To jest jeden z tych mitów które krążą od lat i nie wiadomo skąd się wzięły. Konkretna intencja nie zamyka dróg, bo drogi są niezależne od tego jak ją sformułujesz. Natomiast konkretna intencja daje ci możliwość realnej obserwacji, a to jest jedyna szansa żeby w ogóle cokolwiek zrozumieć ze swojej praktyki.
To rozróżnienie Ambrożego między celem a ścieżką jakoś mi porządkuje kilka rzeczy. Bo chyba myliłam te dwie warstwy i właśnie to powodowało że albo byłam za ogólna, albo za bardzo uczepiłam się konkretnego scenariusza. Ciekawe że nigdy tak tego nie nazwałam.
Mnie to pytanie Teofilki kręci w kółko od jakiegoś czasu. Bo też przez długo robiłem rytuały z intencjami które były zbyt szerokie i miałem wrażenie że nic nie działa, a teraz myślę że może po prostu nie wiedziałem co obserwować. Bogusia pisała że chce żeby było spokojniej i to mnie uderza, bo sam przez lata miałem dokładnie ten sam problem z nazywaniem tego czego chcę.
To co Teofilka opisuje to jest konkretny problem i nie chodzi o technikę. Jeśli ktoś nie potrafi rozłożyć ogólnego poczucia na składowe, to jest to praca którą trzeba zrobić poza rytuałem. Pytanie 'czego chcę' jest za duże. Lepiej zacząć od 'co mnie teraz konkretnie męczy' i stamtąd dojść do celu. Inaczej i tak wrócisz do tej samej ściany.
czytam to i czuje ze wlasnie o to mi chodzilo od poczatku. bo jak probuję powiedziec co chce to zaraz mi sie wydaje ze to brzmi głupio albo za male zeby robic z tego rytuał. jakby niektorze rzeczy nie zasługiwały na uwage.
może z tego że wszędzie w sieci pokazuje się rytuały na wielkie sprawy? nie wiem, jak szukam czegokolwiek to trafia mi się albo bogactwo albo zdrowie albo jakieś przełomy życiowe. a jak mam małą sprawę to czuję się głupio że w ogóle coś robię.
Klimek trafił w coś realnego. Ta estetyzacja magii w mediach robi konkretną szkodę, bo ustawia poprzeczkę w miejscu które nie ma nic wspólnego z codzienną praktyką. Jak ktoś zaczyna od przekonania że rytuał musi dotyczyć czegoś wielkiego, to każda mała intencja będzie mu się wydawać niewystarczająca i w ogóle nie ruszy z miejsca.
Ale to ma jakiś związek z tym lękiem przed niepowodzeniem o którym mówimy od początku? Bo mi wydaje się że to jest to samo: jeśli intencja jest za mała to i porażka jest za mała żeby liczyć, ale też sukces jest za mały żeby cokolwiek znaczył. I kręcimy się w kółko.
Ale czy ktoś tu ma konkretny sposób na pracę z tym w mieszkaniu gdzie są inne osoby? Bo mi się w tym wątku gubi to że temat był też o praktyce w przestrzeni dzielonej z kimś. I ten lęk przed oceną innych, żywych ludzi w tym samym mieszkaniu to jest jednak trochę co innego niż lęk przed wewnętrzną oceną.
Jak ktoś pracuje w dzielonej przestrzeni to mam wrażenie że cała ta dyskusja o intencjach i ich rozmiarze zyskuje dodatkową warstwę. Bo wtedy nie tylko musisz wiedzieć czego chcesz, ale też ogranicza cię to co możesz fizycznie zrobić. I ten lęk przed oceną innych w tym samym mieszkaniu potrafi zdeformować samą intencję, bo zanim zdążysz cokolwiek poczuć, już planujesz logistykę.
Zywilka dobrze to przywróciła. To są dwa różne lęki i mieszanie ich nie pomaga. Jeden to lęk przed własną oceną skuteczności, drugi to lęk przed tym że ktoś wejdzie do pokoju. I ten drugi potrafi dosłownie wygasić skupienie w połowie pracy, co nie ma nic wspólnego z brakiem zdolności czy złą intencją.
Mnie to drugie potrafi całkowicie rozwalić rytm. Mam nawyk sprawdzania czy ktoś idzie korytarzem i ta czujność zostaje w głowie nawet jak jestem już niby skupiona. Wypracowałam sobie że robię wszystko w godzinach kiedy mam pewność że mam spokój, ale to ogranicza kiedy i jak mogę pracować.
u mnie jest tak samo. robie wszystko albo bardzo wczesnie rano albo pózno. ale jak sie nie wysypiam to potem i tak nie mam energii na skupienie. taki błędny krag.
To co Edek sugeruje jest ważnym uzupełnieniem. Ten lęk przed warunkami zewnętrznymi wynika często z przekonania że rytuał musi wyglądać konkretnie: świece, cisza, nikt nie przeszkadza. Ale to jest jedna z form, nie jedyna. Jak ktoś jest przywiązany do tej formy i nie może jej zapewnić, to blokuje się zanim zacznie, i to jest kolejna pętla lęku którą omawiamy.
właśnie, bo ja słyszę 'bardziej wewnętrzny rytuał' i nie wiem co to znaczy w praktyce. jak to wygląda? czy to jest coś jak medytacja z intencją czy coś innego?
ale czy to wtedy jeszcze jest rytuał? bo jak siedzę i tylko myśle to mi sie wydaje ze to nie licyze. że rytuał to musi miec jakis wymiar fizyczny.
To jest bardzo stare założenie które siedzi chyba głęboko w kulturze zachodniej. Że liczy się to co widać, co można pokazać, co zajmuje przestrzeń. Wymiar symboliczny i wewnętrzny jest traktowany jako mniej 'prawdziwy'. I to się przenosi na praktykę.
Ja to rozumiem tak że fizyczność rytuału to nie jest cel sam w sobie, tylko środek do skupienia. I jak ktoś potrafi się skupić bez świec i kadzidła to nie potrzebuje tych środków. Ale żeby to osiągnąć to trzeba albo długiej praktyki albo innego podejścia od początku.
a mnie zastanawia jedno, bo to jest coś co mi siedzi od dawna. jak ktoś robi rytuał wewnętrzny, bez żadnych przedmiotów, to skąd wie że to był rytuał a nie po prostu długie myślenie życzeniowe? dla siebie samego, mam na myśli.
To co Edek pisze o granicy to mi coś kliknęło. Że można stworzyć ramę bez żadnego przedmiotu. Trzy głębokie oddechy i powiedz sobie że zaczynam. Trzy głębokie oddechy i powiedz sobie że kończę. To jest granica której nikt nie widzi i której nikt ci nie weźmie nawet jak mieszkasz z pięcioma osobami.
ja tak mam. nawet jak robię coś co jest w 100% wewnętrzne i niewidoczne to i tak czuję taki dyskomfort że ktoś mógłby wiedzieć co teraz myślę. to brzmi głupio ale tak jest.
to jest dokładnie to co ja czuje ale nie umialam tego powiedziec. ze samo chcenie czegoś przez rytuał jest czymś co trzeba ukryc bardziej niż samo działanie. jakby intencja była bardziej wstydliwa niż świeca na biurku.
To co obie opisujecie, Teofilka i Bogusia, to brzmi dla mnie jak wstyd związany z samym chceniem. Nie z magią jako taką, tylko z tym że ktoś mógłby wiedzieć czego chcesz. I to jest coś co lęk przed niepowodzeniem tylko pogłębia, bo jak się boisz że ktoś zobaczy intencję to tym bardziej nie chcesz żeby ta intencja nie zadziałała.
Edek to ładnie ujęła. Jest w tym coś z odsłonięcia. Intencja w rytuale to jest coś prywatnego, nie dlatego że jest tajemnicza w sensie magicznym, tylko dlatego że ujawnia co tak naprawdę chcesz. I to może być bardziej eksponujące niż cokolwiek fizycznego.
I to chyba wraca do pytania z początku wątku, bo z tym zacząłem. Ten lęk przed niepowodzeniem jest też lękiem przed tym że ktoś się dowie czego chciałeś i tego nie dostałeś. Że odsłonisz intencję i zostaniesz z niczym. I w dzielonej przestrzeni ten lęk jest dosłownie fizycznie obecny w postaci innych ludzi za ścianą.
To co Piotrek napisał na końcu to mnie naprawdę zatrzymało. Że lęk przed niepowodzeniem to też lęk przed tym że ktoś się dowie czego chciałeś i tego nie dostałeś. Bo to jest jakby podwójne ryzyko. Raz że coś nie wyjdzie, dwa że odsłonisz czego chciałeś. I w dzielonej przestrzeni to jest dosłownie obecne, bo ta druga osoba jest za ścianą.
Ale właśnie o to chodzi, że ten lęk działa wyprzedzająco. Zanim cokolwiek zrobisz, zanim cokolwiek się nie uda, już jesteś w trybie że to się nie uda i ktoś to zobaczy. To jest lęk przed czymś co jeszcze się nie wydarzyło, i może się nigdy nie wydarzy. Zastanawiam się skąd on w ogóle pochodzi.
