły moment księżycowy. A może po prostu nie wyszło. I nie ma tu głębszego sensu do odkopania.
Ale jak mam to odróżnić? Bo jeżeli zawsze moge powiedzieć 'po prostu nie wyszło', to po co w ogóle analizuję czy robiłem coś nie tak? Chyba jednak ta analiza ma jakiś sens, tylko pytanie kiedy ma sens, a kiedy jest tylko kręceniem się.
To co mówi Hubert72 jest dla mnie ważne, bo sama przez długi czas robiłam właśnie to retrospektywne szukanie błędu i ono nigdy niczego nie zmieniło w mojej praktyce. Za to jak zaczęłam bardziej uważać na wejście w rytuał - na własny stan, na to co czuję zanim zacznę - to coś się zmieniło. Nie w wynikach koniecznie, ale w tym jak potem z tym siedzę.
A jak to sprawdzasz ten własny stan zanim zaczniesz? Bo mnie się zdarza że wiem że nie jestem w najlepszym miejscu emocjonalnie ale i tak zaczynam, bo myślę że może sam rytuał mnie z tego wyciągnie. I teraz nie wiem czy to błąd myślenia czy może to faktycznie czasem działa.
Mam z tym inne doświadczenie. Kilka razy robiłam coś właśnie z bardzo intensywnego stanu emocjonalnego i to był jeden z tych momentów gdzie czułam że coś naprawdę idzie, a nie że tylko machałam rękami. Nie wiem czy to dobry wzorzec do naśladowania, ale tak było.
